Taka troska, że aż mdli

Czesław Miłosz popełnił niegdyś felieton, w którym natrząsał się z wygodnego i bezpiecznego życia w Ameryce. On, twardy litewski chłop, dodatkowo jeszcze zahartowany trudami okupacji, zostaje nagle osaczony, a właściwie kompletnie spacyfikowany, przez wszechobecne papu, kaku i lulu. Nic tylko się whiskaczem ubzdryngolić, co też poeta czynił. Ciężkie warunki, brud, strach o życie i niepewność jutra mogą człowieka wykończyć fizycznie i psychicznie – to fakt – ale trzymanie pod szklanym kloszem jest, w zbyt dużych ilościach, równie zabójcze. A kto wie, czy nie bardziej, bo zmienia nas w rozmemłanych eunuchów. Niestety wygląda na to, że nieuchronnie zmierzamy w tę stronę.

Naszła mnie ta obserwacja po niedawnej przygodzie pod sklepem. Otóż stałem sobie tam, oczekując na małżonkę, i jak zwykle błądziłem myślami gdzieś daleko. Od miesięcy prowadzę antymaseczkowy bunt, więc de facto nigdzie nie wolno mi wejść, a z kolei małżonka ma tak zwane medyczne podstawy do nienoszenia, więc to ona robi zakupy, kiedy już koniecznie musimy skorzystać stacjonarnie. Ja niby też od biedy mam, ale… cóż, powiedzmy eufemistycznie, że widok zasłoniętych twarzy budzi we mnie odczucia podobne do tych, jakie niektórzy mogą mieć w reakcji na zgniłe mięso albo psią kupę. Tak to po prostu u mnie wygląda i nic się nie poradzi. No ale to tylko gwoli zarysowania fabularnego tła.

No więc stoję sobie, błądzę, obok mnie ogłuszająco szumi agregat w urzędującej przy sklepie budce z lodami. W pewnej chwili pojawia się ochroniarz. Na papieroska wyszedł, z żoną przez komórkę gada – ustalają, co ma kupić. I raptem woła do mnie (oczywiście z bezpiecznej odległości, gdyż od pewnego czasu obowiązuje mądrość etapu, że bliźni to śmierć): dobrze się pan czuje? Ja – zaskoczony i wybity z mentalnych podróży – że tak, bo co. On: bo wydaje się pan jakiś nieobecny. I jeszcze coś, że niedawno ktoś mu na dyżurze zemdlał, ale pewien nie jestem, bo ten agregat burczał. Ja mu na to, że ma rację – wydaje mu się.

Ach, cóż za niezwykle troskliwe czasy nam ostatnio nastały! Przed epoką podarunku od towarzyszy z Chińskiej Republiki Ludowej to moje stanie i błądzenie najpewniej psa z kulawą kuśką by nie obeszło, a ten sam ochroniarz w identycznych okolicznościach nawet by na mnie nie spojrzał. Co wiem, bo już niepierwszy raz tak sobie tam stałem i błądziłem. Teraz natomiast zapanowała wszędzie taka dbałość o bliźnich, że aż z mdłości flaki się przewracają. I aż człowiek z aprobatą zaczyna myśleć o pretensjach Korwina, że w tym kraju to już nawet spokojnie się utopić nie pozwolą. A może ja, do cholery, miałem ochotę zemdleć, co? Może lubię mdleć?

No dobrze, a teraz poważnie. Sytuacja, o której w swojej anegdotce wspominał Miłosz, odnosi się co prawda do innych okoliczności, jednak opisuje z grubsza ten sam problem cywilizacyjnego upupienia jednostki, zredukowania jej do odgórnie zaprojektowanej uśrednionej formuły. Dla Miłosza był to bez wątpienia cieplarniany klosz mieszczaństwa, który kłócił się z jego naturą, a z kolei w naszych czasach jego odpowiednikiem w coraz większym stopniu staje się szantaż sanitarny, którym na każdym kroku się nas nachalnie bombarduje, wmawiając nam, że przecież chodzi jedynie o nasze bezpieczeństwo i dobro.

