Kościół w czasach koronaświrozy

Od dwóch tygodni znów chodzę do kościoła. Po… czterech miesiącach? Pewnie coś koło tego. Nawet nie pamiętam dokładnie. Przy czym wyrażenie „do kościoła” należy tu traktować wybitnie umownie. Bardziej przed kościół, bo do środka nie wchodzę. Wiadomo, szmaty. Mój antymaseczkowy bunt nie polega na ostentacyjnym łamaniu obostrzeń – to głupie i chyba niespecjalnie ewangeliczne, tak mi w każdym razie podpowiada sumienie – raczej staram się unikać sytuacji, w których musiałbym otwarcie te przepisy naruszać. To się chyba nazywa bierny opór. Na szczęście wokół naszego kościoła jest duży teren i stoją tam ławki. Da się wytrzymać.

Wpadłem na to rozwiązanie, siedząc któregoś popołudnia pod sklepem i czekając na małżonkę. Jakiś wewnętrzny głos powiedział mi: ależ ty durny jesteś; sterczysz tu prawie godzinę i bezproduktywnie zbijasz bąki, a mszy w ten sam sposób wysłuchać nie możesz? No cóż, mogłem się tylko z nim zgodzić. Wiedziałem, że są tam te ławki – ostatnio nawet ktoś kilka ukradł – i że ludzie z nich korzystają, ale po prostu… po prostu chyba miałem w sobie za dużo wściekłości na cały ten rozgrywający się wokół syf. Wiedziałem też, że nasz proboszcz w okresie najgorszych restrykcji zachował się, jak trzeba, i nikogo z kościoła nigdy nie wyrzucił, choć podobno były na niego donosy na policję.

Właściwie jestem trochę nieprecyzyjny. Tak naprawdę w tym czteromiesięcznym okresie poszedłem do kościoła raz tydzień po Wielkanocy. Poszedłem, bo dostałem specjalne zaproszenie. Nie powinno się tak pisać o mszy, ale… to było jedno z najgorszych doświadczeń mojego życia. Maski na twarzach (ja założyłem chustę z Lourdes), płyn dezynfekcyjny do rąk zamiast wody święconej, odległości, folia na konfesjonale… Miałem wrażenie, że uczestniczę nie we mszy, lecz w jakimś groteskowym teatrze. To wtedy obiecałem sobie, że moja noga więcej nie przestąpi progu kościoła, dopóki chociaż jeden z tych antyludzkich przepisów będzie obowiązywał.

Pamiętam, że pomyślałem wtedy: właśnie tak wygląda piekło, właśnie takie ono jest. Nie żaden tam ogień, wycie, zawodzenie, tylko sterylny chłód, dystans, lęk przed dotknięciem drugiego człowieka – nie mój, bo ja się nie boję, lecz innych przede mną; a jeżeli nawet nie przed samym dotknięciem, to przed tym, że ktoś zobaczy i doniesie. Niektórzy teolodzy uważają, że piekło to brak Boga, lecz to nie do końca tak – Bóg jak najbardziej będzie tam słyszalny, a może nawet i widzialny, tyle że będzie zakaz zbliżania się do Niego. Będzie folia, szyba z pleksi, smród tego zasranego odkażacza. Dokładnie tak się tam czułem.

Ostatnie miesiące – mam na myśli te jeszcze przed wybuchem koronaświrozy – były dla mnie okresem powolnego powracania do praktyk religijnych po dwunastu latach przerwy. Zapoczątkował go wyjazd do Lourdes, choć, rzecz jasna, przede wszystkim głęboka wewnętrzna potrzeba i przemożne poczucie, że Bóg mnie zaprasza, otwiera mi drzwi. Mało tego – że wystawia mi niejako certyfikat do zajmowania się Jego sprawami, czego wyraz stanowiła między innymi książka o Lourdes, którą udało mi się wydać pod koniec ubiegłego roku. Czułem, że albo teraz, albo nigdy. Przygotowywałem się do spowiedzi. Ale koronaświroza to wszystko zniszczyła.

Może nie to, że pozbawiła mnie wiary, że popadłem w jakiś rokosz przeciw Bogu albo coś podobnego. Raczej powiedziałbym, że emocjonalny szok i psychiczny krach, którego doświadczyłem, wpędził mnie w duchowy regres. Okazało się, że wiara nie jest dla mnie żadnym pocieszeniem, a wręcz – że będąca jej nieusuwalną częścią pokora wobec tego, na co nie mogę mieć wpływu, drażni mnie i przyprawia o pogardę. I do tego jeszcze zakazy wchodzenia do kościoła! Dziwne, lecz nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, jak istotna jest fizyczna obecność na mszy, nawet jeśli się w niej w pełni nie uczestniczy, oraz przeżywanie tego doświadczenia z innymi ludźmi.

