Gdy oczywiste przestaje takie być

Obejrzałem ostatnio na jednym z ogólnodostępnych kanałów „Czerwony świt”. Niestety nie oryginał z roku 1984, który za moich szczenięcych lat śmigał na VHS-ach, a nakręcony 28 lat później remake. W tej dostosowanej do obecnych realiów i bazującej na współczesnych lękach wersji Rosja dogaduje się z Koreą północną i wspólnie, korzystając z globalnego kryzysu takich instytucji jak UE i NATO, atakują Stany Zjednoczone. Film, choć pomyślany i zrealizowany jako przede wszystkim akcyjniak z niemałą ilością wybuchów i strzelania, zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Nie w sensie geopolitycznym (choć w sumie licho wie), lecz po prostu życiowym.

Wyobraźcie to sobie: kładziesz się spać po udanym wieczorze, a gdy rano się budzisz, raptem z nieba spadają ci na miasto wrogie wojska. A potem świat, jaki znałeś i kochałeś, w jakim nauczyłeś się żyć, bezpowrotnie znika. Niby coś tam w telewizji czy radiu ględzili, że sytuacja międzynarodowa robi się coraz bardziej niestabilna, że ten bułowaty kurdupel pręży swoje otłuszczone muskuły, no ale hej – to wszystko przecież rozgrywa się gdzieś daleko, jest takie nierealne, abstrakcyjne. Media zawsze czymś straszą, operetkowi dyktatorzy zawsze wymachują szabelką, ale tu jest mecz, na którym kibicowałeś, spienione piwo, którym potem wznosiłeś toast, a w gniazdku prąd, którego nigdy nie brakuje.

My, Polacy, oglądając podobne sceny, możemy ze wzruszeniem ramion podsumować: no tak, głupi Amerykanie – ich nikt nigdy nie napadł na ich własnym terenie, więc coś takiego może stanowić dla nich szok. Myśmy to już przerabiali w trzydziestym dziewiątym. No cóż, po pierwsze Amerykanie jak najbardziej doświadczyli takiego ataku we wrześniu 2001 roku, a po drugie – my, choć rzeczywiście gdzieś w podświadomości nosimy zbiorową traumę, w gruncie rzeczy też już nauczyliśmy się wierzyć, że taki scenariusz jest w dzisiejszym cywilizowanym świecie niemożliwy. Może na jakiejś Ukrainie czy w Gruzji, ale przecież nie u nas.

Z drugiej strony ostatnie miesiące pokazały, że to, co wydawało się nie do pomyślenia, także może się okazać możliwe. Gdyby rok temu ktoś powiedział wam, że będzie się wam zabraniać wyjść z domu, a do sklepu będziecie musieli chodzić w szmatach na twarzach, to uwierzylibyście? Rok temu? Jezu, pół roku, w sylwestra, na cholerne walentynki! To, co dziś stanowi naszą codzienność, mogliśmy oglądać co najwyżej w filmach sf czy tam jakichś innych postapo. Patrzyliśmy na coś takiego i oddychaliśmy z ulgą – uff, jak dobrze, że to tylko fikcja. A potem sięgaliśmy do spoczywającej na kolanach torebki po kolejnego chipsa lub otwieraliśmy piwo.

Ja, oglądając ten „Czerwony świt”, też coś tam – nie ukrywam – pochrupywałem. Lecz z pewnością nie czułem się komfortowo. I nawet nie dlatego, że żyję już w świecie, w którym niemożliwe stało się jak najbardziej możliwe. Po prostu przypomniałem sobie, jak pewnego wieczoru kilka miesięcy po inwazji Putina na Ukrainę w moim mieście kipnął prąd. Jak okiem sięgnąć, zrobiło się czarno, że oko wykol. I wiecie, co było moją intuicyjną myślą? Wcale nie to, że jest jakaś awaria. Pomyślałem, że być może to początek ataku Ruskich. Zwłaszcza że mamy nieopodal lotnisko wojskowe, czyli obiekt strategiczny. A dodam, że w filmie atak rozpoczął się od rozwalenia łączności impulsem elektromagnetycznym.

