Zgodzić się na ten świat

Edward Stachura pod koniec swojego pełnego mniej i bardziej wydumanych udręk życia napisał tekst pod tytułem „Pogodzić się ze światem”. Pamiętam, że czytałem go w słynnej „dżinsowej” edycji dzieł wybranych Steda, jednak nie jestem dziś już do końca pewien, czy ten tytuł nadał sam, czy redagujący całą serię Henryk Bereza, Ziemowit Fedecki i Krzysztof Rutkowski. Stachurze to godzenie się raczej nie za dobrze wychodziło, jeśli zważyć, że ów ni to dziennik, ni traktat filozoficzny był de facto jego listem pożegnalnym, po skończeniu którego popełnił samobójstwo. Aczkolwiek sama kwestia godzenia się z rzeczywistością warta jest głębszej zadumy.

Ja wśród moich własnych udręk – też na pewno w dużej mierze wydumanych – poświęcam jej ostatnio szmat czasu. Myślę o tym szczególnie intensywnie, odkąd znów chodzę na niedzielną mszę. Osobliwe rzeczy zaczęły się ze mną od tamtej pory dziać. I z tygodnia na tydzień to coraz bardziej narasta. Czuję na przykład, jak ulatnia się ze mnie ta zapiekła wściekłość na koronaświrozę. Nie zmieniłem zdania na jej temat – niezmiennie uważam, że zło wyrządzane nam pod pretekstem walki z wirusem przewyższa samego wirusa – lecz uczę się patrzeć na to z innej perspektywy. Na nowo uświadamiam sobie, że jest Ktoś, kto pokonał ten chory świat, i że to On ma stanowić mój punkt odniesienia.

Coraz wyraźniej widzę, jak rozsadzająca mnie od miesięcy frustracja i złość wyniszcza mnie duchowo. Czy to znaczy, że teraz potulnie zacznę nosić maseczkę? Nie, nic z tych rzeczy. Jednak wiara pozwala nadać temu oporowi bardziej pokojowy wymiar. Jezus przecież nie wściekał się na swoich oprawców, bo wiedział, że Prawda jest z Nim. Nie wdawał się z Piłatem w polemiczne spory, ani nie licytował się na argumenty, a mimo to nikt nie może mieć wątpliwości, że stał twardo przy swoim. Był pokorny, a jednak koniec końców zwyciężył. Wiem, brzmię trochę jak kaznodzieja, ale tak właśnie czuję. To daje mi namiastkę harmonii.

I to są właśnie oznaki godzenia się. Tylko teraz powstaje zasadnicze pytanie: godzenia się z, czy na? A w ogóle istnieje różnica? – zdziwi się ktoś. No cóż, chyba istnieje. Pogodzić się z, to zaakceptować stan rzeczy, przyjąć narzucone przez niego reguły gry. Zgodzić się na, to uznać, że innego świata niż ten, w którym przyszło nam egzystować, nie będzie, podobnie jak nie będzie innej wersji nas samych. Jesteś tym, kim jesteś, a to jest taka a nie inna rzeczywistość, która została ci dana, a może nawet… zadana? Ja w każdym razie tak to rozróżnienie rozumiem. Innego świata nie będzie, innych nas również. I albo weźmiemy tę oczywistą oczywistość na klatę, albo skażemy się na niewymowne duchowe cierpienie.

To cierpienie ma zresztą swoją bardzo konkretną nazwę – acedia lub, nieco bardziej poetycko, demon południa – i już blisko dwa tysiące lat temu zostało doskonale rozkminione przez Ewagriusza z Pontu. W największym uproszczeniu jest to właśnie niezgoda na świat oraz na siebie w nim. Dotknięci acedią uciekają od rzeczywistości, popadają w marazm, rozpacz i beznadzieję. Są niezdolni do bycia tu i teraz oraz do zajmowania się tym, co w danej chwili zesłał im los. Kiedy ktoś taki pracuje, najchętniej nic by nie robił. Gdy z kolei pracę przerywa, ogarnia go nuda. Ale – jak zauważają Ojcowie Pustyni – głównym objawem acedii jest niechęć do miejsca, w którym się przebywa.

