Forma i treść

Ponieważ ostatnio zapanowała moda na wszelkiego rodzaju odmrożenia, postanowiłem i ja się w nią wpasować. Wziąłem się więc za odmrażanie mojej domowej biblioteczki. Polega ono na wyciąganiu z półek różnych książek, zdmuchiwaniu kurzu i czytaniu ich od nowa, względnie tylko na przejrzeniu. A jako że bywam rozkojarzony – za dużo bodźców, za niska na nie odporność – najczęściej kończy się na tym drugim. Może dlatego zacząłem od woluminów cieńszych, co niestety okazało się o tyle pułapką, że ich pobieżne przekartkowanie niby mniej wchodzi na ambit niż mierzenie się z tymi opasłymi, ale z drugiej strony wstyd, gdy przebrnąć od deski do deski się nie uda.

Na razie odmroziłem między innymi „Zabójcze tożsamości” Amina Maaloufa, które zassałem w całości (choć łatwo nie było, bo zdecydowanie za dużo tam naiwnego multi-kulti) oraz „Dzienniki z podróży” Alberta Camusa, z którymi poszło mi już ciutkę gorzej. O obu dziełkach trzeba będzie kiedyś napisać osobno, gdyż są tego warte – zwłaszcza Camus, który znakomicie odmalowuje swój szok powstały w wyniku zetknięcia ze Stanami Zjednoczonymi. Najbardziej jednak ucieszyło mnie odnalezienie dwóch pozycji Eugene’a Ionesco – tak, dokładnie tego od „Łysej śpiewaczki” i teatru absurdu. Jedna to tomik opowiadań „Fotografia pułkownika”, a druga – wywiad-rzeka z Ionesco pt. „Między jawą a snem”.

Kiedy je przeglądałem, naszły mnie identyczne refleksje jak podczas pierwszej lektury bodaj z dziesięć lat temu. A mianowicie, że tacy twórcy jak Ionesco wyjątkowo dobitnie uświadamiają ci, iż zerwanie z ciasnym realizmem może dać pisarzowi prawdziwą wolność, oraz że czasem komentarz do dzieła albo notatki na jego marginesie okazują się bardziej interesujące niż samo dzieło. Co z kolei zaprowadziło mnie do finalnej konkluzji, że z absurdem i groteską nie należy przesadzać, nawet jeśli ma to posłużyć do pokazania palących problemów rzeczywistości.

Tak czy inaczej rozbijamy się tu o kwestię relacji formy do treści, którą zresztą Ionesco też porusza w składających się na „Między jawą a snem” rozmowach z Claude’em Bonnefoy. Właściwie cała książka jest o tym, ale w jej końcowej partii Ionesco potrąca o pewne tematy, które i mnie od dawna nurtują. Choć raczej należałoby tu chyba rzec, że od wielu lat się w ich matni miotam, co skutecznie torpeduje mój proces twórczy. Ujmując możliwie najkrócej: Ionesco kreśli skrajne bieguny, stawiając na jednym z nich francuską „nową powieść”, czyli maksymalne skupienie na formie, na drugim zaś Sołżenicyna z jego sprowadzaniem literatury do funkcji czysto służebnej wobec rzeczywistości.

No i gdzieś między tymi ekstremami sytuuje się pytanie o equilibrium, o mityczny złoty środek, który pozwoli wyważyć proporcje między tym co i tym jak należy pisać. Czy to treść ma być determinowana przez formę, czy też na odwrót? Według Ionesco to błędne myślenie, bo powinna w nich występować tożsamość – pierwsze ma być drugim, a drugie pierwszym. Niby takie proste, prawda? Tak oczywiste. A jednak niekoniecznie. W każdym razie nie dla mnie. Mnie ten stan zrównoważenia bez przerwy się wymyka.

Jako nastolatek żyłem w świecie czystej formy. Sprzyjała temu popkulturowa sieczka, którą wtedy się karmiłem. No wiecie, te wszystkie „Koszmary z ulicy Wiązów”, „Piątki trzynastego” czy inne arcydzieła amerykańskiej kinematografii, oglądane w piątki na Polsacie bądź na kasetach. No i oczywiście książki – kingi, mastertony, koontze, harrisy itp. Liczyła się więc jedynie opowieść, fabuła – do tego zamknięta w ściśle określonej konwencji. Tak było, nie wypieram się. A potem, w końcówce liceum i na studiach, zaczęło do mnie z oporami docierać, że istnieje jeszcze ktoś taki jak Gombrowicz, Camus, Eco czy mój ukochany Herling-Grudziński. Spektrum tematów znacznie mi się poszerzyło, aczkolwiek wciąż była to głównie koncentracja na formie.

