Kolejny nudny, niepotrzebny tekst o poprawności politycznej

Pisanie kolejnego tekstu o przetaczającym się przez świat walcu politpoprawnego szaleństwa zaczyna być żenujące. To bezsporny fakt. Już nawet niezłomny Łukasz Adamski, który dotychczas skrupulatnie odnotowywał kolejne galopujące absurdy w wykonaniu inżynierów nowego, wspaniałego świata, dał sobie na luz i po wyrzuceniu z serwisu HBO GO „Przeminęło z wiatrem” za rzekomy rasizm ograniczył się jedynie do wojowniczego sarknięcia, że i tak ma klasyki na płytach, więc lewusy mogą mu skoczyć. Mnie jednak ta kwestia wciąż dotyka. Może dlatego, że param się pisarstwem. A poza tym wiecie, jak to mówią – milczenie oznacza zgodę. Więc nie milczę.

Nie milczę, bo nie chcę się któregoś dnia obudzić, otworzyć Internet i przeczytać, że jestem faszystą, bo gdzieś zbyt spolegliwie rozmawiałem z kimś, kto nieładnie wyrażał się o jakiejś mniejszości, która aktualnie figuruje na sztandarach obozu postępu. Nie chcę, by jakaś grupka krzykaczy zablokowała mi sprzedaż książki, bo użyłem w niej – względnie nie użyłem – jakichś określeń, które oni, według swoich czysto arbitralnych kryteriów, uważają za obraźliwe, dyskryminujące, wykluczające, stygmatyzujące… niepotrzebne skreślić. Nie chcę bać się, że YouTube zdejmie mi filmik, bo głośno wymieniłem na nim nazwisko Adolfa Hitlera, pokazałem egzemplarz „Mein kampf” czy użyłem słowa „murzyn”.

To wszystko, o czym wspomniałem powyżej, dotyczy przypadków jedynie z kilku ostatnich dni – próby uniemożliwienia dystrybucji ostatniej książki Rafała Ziemkiewicza, wciągnięcia Moniki Jaruzelskiej do jakiejś brunatnej księgi czegoś tam, zdjęcia jej z kanału filmu, bo gość pokazał do kamery „arcydzieło” Hitlera czy zdjęcia temuż gościowi na jego kanale nagrania, w którym analizował zawiłości związane z pojęciem „murzyn”. Do katalogu dorzuciłbym jeszcze doniesienia ze Stanów – konkretnie z Minnesoty – gdzie na fali tępej antyrasistowskiej histerii wyrzuca się ze szkolnych bibliotek powieści Harper Lee i Marka Twaina.

Ironia jest tym większa, że jeszcze kilkanaście lat temu w amerykańskich liceach omawiało się „Zabić drozda” właśnie jako przykład tego, czym niegdyś był rasizm. Próba skomentowania tego wszystkiego wyciska mi na języku same banały – na przykład o sowieckich wzorcach czy rewolucjach pożerających własne dzieci – jednak jakoś trudno ich uniknąć. Podobnie zresztą jak ciężko z kamienną twarzą czytać bzdury, że gdyby Kościuszko zmartwychwstał, usprawiedliwiłby wandali dewastujących jego pomnik, a kto wie, czy sam by się nie przyłączył. A tak w ogóle – każde powstanie wiąże się z uszczerbkiem na czyimś mieniu, więc właściwie o co biega.

Idźmy dalej. Teraz jest wielki hajp wokół netflixowej ekranizacji „W głębi lasu” Harlana Cobena. I niby wszystko git, bo to przecież, panie, nasze, polskie, znów nas w szerokim świecie doceniają i takie tam. Fajnie, nie powiem. Obejrzeć nie obejrzę – a już na pewno nie na Netflixie, bo nie chcę ładować moich pieniędzy w ich tęczową propagandę – ale ten sukces autentycznie napawa mnie dumą, jakoś te moje szczątkowe uczucia patriotyczne łechce. A przynajmniej było tak do chwili, kiedy przeczytałem, że są tam poruszane wątki polskiego antysemityzmu. To mocno schłodziło mój zapał oraz chęć przekonania się, jak jest naprawdę.