Dręczony acedią benedyktyn może na przykład w pewnym momencie dojść do wniosku, że lepiej było zostać franciszkaninem. Na jakąś postać acedii zapewne cierpiała flaubertowska Emma Bovary, która znużona małżeństwem z prostolinijnym Karolem poszukiwała miłości idealnej w ramionach kolejnych kochanków. Na acedię prawdopodobnie cierpiał również i Stachura, nie mówiąc już o pewnym moim znajomym literacie, który kiedyś często wzdychał, że wolałby urodzić się w Anglii z epoki Jane Austen. Nawiasem mówiąc, dosyć zabawnie do tej przypadłości podszedł Woody Allen w filmie „O północy w Paryżu”.

Nie wiem, czy to, co ja przeżywałem ostatnio w związku z koronaświrozą, także dałoby się podciągnąć pod kategorię acedii. Natomiast wiem, że kwestia zgodzenia się na kształt świata, w jakim przyszło mi żyć, nigdy wcześniej tak jaskrawo przede mną nie stanęła. Fakt faktem, zawsze miałem skłonność do lekkiej melancholii, a co za tym idzie – do wygładzania przeszłości, natomiast nigdy nie ujawniło się to aż tak drastycznie jak teraz. Nigdy nie zawierało aż tak wyraźnej domieszki potępienia teraźniejszości. Nigdy przedtem nie doświadczyłem też tak silnej emocjonalnej huśtawki między furią a apatią, której finał i tak zawsze był ten sam – poczucie beznadziei.

W tym momencie nieodzownie musi przypomnieć się leibnizowska teodycea i słynny, a wielokrotnie obśmiewany cytat, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Najlepszym, bo są w nim wszystkie składniki, które umożliwiają nam bycie szczęśliwymi. A jeśli czasem w to wątpimy, to tylko dlatego, że nie dysponujemy boskim oglądem całości. I rzeczywiście – jeżeli dobrze się w to wmyśleć, okazuje się, że coś w tym jednak jest. Świat zalewa zło – to prawda – choć z drugiej strony nie wiemy, jak mogłoby być, gdyby iluś ludzi w ramach przysługującej im wolności nie wybrało dobra. Piłka cały czas pozostaje w grze, a losy świata decydują się w każdej chwili w każdym z nas.

Wydaje mi się, że właśnie to zaczyna do mnie powoli docierać, kiedy tak sobie siedzę przed kościołem w niedzielne popołudnia. Zaczynam rozumieć, że zgodzić się na świat taki, jaki jest, to nie to samo, co poddać się mu. A chyba ta perspektywa od początku koronaświrozy najbardziej mnie dobijała. Żyłem w fałszywym przeświadczeniu, że albo pozostanie mi jedynie trwać w wyniosłym i zapalczywym „nie”, albo wywiesić białą flagę i grzecznie przyjmować wszystko, cokolwiek przyniesie „nowa normalność”. Ta druga opcja nie wchodziła w rachubę, więc pozostawała pierwsza, czyli ucieczka w „kiedyś to było” i „noli me tamgere”.

A tymczasem zgodzić się na świat polega na czymś zupełnie innym – na dopuszczeniu do siebie, że jest tylko tu i teraz. Przeszłość już minęła, a przyszłość… no cóż, będzie taka, jaką ją sobie ulepimy. Acedia poza tym, że wpędza cię w rozpacz, odbiera ci również wiarę w to, że cokolwiek da się zmienić. Zatem w tym sensie zgodzić się na świat to również nic innego jak poczuć się gotowym do wyzwań, które ten świat przed nami stawia. Gdyby w czasach okupacji wszyscy poddali się zwątpieniu i marazmowi, nikt nie wpadłby na pomysł stworzenia AK. Ci, którzy tego dokonali, nie pogodzili się z rzeczywistością, ale musieli się na nią zgodzić, by w ogóle stać się zdolnymi do działania.

Poruszam się tu cały czas w kontekście koronki, bo on samoistnie się narzuca, jednak to, o czym piszę, dotyczy przecież tak naprawdę wszystkich okoliczności. Pracy, rodziny, kraju, etc. Dziś wielu ludzi żyje w ustawicznym rozedrganiu, uciekając w seriale, w używki lub cokolwiek, co pomaga im zagłuszyć to, że są, kim są, a do tego że są akurat tu, a nie gdzie indziej. Czy można się jakoś tej elementarnej zgody nauczyć? Podobno, by wykonać pierwszy krok w tym kierunku, wystarczy na początek wziąć dowolną opasłą książkę i postanowić, że się ją przeczyta od deski do deski. Niewiele, co?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s