A teraz uwaga, bo – jak to mawia Jurek Owsiak – zamierzam przyłożyć z Baśki. Otóż gdybyście zapytali mnie, czy sądzę, że Kościół – nie poszczególni heroiczni księża, tacy jak mój proboszcz, lecz instytucja – zdał egzamin z wierności Chrystusowi podczas koronaświrozy, to bez wahania odparłbym, że oblał go na całej linii. I piszę to z pełną odpowiedzialnością. Kościół w ciągu ostatnich czterech miesięcy zapisał jedne z najbardziej haniebnych kart swojej historii. Zamiast twardo stać po stronie ofiar, przyłączył się do siania psychozy strachu. Zamiast nieść pogrążonym w rozpaczy wiernym pociechę, obwieszczał im, że pójście na mszę to grzech przeciwko piątemu przykazaniu.

To jest po prostu coś horrendalnego! I wiem, że powtarzam tu po innych, którzy pisali i mówili to już wcześniej, ale nigdy dotąd – nawet podczas wojen bądź epidemii – nie zamykano ludziom drzwi przed nosem, nie wyganiano ich spod ołtarza, nie wtłaczano do głów, że eucharystia ich zabije. Nie toczono żenujących dyskusji, że komunia do ust jest niehigieniczna. Kościół hierarchiczny zrzucił z tronu Jezusa i na jego miejscu posadził koronawirusa. Na dobrą sprawę biskupi i kardynałowie – może i sam papież – powinni z tych swoich łańcuchów odpiąć krzyże i przypiąć wizerunki tego pryszczatego skurwysynka. Byłoby wiadomo, co naprawdę czczą.

Przeraża mnie, co się ostatnio na przykład dzieje w „Gościu Niedzielnym”. O Bogu pisze się tam coraz mniej, za to coraz bardziej sprawia on wrażenie, jakby stał się oficjalnym biuletynem propagandowym ministerstwa zdrowia. Ciągle tylko noście maseczki, myjcie rączki, szczepcie się. Co to jest, u licha? To ma być katolicki portal? Widać, że już nawet komentujący nie wytrzymują. Teraz na całego odchodzi tam młotkowanie komunii „na rękę”, włącznie z podpieraniem się cytatami ze św. Faustyny. Tylko że troski o życie – a zwłaszcza wieczne – jakoś za bardzo w tym nie czuję. Czuć jedynie cuchnący dezercją ziemski strach.

Co ciekawe w tym kontekście, na portalu Karnowskich trafiłem wczoraj na tekst Grzegorza Górnego o książce Georgio Agambena „Gdzie się znajdujemy”, w której włoski filozof podjął jedną z pierwszych prób intelektualnego ugryzienia „na gorąco” globalnych konsekwencji koronaświrozy. I otóż okazuje się, że doszedł tam do bardzo podobnych wniosków na temat zachowania Kościoła jak ja. Kościół – jak zauważa Agamben – potulnie i bez protestu zgodził się na wszelkie ograniczenia narzucone mu przez władze świeckie. Do tego jakby w ogóle nie zauważył, że w imię tzw. walki z pandemią przekroczono granicę dzielącą cywilizowaną ludzkość od barbarzyństwa.

Nigdy dotąd w dziejach chrześcijaństwa nie zdarzyło się bowiem, ażeby ludzie umierali w samotności tylko dlatego, że kontakt z nimi stwarza ryzyko, zaś ich ciała musiały być kremowane bez pochówku. I te bijące w oczy fakty – ku zdumieniu Agambena – nie stały się żadnym wstrząsem dla katolickich elit. Kościół, na czele z papieżem, który nazwał siebie Franciszkiem – zżyma się dalej filozof – zapomniał o tym, że Franciszek (ten prawdziwy, z Asyżu – przyp. mój) przytulał trędowatych. Zapomniał, że jednym z dzieł miłosierdzia jest odwiedzanie chorych. Zapomniał o męczeństwie, które uczy nas poświęcenia życia. Sam bym tego lepiej nie ujął. Aż dziw, że Karnowscy to puścili.

Z drugiej strony nie jest też tak, że ja, jako katolik, nie zadaję sobie pytań, jak w tej sytuacji postąpiłby Jezus. Wręcz przeciwnie – zastanawiam się nad tym. Zastanawiam się, czy nosiłby potulnie maseczkę i kazał swoim uczniom izolować się od zarażonych. Mam też w pamięci jego słowa o oddawaniu Bogu tego, co boskie, i cesarzowi tego, co cesarskie. To właśnie przez wzgląd na te słowa zrezygnowałem z aktywnego kontestowania nakazów. Więc przemyśliwuję to wszystko i dochodzę do wniosku, że On przede wszystkim nakłaniałby do pokonywania strachu i zachęcał do korzystania z własnego rozumu. Hierarchowie sobie to odpuścili – tyle wiem.

Wiem też, że bardzo brakowało mi mszy. Chyba dużo bardziej niż przypuszczałem, zanim poszedłem pierwszy raz po przerwie. I wiem, że będę tam sterczał każdej niedzieli, dopóki znowu nie będę mógł wejść do środka jak normalny człowiek. Będę tam siedział albo stał, choćby miało to trwać rok, dwa, pięć. Będę tam stał w słońcu, w deszczu i na mrozie, w towarzystwie lub sam. Może w końcu ktoś się zlituje. Szkoda, że nie wpadłem na to wcześniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s