Tożsamości twarde i miękkie

No więc czytałem, czy raczej podczytywałem, te „Dzienniki z podróży” Alberta Camusa. Jest to zestaw jego luźnych, robionych na gorąco notatek z dwóch wyjazdów z odczytami na kontynent amerykański w 1946 oraz 1949 roku. Pierwsza była wizyta w Stanach Zjednoczonych – moim zdaniem poznawczo i psychologicznie o wiele ciekawsza niż późniejsze tournee po Ameryce Południowej, do której Camus zawitał już jako celebrowany autor osławionej „Dżumy”. Kiedy natomiast schodził z pokładu statku w Nowym Jorku, był straumatyzowanym wojną i wyniszczonym duchowo Europejczykiem, który musiał stawić czoła nowemu światu.

Pojęcie „nowy świat” należałoby chyba rozpatrywać tutaj w kategoriach nieomalże planetarnych. Bo mniej więcej w takiej właśnie poetyce Camus odmalowuje swoje wrażenia z pobytu w powojennych USA. Te wszystkie pełne ni to podziwu, ni zgrozy opisy drapaczy chmur, piętnastometrowych reklam papierosów, powodzi barwnych świateł, które u nawykłego do życia w metaforycznych i dosłownych ciemnościach okupacji przybysza z biednej Europy musiały wywoływać szok, lecz nade wszystko – nie do przełknięcia dla mieszkańca Starego Kontynentu próżności, rozbuchania, jakiegoś wręcz mdlącego infantylizmu, który zdominował nawet amerykańskie podejście do śmierci i biznesu pogrzebowego.

Nie rozsądzam, czy Stany wtedy rzeczywiście takie były. Raportuję jedynie odczucia Camusa. Ja znam inne, bardziej zniuansowane i nie aż tak nieprzystępne Stany z tamtych czasów – tyle tylko, że znam je z filmów i książek, co w zestawieniu z bezpośrednim doświadczeniem autora „Dżumy” musi wypadać raczej blado, by nie powiedzieć – śmiesznie. Chociaż z drugiej strony może niekoniecznie, bo w końcu mój punkt widzenia jest tak naprawdę przekazanym mi punktem widzenia samych Amerykanów, nie zaś znerwicowanego, kompletnie nieprzygotowanego do obcowania z tamtą mentalnością człowieka. To jednak, przyznajcie sami, znacząca różnica.

I to wydało mi się tak niezwykle frapujące. Zacząłem się zastanawiać, co ja sam bym poczuł, gdybym rzeczywiście kiedyś do stanów pojechał. Pytanie o tyle uzasadnione, że jako osobnik wychowany na importowanej stamtąd w latach dziewięćdziesiątych masowej kulturze często miewam wrażenie, że znam, a w każdym razie czuję mentalnie Stany Zjednoczone o wiele lepiej niż własny kraj i rodzimą kulturę. Teraz może to odczucie nie jest już tak silne jak jeszcze kilkanaście lat temu, już tak się nim nie zachłystuję, nie celebruję go, niemniej trudno byłoby mi zaprzeczyć, że zostałem w taki a nie inny sposób ukształtowany, co ma swoje znamienne konsekwencje.

Uświadomiłem to sobie zresztą, abstrahując od Camusa, całkiem niedawno, kiedy przygotowywałem dla Instytutu im. Felczaka tekst o węgierskiej literaturze. Zdałem sobie mianowicie z całą jaskrawością sprawę, jak w gruncie rzeczy kompletnie nic o tamtejszym piśmiennictwie nie wiem. Nie licząc, rzecz jasna, przypadków z Krainy Oczywistości, takich jak Sandor Marai czy Imre Kertesz. A przecież „Polak Węgier – dwa bratanki”, V4, Europa środkowa itp. Co więcej, u Węgrów przecież musi być podobnie, jeśli chodzi o nas. A wszyscy i tak czytamy Harlana Cobena i oglądamy te same – oczywiście w sporej mierze amerykańskie – seriale na Netflixie.