Bez względu na to, czy masz lat pięć, piętnaście, czy pięćdziesiąt pięć, musisz grzecznie myć rączunie, nosić maseczunię, pobierać aplikacjunię i, nade wszystko, uciekać od innych ludzi, gdzie pieprz rośnie, bo – i tu największy majstersztyk – ich zarazisz slesz zabijesz. Nie oni ciebie, ale ty ich! Zobaczcie, jak to zmienia perspektywę. Przecież każdy pragnie być odpowiedzialny, prawda? Nikt nie chce uchodzić za tego debila, przez którego umarła czyjaś sąsiadka, babcia, wujek albo tam jakiś inny pociotek. Lubimy, gdy łechce się naszą zuchowatość, gdy się nam perswaduję, że my tu razem, ten tego, się weźmiemy, zwyciężymy. I nie odnoszę się nawet do zasadności tych środków, raczej do formy ich przekazywania.

Chodzi mi tu zwłaszcza o te durne spoty propagandowe wtryniane do reklam. Słuchając ich, odnoszę wrażenie, że ich twórcy traktują mnie jak dysfunkcyjnego dzieciaka, któremu należy paternalistycznie tłumaczyć, że jeżeli nie będzie się zachowywał tak a tak, to tatuś da mu klapsa i obetnie kieszonkowe. Właściwie każdy mógłbym poddać odrębnej analizie, jednak mam faworyta – tego, w którym syn uczy ojca, jak robić zakupy online i że od teraz to już tylko łokciem łokciem. Ten filmik to wyjątkowa ohyda, bo nie dość, że utrwala krzywdzący stereotyp osób starszych jako życiowych niedołęg, to jeszcze… no i tu zbliżamy się do sedna.

A owym sednem jest moje głębokie przeświadczenie – i stąd też zapewne po części bierze się ten mój antypandemiczny bunt – że to, co teraz robi się nam pod pretekstem troski o nasze bezpieczeństwo, i w czym niestety biorą też walny udział media, to zwykła podłość. Bo inaczej nie idzie określić szczucia ludzi na siebie nawzajem, masowego wbijania nam do głów, że drugi człowiek równa się zagrożenie, i doprowadzania do degradacji podstawowych więzi społecznych. Bo taki ma to ostateczny wydźwięk. I to w imię czego? Wirusa, który ani nie jest ostatnim, ani zapewne najbardziej groźnym, jaki nas truje? Toż to aż strach pomyśleć, co się będzie działo przy następnej „pandemii”.

Z tym że tak naprawdę to nie „pandemia” jest tutaj głównym bólem czterech liter. O nie, bynajmniej! Ona jedynie w hiperprzyspieszeniu unaoczniła proces, któremu jesteśmy systematycznie poddawani od dziesięcioleci. Dokładnie ten sam, który tak wnerwiał również Miłosza. A można go tu bez zbędnej dyplomacji określić jako zasrywanie życia. Serio – to jest chyba jedyna rzecz, w której nasza cywilizacja wykonała autentyczny i uwieńczony wieloma sukcesami postęp. Coraz skuteczniej się ludzi na każdym kroku tresuje, kastruje, de facto ubezwłasnowolnia. Bez przerwy wyłażą jacyś pożal się Boże eksperci, którzy wiedzą lepiej ode mnie, co mam jeść, pić, palić i których części ciała dotykać.

Przy czym – tak jak już zaznaczałem – sanitarna odsłona tej kindersztuby to tylko najnowsza wersja, bo przecież wcześniej pouczano mnie już, w co mam wierzyć, jakich słów używać, a jakich nie, by kogoś nie urazić, usprawniano moje życie srylionem przepisów, bez których pewnie nawet nie dałbym rady się podetrzeć – a wszystko, oczywiście, w najwyższej trosce o mój dobrostan. Teraz natomiast każe się mi szorować rączki, a ochroniarze tak się o mnie martwią, że aż strach się bać. W sumie to dobrze, że ten najpierw zapytał. Mógł od razu wezwać pogotowie. Ale to zapewne przy następnej pandemii, gdy starsi i mądrzejsi opracują nowe wytyczne.

A na przyszłość – ja nieomal zawsze wydaję się lekko nieobecny. Poza tym noli me tangere! Bo mogę, psiakrew, ugryźć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s