Pamiętam, jaką niesamowitą ulgę poczułem, kiedy światło wróciło. To było tak, jakby mi się upiekło. Jakbym coś przeskrobał i niepojętym cudem uniknął kary albo zapodział gdzieś ważne papiery i one się znalazły. Szczególnie ten drugi przykład jest mi bliski, bo jestem notorycznym bałaganiarzem i bez przerwy coś gubię. Raz nawet przez nieuwagę wyrzuciłem do śmieci dowód osobisty. Zatem ulga, tym razem zostało nam darowane, jeszcze rzeczywistość wskoczyła do utartych, bezpiecznych kolein. Tak, tylko że za którymś kolejnym razem żarówki mogą już nie zajaśnieć, a na niebie naprawdę pojawią się wrogie myśliwce i oddziały rozpieranych rządzą mordu spadochroniarzy. Czyli… zawsze na krawędzi.

A potem zdałem sobie sprawę, że właściwie od bardzo długiego czasu żyję w stanie ciągłego napięcia, że podświadomie czekam, aż coś dupnie. Odsuwam to od siebie, zaklinam rzeczywistość, powtarzam sobie, że jeśli nawet nastąpi jakieś krótkotrwałe tąpnięcie, to prędzej czy później zadziała skłonność wszelkiej materii do powracania do postaci uśrednionej i znów będzie spokój. Jako człowiek religijny – mniej lub bardziej – czasem nawet uciekam się do zabobonnej wiary, że jakby co, to ręka opatrzności nie pozwoli nam stoczyć się w przepaść. Albo przeciwnie – tłumaczę sobie, że nic nie trwa wiecznie, i zawsze trzeba być gotowym na pożegnanie ze strefą komfortu.

Tylko że żadna z tych strategii nigdy do końca nie działa tak, jak bym chciał. Niby ćwiczę się w sztuce gotowości na najgorsze, lecz gdy ono już następuje, zawsze się sypię. Dobitnie przekonałem się o tym ostatnio. Próbuję sobie zbudować jakiś rodzaj wewnętrznej autonomii, azylu, który byłby odporny na dookolne perturbacje, a mimo to wciąż wypatruję gromu. Moje życie to ciągła szamotanina między wyniesioną zarówno z własnych doświadczeń, jak i z historii świadomością, że nie istnieje nic takiego jak raz na zawsze określony porządek rzeczy, a ustawicznymi wysiłkami, by go utrzymać, i pretensjami do tych, którzy mi ten domek z kart ciągle zdmuchują.

I tak się, kurcze, zastanawiam, kiedy to się u mnie zaczęło. I dochodzę do wniosku, że to musiał być początek nowego wieku, gdy Historia, która przecież miała się już skończyć, nagle wyrwała z kopyta. Pamiętam swój stan umysłu sprzed tego czasu. Pamiętam, jak wydawało mi się, że wszystko już jest raz na zawsze ustalone i oczywiste. Technologia osiągnęła stan optymalny, wojny były serią migawek w telewizorze, politycy coś tam sobie pitolili, ale właściwie nie miało to żadnego przełożenia na moją codzienność, a zagłada cywilizacji zdarzała się co najwyżej na filmach, które oglądało się w piątkowe wieczory.

A potem bum! To wszystko trafił szlag i w moją relację ze światem wkradła się niepewność – niekiedy większa, kiedy indziej prawie w ogóle niewyczuwalna, ale zawsze obecna gdzieś tam z tyłu głowy jak buczenie jarzeniówki. Przestałem patrzeć na przyszłość z optymizmem. Zastąpił go strach. Strach, od którego czasem jestem już naprawdę potwornie zmęczony. Strach, ale też i zazdrość ludziom, którym dany był luksus przejścia przez życie w przewidywalnej nudnej rutynie. Którzy wiedzieli, że za dziesięć czy dwadzieścia lat będą nieco starsi, ale poza tym właściwie za wiele się nie zmieni. Przecież tak było jeszcze stosunkowo niedawno.

I niby wiem, że to tylko złudzenie – trwające dłużej albo krócej pauzy między kolejnymi kataklizmami – ale nic nie poradzę, że coraz bardziej za tym tęsknię. Tęsknię za rzeczywistością, w której można sobie odpalić „Czerwony świt” i czerpać przyjemność z przeświadczenia, że jego scenariusz jest kompletnie od czapy. Mało tego – uważam, że mam prawo do takiej tęsknoty. Bo człowiek ma prawo oczekiwać od świata przewidywalności. Ma prawo nie musieć się bać, że za miesiąc, rok, tydzień ktoś przewróci mu wszystko do góry nogami. Ma, cholera, prawo do nudy!

3 myśli na temat “Gdy oczywiste przestaje takie być

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s