Szczeliny w systemie

Zawsze, gdy słyszę lub czytam, że ktoś ma swój świat, jest mu obojętne, kto rządzi, i ogólnie olewa, co się wokół dzieje, to chce mi się śmiać. Masz, człowieku, tę swoją arkadię i możesz sobie w niej żyć, bo ktoś ci na to pozwolił. Bo cię nie zauważył. Bo na razie wystarcza mu, że płacisz podatki, lub po prostu uznał, że tak naprawdę nie przedstawiasz większej wartości. A to się oczywiście może w każdej chwili zmienić. To, że siedzisz cicho, może przestać wystarczać. Jeśli, dajmy na to, do władzy dojdzie skrajna lewica i stwierdzi, że za dużo zarabiasz, dorąbie ci taki haracz, że szczęki z podłogi nie pozbierasz. I tak dalej, i te pe. Wiadomo, o co chodzi.

Między innymi dlatego kilka lat temu zainteresowałem się polityką, mimo iż sam siebie za zwierzę do szpiku polityczne nigdy nie uważałem i, dalibóg, nie uważam nadal. Wyszedłem z założenia, że lepiej zacząć się nią interesować, a nawet wywierać na nią jakiś wpływ, zanim ona mnie ubiegnie i któregoś dnia obudzę się z ręką w przysłowiowym nocniku, nie mogąc pojąć, jakim cudem się tam znalazła. Po prostu chciałem być przygotowany. A choć brzmi to paradoksalnie, całe moje uruchomienie się, które w pewnym momencie o mały włos doprowadziło mnie do zostania zawodowym publicystą, w gruncie rzeczy miało na celu wykrzyczenie sobie właśnie prawa do autonomii.

Bo przecież ja tę potrzebę posiadania własnego świata doskonale rozumiem. Ba, utożsamiam się z nią i głęboko podzielam. Tylko równocześnie mam niestety świadomość, że jeśli sobie granic tego świata nie zabezpieczę, prędzej czy później ktoś się na niego połaszczy. Wtargnie i zażąda, żebym tańczył tak, jak mi zagra, bo wszak on wie lepiej, co dla mnie dobre. Efekt finalny zapewne będzie taki, że walka o ten mój kawałek niezakłóconej zewnętrznymi ingerencjami rzeczywistości zabierze mi większość życia i zabraknie już czasu na delektowanie się owocami zwycięstwa. Ale trudno, zaryzykuję. Wymaga tego duch epoki.

A wymaga, bo – jak już się zżymałem – rzeczą, w której nasza cywilizacja osiągnęła największy progres, jest zasrywanie ludziom życia i wpieprzanie się w nie z buciorami na dosłownie każdym kroku. Dzisiaj, w dobie globalnej pandemii koronaświrozy, uwidacznia się to szczególnie dotkliwie. Pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa podobno demokratycznie wybrani politycy brutalnie łamią nasze prawa obywatelskie, depczą te nędzne resztki wolności, które nam jeszcze zostały, i gwałcą prywatność. Ale tak naprawdę w formie mniej lub bardziej pełzającej to zjawisko nasila się od lat i oswaja nas ze sobą niczym żaby w powoli podgrzewanej wodzie.

To, co ja bez większej dbałości o ogładę nazywam zasrywaniem życia, ktoś bardziej wyrobiony mógłby określić mianem pogłębiającej się integracji jednostki z systemem. Swego czasu dyskutowałem sporo na ten temat z K. Obaj przeczytaliśmy „Triumf człowieka pospolitego” prof. Ryszarda Legutki, gdzie ta refleksja została podjęta w odniesieniu do totalistycznych zapędów demokracji liberalnej, która – tak jak komunizm – chce wtargnąć w absolutnie każdy aspekt egzystencji jednostki i przeprogramować ją według swoich arbitralnych wytycznych, nie pozostawiając niezagospodarowanego choćby milimetra. To trafna analiza, aczkolwiek – obawiam się – niewyczerpująca problemu w całym spektrum.

