Przeczytałem „Szmirę” Bukowskiego

Przeczytałem, a w zasadzie wysłuchałem, bo dopiero teraz pojawiła się w zasobach Daisy, z których jako niedowidzący obficie korzystam. Im jestem starszy, tym niestety więcej, bo tradycyjne czytanie coraz bardziej mnie męczy. Nawiasem mówiąc „Szmira” jest tam w naprawdę świetnej interpretacji lektorskiej Wojtka Chorążego, który znakomicie oddaje abnegację i gapowatość głównego bohatera – tym razem, o dziwo, nie będącego samym Bukowskim, zakamuflowanym pod ksywką Chinaski. Na marginesie od razu dodam, że od dawna ostrzyłem sobie na tę książkę zęby. I to z co najmniej kilku powodów.

Pierwszy i najbardziej oczywisty jest taki, że… no cóż, to Bukowski. Czy trzeba więcej wyjaśnień? Jego miłośnikom z pewnością nie. Nie wiem, czy mógłbym uznać się za członka jego fanklubu, ale powiedzmy, że przemawia do mnie jego życiowa postawa. W miarę jak pogarsza się moja opinia o świecie i zamieszkujących go dwunożnych istotach, chyba zresztą coraz bardziej. Co nie zmienia faktu, że Bukowski to raczej nie jest pisarz, z którym mogę obcować w zbyt dużych ilościach na raz. Czytanie go dość szybko staje się monotonne.

Jednak „Szmira” pod wieloma względami stanowi wyjątek. Przede wszystkim to jego ostatnia rzecz – ukończona i wydana kilka miesięcy, jeśli wręcz nie tygodni, przed śmiercią. Poza tym, jak już wspominałem, Bukowski rezygnuje tam ze swojego typowego autobiograficznego egocentryzmu. Nie oznacza to, że detektyw-lump Nicky Belane nie posiada jego cech – wprost przeciwnie, posiada ich całkiem sporo – ale podoba mi się, że w „Szmirze” stary Hank przynajmniej spróbował dokonać transmisji swoich bolączek i obsesji na kogoś innego. To takie… flaubertowskie. Po prostu siadł przy maszynie – a raczej przy komputerze, bo z tego, co słyszałem, ponoć „Szmirę” wystukiwał właśnie na tym diabelskim urządzeniu – i zakrzyknął: hej, skurwysyny, pani Bovary to ja!

Chinaski vel Bukowski pojawia się na kartach tej niedużej historyjki tylko raz – jako postać trzeciorzędna, o której się tylko napomyka w rozmowie. Do tego, jeśli zważyć na fakt, że zostaje przez Belane’a skwitowany żołnierskim „a chuj z nim”, to otwiera to, przyznacie, bardzo ciekawe pole interpretacyjne odnośnie do intencji samego autora wobec swojej najsłynniejszej kreacji. Może Hank chciał się najzwyczajniej w „Szmirze” uwolnić od własnej legendy.

Kolejny powód jest już ściśle powiązany z moim własnym pisarstwem. Dan ze „Spełnienia” (o którego ukończeniu niedawno dumnie donosiłem, gdzie tylko się dało) pracuje nad książką o Bukowskim, w której stara się zgłębić tajemnicę jego geniuszu i, niejako przy okazji, braku tegoż u samego siebie. Wchodzi w ten proces na tyle głęboko, że w miarę rozwoju akcji wytwarza ze świętej pamięci Hankiem nader specyficzną duchową więź.

No dobrze, ale przechodząc do zwanego mięcha: czym tak naprawdę jest „Szmira”? Ano jest dwoma w jednym – po pierwsze postmodernistycznym, utrzymanym niejako w literackim odpowiedniku tonacji tarantinowskiej, pastiszem powieści sensacyjnej i w ogóle różnych popkulturowych klisz. Po drugie – niewiarygodnie przygnębiającym pożegnaniem Bukowskiego ze światem i próbą oswojenia zbliżającej się nieuchronnie śmierci. Jako gra z konwencjami kultury masowej sprawdza się tak sobie, za to jako traktat o przemijaniu chwyta mocno za serducho. Przy czym tych płaszczyzn nie da się tak do końca rozdzielić, bo w gruncie rzeczy wzajemnie się oświetlają i dopowiadają.