Maniakalne oskarżanie Polaków o antysemityzm wszędzie, gdzie i jak się da, jest rzeczą tak bezczelną, tak wyrachowaną, tak po prostu podłą, że nawet nie warto tego komentować. Zresztą robienie z ludzi antysemitów to w ogóle istotny element politpoprawnego instrumentarium. I jak rozumiem, właśnie za między innymi takie stwierdzenie stowarzyszenie Nigdy Więcej usiłowało uwalić Ziemkiewiczowi książkę. I naprawdę nie chce mi się tu po raz kolejny wklepywać komunałów w stylu „Polacy nie byli święci, no ale przecież Polska była jedynym krajem, w którym za pomoc Żydom groziła kara śmierci”. Nie chce mi się, bo to rzucanie grochem o ścianę, a ci, do których jest adresowane, o tym wiedzą.

A zatem fenomen serialowego „W głębi lasu” pewnie mnie ominie. Postanowiłem jednak zaznajomić się z jego literackim pierwowzorem. I tak od dawna chciałem poczytać coś Cobena, a to był doskonały pretekst. I tutaj spotkało mnie nieliche zaskoczenie, bo właśnie ta powieść – swoją drogą niezła, choć o nieco zbyt jak na mój gust poplątanej intrydze – pokazuje, jak daleko w ciągu zaledwie kilkunastu lat posunął się skalpel politycznej poprawności. Występuje tam mianowicie postać prawnika geja, którą Coben odmalował bardzo stereotypowo, jako przegiętą, lubiącą się stroić i mizdrzyć ciotę. Dziś by się do czegoś takiego nie posunął.

Zareplikuje mi ktoś: bo wtedy jeszcze nie była tak dobrze rozwinięta świadomość przysługujących tej mniejszości praw. Albo: nabywanie szacunku do innych jest długim, rozciągniętym na lata procesem. Wiem, znam tę gadkę. Mam kolegę lewaka, który dokładnie takimi argumentami się posługuje, kiedy nasze rozmowy schodzą na te tory, a ja usiłuję mu bezskutecznie tłumaczyć, że zakazywanie słów czy publiczne piętnowanie ludzi, bo ośmielają się mieć inne zapatrywania na ważne dla niego kwestie, to nie jest droga do budowania tolerancji i otwartości. Zresztą ja sam też należę do pewnej mniejszości, też bywałem obrażany i wytykany palcami, a mimo to nie domagam się za to kar.

I znów – nie będę się tutaj wdawał w jakieś dywagacje o marksizmie kulturowym, szkole frankfurckiej, nie będę przywoływał Jakuba Zgierskiego ani Krzysztofa Karonia. Naprawdę, ziomki, zostawmy to już. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę, że polityczna poprawność coraz częściej usiłuje nie tylko wpływać na teraźniejszość, ale próbuje też przecwelowywać przeszłość, czego przykładem jest właśnie sprawa „Przeminęło z wiatrem”. A to już powinno poważnie uruchomić dzwonki alarmowe. Bo nie dosyć, że z roku na rok ogranicza nam się margines wolności na w zasadzie każdym polu – a prezent od chińskich towarzyszy dodatkowo ten proces przyspieszył – to jeszcze majstruje się nam przy pamięci.

A w ramach memento pozwolę sobie wrócić do Jaruzelskiej. Owym gościem, przez którego YouTube zdjął jej materiał, był znany internetowy bojownik o wolność słowa i debaty, Szymon Pękala z kanału Wojna Idei. I ówże Szymon, choć wymachiwał przed kamerą egzemplarzem „Mein kampf”, to bał się wymówić jej tytuł i nazwisko autora, zamiast tego chrzaniąc coś niby żartobliwie, wicie-rozumicie, o wielkim akwareliście. No ja bardzo przepraszam, ale tak właśnie zaczyna się zwycięstwo cenzury – od drobnych zahamowań. I taki z niego bojownik – jak skwitowałby Kisiel, który za poglądy dostał pałą po plecach.

O tempora, o mores! Gdzie tu sprzedają trumny!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s