Bo dziś nie chodzi już tylko o to, by wszyscy wyznawali takie same, jedynie słuszne poglądy. Dziś świat chce od ciebie literalnie i bezwzględnie wszystkiego. Twoich danych osobowych, twojej temperatury, a nawet twojej twarzy. A jeżeli mu tego nie dasz, to być może za chwilę okaże się, że nie wejdziesz do głupiego sklepu czy do fryzjera, o wyjeździe na urlop nie wspominając. Tak głębokiej inwazji na życie jednostki, tak totalnego zniesienia bariery między prywatnym a publicznym nie było nigdy – nawet w cholernym Peerelu, w którym, jeśli tylko za bardzo nie fikałeś władzy, mogłeś sobie w miarę spokojnie funkcjonować.

I teraz pojawia się zasadnicze pytanie, co z tym zrobić. Czy w ogóle cokolwiek zrobić się da. Czy w tym uszczelniającym się coraz bardziej systemie są jeszcze jakiekolwiek pęknięcia, które pozwolą się ukryć przed powszechną unifikacją, a z czasem może cały mechanizm rozsadzić od środka? Kiedyś naiwni, w tym i ja, wierzyli, że taką przestrzenią wolności może stać się net. Tylko że odkąd przejęły go globalne korporacje z ich tęczową agendą i coraz bezwzględniejszą cenzurą, ów mit złoty prysnął. Z kolei gdyby miały się ziścić mokre sny sanitarnych faszystów o cyfrowych certyfikatach odporności, ewentualnych spiskowców już w ogóle będzie można spacyfikować na amen.

I w tym momencie micha rozciąga mi się w uśmiechu od ucha do ucha. No tak, przecież cała nadzieja w Pomidorze, Popku i ich kolesiach z półświatka. Tak przynajmniej uważa K, który ostatnio odkrył te klimaty na YouTube i intensywnie się nimi ze mną dzieli. K wierzy w siłę witalną prostych chłopaków i ich twardy niczym łom, wyryty głęboko w sercu kodeks etyczny. Dostrzega w nich uwspółcześnionych następców romantycznych złodziei z opowiadań Marka Nowakowskiego. Zobacz – zachwyca się – tutaj wielki cywilizacyjny spór, wyborcza gorączka, koronawi… tfu!, zajob, a oni mają swoje porachunki. No i co na to ci wszyscy inżynierowie społeczni?

A więc gangus jako czynnik wywrotowy? Zlekceważona przez algorytmy obronne systemu mierzwa, w której zachował się margines niezależności? Tak… nie powiem, pociągająca wizja. Rzeczywiście trochę jak z Nowakowskiego, tyle że dostosowana do dzisiejszych realiów. Chociaż z drugiej strony, jak każda pociągająca wizja, łatwo może zwieść na manowce. W komunie półświatek to może i była wylęgarnia kolorowych ptaków, może i faktycznie kipiał tam jakiś wolnościowy ferment, jakiś powab egzotyki od nich emanował, jednak warto mieć z tyłu głowy, że po transformacji te środowiska stały się glebą dla przestępczości zorganizowanej.

Tak więc, choćbym nie wiem jak usilnie tego pragnął, nie potrafię podzielać wiary K w magiczną moc prostego ludu. Czy to w wersji półświatkowej, czy w tej bardziej prawilnej, do której tak wielce lubiła się odwoływać premier Szydło i którą dziś tak kochają prorządowi publicyści przeciwstawiający ją tym zgniłym elytom. Jeśli w ogóle w cokolwiek jeszcze wierzę, to chyba w moc poszczególnych jednostek – bez względu na przynależność społeczną. Wierzę – a przynajmniej chcę wierzyć – że zdeterminowana i pewna swoich racji jednostka jest w stanie rozszczelnić, a następnie wysadzić w powietrze system. W to wierzę.

Wierzę też w stwierdzenie prof. Bogusława Wolniewicza, że najlepszą metodą walki o wolność jest po prostu używanie jej. Codziennie, bez wymachiwania pięściami, w takim zakresie, na jaki pozwalają mi warunki. I to właśnie ta luka w systemie. Chociaż… no dobrze, może nie całkiem luka i nie do końca w systemie – nazwijmy to raczej wewnętrznym horyzontem opartym na niezłomnym przekonaniu, że ty, i tylko ty, jesteś ostateczną instancją decyzyjną, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Świat próbuje ci to przekonanie zabrać, a ty nie możesz mu pozwolić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s