Fabularnie jest to coś w rodzaju parodii chandlerowskiego kryminału noir. Mamy więc opowiadającego całą historię prywatnego detektywa i kilka na pozór niepowiązanych ze sobą spraw, które stara się równocześnie rozwikłać. No, z tym rozwikływaniem to może lekka przesada – Nicky raczej swoje zlecenia przeczekuje w nadziei, że rozwiążą się jakoś same, podczas gdy on siedzi z nogami na biurku, chla, szlaja się po barach mrocznego Los Angeles albo obstawia zakłady na wyścigach. W międzyczasie oczywiście snuje dywagacje o bezsensie życia i o tym, jak zmarnował swoje dłonie, które mogły przecież być dłońmi pianisty, a zamiast tego przez lata spuszczały wodę w kiblu i drapały swojego właściciela po jajach. Ach, no i jeszcze zdarza mu się od czasu do czasu wyeliminować z gry jakąś ospałą muchę.

I oto pewnego dnia u Belane’a zjawia się Pani Śmierć we własnej osobie. Choć bynajmniej nie jest zakapturzonym kościotrupem z kosą. Przypomina raczej zabójcze laski z „Kill Billa”. Domaga się, żeby podjarany jej aparycją łaps zidentyfikował dla niej Celine’a, który jakimś niepojętym zrządzeniem losu od trzydziestu lat się jej skutecznie wymyka. Później do drzwi Belane’a zapuka jeszcze między innymi mąż podejrzewający, że żona go zdradza, właściciel zakładu pogrzebowego, który twierdzi, że prześladuje go przybyszka z kosmosu, i facet, który chce, żeby Belane znalazł tajemniczego czerwonego wróbla, i upiera się, że Nicky jest idealny do tej roboty. Potem zaczyna się jazda bez trzymanki – i w wielu miejscach logicznej spójności – której nie ma co dokładnie streszczać.

Tu przyda się kilka wyjaśnień. Celine to literacki mistrz Bukowskiego, co wielokrotnie podkreślał w różnych wypowiedziach. To od Celine’a Bukowski wziął przekonanie, że dzieło powinno stanowić surogat przeżyć autora, a też i zapewne poczucie immanentnej brutalności i ohydy świata, które rezonowało z jego własnymi, niełatwymi doświadczeniami. Imię i nazwisko narratora „Szmiry” to z kolei nawiązanie do popularnego w latach powojennych autora pulpowych sensacyjniaków – Mickey’a Spillane. Rysuje nam to, trzeba przyznać, całkiem interesujący horyzont, w którym to, co wysokie, współgra z tym, co niskie. Ale taka też jest ta pożegnalna elegia Hanka.

Bukowski dość przewrotnie zadedykował „Szmirę” złemu pisarstwu. To, wraz ze znaczącym tytułem oraz fajerwerkami w środku, rzeczywiście sprawia, że powieść staje się prześmiewczym i zgryźliwym pastiszem, a zarazem bezkompromisową krytyką treściowej papki, którą karmi się człowiek epoki mass mediów. Sam Belane, posklejany ze stereotypów i klisz, a do tego kompletny życiowy przegryw, urasta tu jakby do rangi symbolu duchowego i intelektualnego spustoszenia, jakiego dokonuje w nas współczesna kultura. Czy raczej, jeśli mamy podążać za myślą pisarza, pseudokultura.

Ja odczytuję to jako wyraz zgorzknienia Bukowskiego, który na koniec postanowił jeszcze wymierzyć temu wstrętnemu, głupiemu i cynicznemu światu kilka sążnistych kopów. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na sporą dozę iście komiksowej brutalności, zupełnie jakby Bukowski nieomal pastwił się nad rzeczywistością. Choć z drugiej strony trudno mi nie odnieść wrażenia, że ten sam Bukowski świetnie się w pulpowych dekoracjach odnajduje i umiejętnie – zupełnie jak Tarantino za pomocą kamery i aktorów – nimi gra.

Zarazem jednak wszystko to jest przepojone dojmującym smutkiem i poczuciem rychłego kresu. Tam, gdzie ten właśnie ton najsilniej dochodzi do głosu, książka powala na kolana i przypomina, że mamy do czynienia z wielkim pisarzem, który swoją twórczość traktuje śmiertelnie poważnie. To mnie w „Szmirze” ujęło, nie pozwalając mi tak po prostu jej zaliczyć jako czytelniczej ciekawostki. Naprawdę głęboka, poruszająca i dająca się odczytać na wielu poziomach literatura z pozorami kiczu.

A do tego z porażająco prostym przesłaniem, że wszystko degraduje się i umiera. Dosłownie wszystko: herosi naszej młodości, pogrążający się w chaosie świat i wreszcie my sami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s