Ostatnia rewolucja

Tak, blog znów zmienił nazwę. Tak, wiem, że możecie mieć tego trochę dość. Tak, zdaję sobie sprawę, że przez te ciągłe roszady sam sobie strzelam w stopę, bo nie jestem w stanie stworzyć spójnego wizerunku siebie i swojej działalności, który stałby się fundamentem do stałego i stabilnego powiększania zasięgów oraz budowania rozpoznawalności. Ale tym razem to już naprawdę będzie ostatnia rewolucja. Ostatnia, bo i ja zaczynam mieć tego dość.

W czasach, kiedy zaczynałem przygodę z internetem, blogi były mniej więcej tym, czym dziś są media społecznościowe, czyli pamiętnikami do wrzucania wszystkiego, co podleci. Potem to zaczęło się stopniowo zmieniać – nastąpił twardszy podział na społecznościówki, które dalej były zbiorowiskiem wszystkiego, i własne serwisy, które coraz bardziej były o czymś konkretnym. Mnie jakoś wybitnie ciężko przychodziło zaadaptowanie się do tej sytuacji. Cóż, starość.

Może po części było tak dlatego, że bałem się czemuś jednemu poświęcić bez reszty. Bałem się, co będzie, jeśli to okaże się nie tym, a ja zapragnę zmienić kierunek, ale będzie za późno. Tak naprawdę ta obawa dotyczyła chyba całokształtu mojego pisarstwa. Zarazem jednak chciałem stworzyć coś unikatowego, z czym ludzie by mnie kojarzyli i co stałoby się moim tzw. znakiem firmowym. No i tak tkwiłem w tej nierozwiązywalnej sprzeczności.

Z rzeczy, które na przestrzeni lat mnie pociągały, kultura zawsze wybijała się na czoło. I to zarówno od strony praktycznej, czyli jako twórcy, jak i teoretycznej – jako analityka, badacza, komentatora i ogólnie smakosza. W końcu nie na darmo poszło się na tę polonistykę. Czasami nawet zastanawiam się, czy ta druga strona nie pociąga mnie bardziej. Ale jej też bałem się w pełni poświęcić, bo – patrz wyżej.

Kiedy na kilka lat porzuciłem kulturę na rzecz publicystyki, było trochę łatwiej. Teraz, gdy podjąłem decyzję o zerwaniu z komentowaniem polityki, stary problem powrócił. O czym teraz pisać? Czemu się poświęcić? Niby upichciłem powieść, z którą uderzam właśnie do wydawnictw, ale raz, że nie wiadomo, czy ktoś ją w ogóle zechce, a dwa – nie jestem pewien, na jak długo starczy mi beletrystycznego zapału.

Prawda jest taka, że cały czas intensywnie przemyśliwuję, jak te sfery połączyć. Tzn. jednocześnie pisać twórczo i karmić pasję komentatora. Może to mógłby być ten mój unikalny styl? A jeszcze do tego jak połączyć działalność w internecie z tą wydawniczą – być może kiedyś całkiem na swoim? No ale do tego potrzebna jest silna marka, stali odbiorcy. I tak nam się kółko zamyka.

Ze mną pod tym względem jest trochę tak, jak z bohaterem tej mojej powieści. On jest krytykiem literackim, jednak nosi w sobie kompleks wobec „prawdziwych pisarzy” i długo nie chciał się przed samym sobą przyznać, że znacznie lepiej wychodzi mu komentowanie tego, co stworzyli inni, niż tworzenie czegoś własnego. Ja mam dość podobnie. I także przez szereg lat się tym gryzłem, uważałem się za gorszego, mniej zdolnego itp.

Wkurzało mnie, że jeśli już ktoś bierze ode mnie teksty do publikacji, to chętniej te, w których komentuję twórczość innych, niż moje własne dokonania prozatorskie. Te pierwsze też zresztą zawsze lepiej się klikały, kiedy wrzucałem je do internetu. No właśnie, internet – lubię niezależność, którą on daje. W wydawnictwie występuję w roli petenta – tu to ja jestem wydawcą, więc w pełni zrozumiałe, że pociąga mnie tworzenie tu.

I dlatego postanowiłem w końcu ulec tym różnym wewnętrznym podszeptom i pójsć w kulturę na dobre. Pójść również w tym sensie, że uczynić ją źródłem inspiracji i przewodnim tematem twórczości. Stąd właśnie ta najnowsza – i naprawdę już ostatnia, obiecuję – roszada. Co z tego wyjdzie i dokąd zaprowadzi, zobaczymy. W każdym razie jeśli okaże się, że i ten projekt rozbije się o skały, to po prostu skończę z blogowaniem.

Z kwestii stricte technicznych – założyłem fanpage „Królik o kulturze”, który od teraz będzie oficjalnym facebookowym przyczółkiem bloga. Zachęcam do jego polubienia i wykonania tych wszystkich sztuczek, które są niezbędne, żeby wielki i czcigodny fejs raczył wyświetlał wam moje posty.

To chyba tyle ogłoszeń parafialnych. Do przeczytania.

Jedna myśl na temat “Ostatnia rewolucja

  1. Przedostatnia rewolucja. Albo przed..przed.. Ja nawet mając własne domeny już mocno zagnieżdżone z słowami kluczowymi potrafię przemodelować w inną stonkę kompletnie bardzo cierpiąc z tym moim już nieaktualnym SEO. Mógłbym wiele rzeczy doradzić ale jedna jest najważniejsza. Przy każdej czystce i zmianach tracę część z mojej pasji. Coś nowego nie znaczy coś żywszego.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s