Tylko czy to oznacza, że mamy już całkowicie przemodelowaną przez globalizację, nową tożsamość? Że jej twarde jądro albo się całkowicie rozpuściło, albo przemieściło za ocean? Może tak, a może nie do końca. Bo jednak pamiętam, że gdy swego czasu zagustowałem w podróżniczej eseistyce Andrzeja Stasiuka – nie skupiającego się co prawda na Węgrzech, jednak geograficznie wystarczająco blisko, by móc to podciągnąć pod wspólny mianownik – poczułem jakiś, nieznany mi chyba wcześniej, dreszczyk wspólnictwa, historycznego i mentalnego, którego najprawdopodobniej nigdy bym nie odczuł wobec Kalifornii.

Wciąż niby mentalnie bliżej mi do Bulwaru Zachodzącego Słońca niż do Keleti, ale z drugiej strony… w żadnym z tych miejsc jeszcze nie byłem i w sumie licho jedno wie, po której stronie uplasowałoby się moje serce, gdybym rzeczywiście kiedyś miał okazję je odwiedzić i porównać. Te Stany, które wydają mi się niby tak bliskie, to przecież tak naprawdę co najwyżej fantazmat wypleciony z tekstów kultury i nietrudno mi sobie wyobrazić, że gdybym się tam znalazł naprawdę, poczułbym się równie obco jak Camus. A kto wie, czy nie bardziej, bo on, płynąc do tego Nowego Jorku, nie miał żadnych aż tak ściśle konkretnych oczekiwań, a ja, jakby nie patrzeć, mam.

Jednak zanim sięgnąłem po Camusa i przeprowadziłem zaprezentowany powyżej karkołomny wywód, przeczytałem książkę zmagającą się bezpośrednio z tą kwestią. Był to esej Amina Maaloufa „Zabójcze tożsamości”, który kiedyś sprezentował mi pewien kolega nadzwyczaj zatroskany tym, że się w mojej tożsamości prawicowej utwardzam. Cóż, ani ona aż tak znów prawicowa nie była, ani ja się aż tak nie utwardzałem, żeby wszczynać alarm, ale on mimo to się mocno zaniepokoił i uznał za swój obowiązek zawrócić mnie z drogi ku zatraceniu. Wtedy – troszeczkę jemu na złość – nie przeczytałem. Zrobiłem to dopiero teraz w ramach odmrażania biblioteczki.

Otóż Maalouf, który jest libańsko-francuskim mieszańcem, stara się za wszelką cenę udowodnić nam, że ludzka tożsamość jest płynna i wielopoziomowa (z czym zasadniczo trudno się nie zgodzić) oraz że zbyt sztywne jej traktowanie zdecydowanie zbyt często doprowadza do nieszczęść w rodzaju wojen, ksenofobii, prześladowań czy ludobójstw (co również jest diagnozą niby na wskroś słuszną). Dlaczego niby? Ano właśnie, i tu mamy, drodzy przyjaciele i sąsiedzi, haczyk. Otóż podczas lektury owych jakże słusznych zdań, pod którymi w wielu miejscach sam bym się mógł bez wahania podpisać, przez cały czas miałem jedną, powtarzającą się niczym refren, nieodpartą myśl.

A była taka, że gdyby ludzie nie poświęcali tyle czasu i energii na dywagowanie o swojej tożsamości, a zamiast tego po prostu żyli, na świecie byłoby znacznie mniej napięć i kłótni. I dotyczy to też piewców miękkiej tożsamości, takich jak Maalouf. Ba, może nawet ich szczególnie, bo im się wydaje, że już ten problem przezwyciężyli, a jest wprost przeciwnie – cały czas po uszy w nim tkwią, tylko że na odwrót, czyniąc z tej swojej miękkości, otwartości czy jakkolwiek to diabelstwo jeszcze zwać kolejny twardy / zabójczy dogmat. Właśnie przez nich dzisiejszy świat aż ugina się pod naporem różnych betonowych tożsamości.

I widzimy to na każdym kroku. Widzimy to, gdy czarni leją się z białymi, homosie z heterykami, ateiści z wierzącymi, prawi z lewymi, kosmopolici z nacjonalistami itp., itd. Nikomu też specjalnie nie zależy na przerwaniu tego chocholego tańca. Ten proces redukowania człowieka do jakichś nadpisywanych atrybutów odbywa się na masową skalę każdego cholernego dnia. Matryce grzeją, ile fabryka dała. I nie sugeruję, że należy się całkowicie wyzbyć tożsamości – to byłoby zresztą kolejne kłamstwo. Warto jednak mieć na uwadze, że nakładki na profilowe bywają różne, a twarz ma się zawsze jedną – swoją.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s