Tak naprawdę w wymiar treściowości zacząłem pełną parą wjeżdżać dopiero gdzieś koło trzydziestki. Miało to ścisły związek z moim intensywnym uruchomieniem się w regionach politycznych i szeroko pojętych dysputach światopoglądowych. Forma błyskawicznie zredukowała się więc do funkcji li tylko podajnika jedynie słusznych sądów o społeczeństwie i prawd o życiu, a w każdym razie tego, co za nie w tamtych chwilach uważałem. Przestałem w ogóle formę cenić, a nawet chyba lekko nią gardziłem. Stałem się trochę jak Sołżenicyn z wywodu Ionesco, dla którego literatura to nic innego jak po prostu narzędzie do krzyczenia o sowieckich zbrodniach.

Z czasem powstał we mnie na owym tle nader irytujący i wciąż niekiedy odzywający się, a manichejski w swej istocie, dualizm. Forma stała się tożsama z eskapizmem, z kolei treść urosła do rangi synonimu zaangażowania. I nie było nic, po prostu zupełnie i totalnie nic pośrodku. Mogłem więc albo zabawiać się wykwitami własnej bądź cudzej wyobraźni – i to oznaczało odwrócenie się od palących problemów dookolnej rzeczywistości – albo z obnażonymi zębami i wystawionymi pazurami rzucać się całym sobą w publicystyczne nawalanki, czy to w necie, czy gdziekolwiek indziej, i wówczas czułem, że słowa coś znaczą.

W pewnym momencie naprawdę potwornie się w tym zamotałem. Odbijałem się od jednej skrajnej ściany do drugiej, nie potrafiąc w żaden sposób wyłonić jakiejś syntezy. Wahnięcia napadały mnie w cyklach. Kiedy przychodziła faza eskapistyczna, kompulsywnie kasowałem lub ukrywałem statusy czy tweety, w których bezkompromisowo (bo po co w ogóle inaczej?) wypowiadałem się o aborcji, LGBT czy Kościele. Gdy z kolei wajcha odginała się w przeciwnym kierunku, masowo nadrabiałem zaległości w wyżej wymienionych kwestiach, żeby nikt nie pomyślał, że przestało mi zależeć. Normalny obłęd!

Rozpatrując zaś rzecz na szerszym planie, można się chyba śmiało pokusić o refleksję, że ten mój, ale i naszkicowany przez Ionesco, dylemat to odbicie jednej z dosyć ważkich i symptomatycznych bolączek naszych czasów. A mianowicie takiej, że nauczono nas widzieć świat osobno. Przestaliśmy rozumieć, że wiara, nauka, polityka, kultura i jeszcze kilka innych spraw są ściśle powiązane i zmiany w obrębie jednego obszaru pociągają za sobą zmiany wszędzie indziej. A dzieje się tak, gdyż jesteśmy istotami integralnymi, a co za tym idzie – działamy integralnie, choćbyśmy nie wiem jak usilnie szatkowali się na odseparowane, kompletnie obojętne wobec całej reszty całostki.

Robbe-Grillet i inni twórcy „nowej powieści” tak bardzo starali się odciąć literaturę od rzeczywistości, że pod ich piórami zaczęła ona zjadać własny ogon. Z drugiej strony mamy właśnie takich rozmaitych, mniej lub bardziej utalentowanych, Sołżenicynów, którzy uważają, że słowa same w sobie de facto się nie liczą, jeśli nie odzwierciedlają namacalnego świata. A nawet jeśli sami niekoniecznie tak sądzą, to są w to wtłaczani – jak pewien pisarz-publicysta, któremu podczas spotkania autorskiego prowadzący spalił kryminalną puentę, a potem się dziwił, że tamten się boczy, bo przecież wiadomo, że naprawdę wcale nie szło o kryminał.

Cóż, trzeba się gdzieś pośrodku owych ekstremów uplasować, z każdego wziąć to, co się da, i dalej iść tam, gdzie prowadzi nas wewnętrzny kompas. Myślę, że postępował tak również Ionesco. Nawet jeśli jego styl nie do końca do mnie przemawia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s