Przeczytałem „Dziennik rumowy” Huntera Thompsona

“Dziennik rumowy” to moje pierwsze większe zetknięcie z twórczością legendarnego Huntera S. Thompsona. Co prawda interesowałem się nim mniej lub bardziej intensywnie od dłuższego czasu, ale poza słynnym filmem “Las Vegas Parano” na podstawie jeszcze słynniejszej książki Thompsona “Lęk I odraza w Las Vegas” czytałem w zasadzie tylko fragmenty jego prozy i pojedyncze felietony w internecie. Widziałem też oczywiście kilka dokumentów o samym Thompsonie. Filmowa adaptacja “Dziennika…” wciąż przede mną, choć, szczerze mówiąc, nie wiem, czy jestem jej szczególnie ciekaw. Ale po kolei.

Skojarzeniem, które większości ludzi odpala się niemal automatycznie w związku z Thompsonem, jest oczywiście dziennikarstwo. Czy raczej tzw. nowe dziennikarstwo vel styl gonzo, którego był współtwórcą. Polegało ono – a właściwie wciąż polega, bo mocno zakorzeniło się w literackim reportażu – przede wszystkim na zerwaniu z pozorami obiektywizmu, aktywnym wkroczeniu do tekstu osoby narratora, przedstawianiu wydarzeń z jego punktu widzenia i swobodnym mieszaniu faktów z fikcją. I jeśli Thompson mnie fascynował, to chyba głównie pod tym kątem. Zdecydowanie mniej ze względu na same treści, bliskie mu anarchistyczne idee, które mnie raczej śmieszą niż zachwycają, czy jego nietuzinkową osobowość, która trąci efekciarskim pozerstwem.

Tu na marginesie muszę przyznać, że trochę mi ręce drżą, kiedy to piszę. Ale też bynajmniej nie dlatego, że profanuję jakąś nietykalną świętość, którą Thompson dla wielu literackich kabotynów niewątpliwie jest. Raczej dlatego, że popełnił samobójstwo, co świadczy, że gdzieś pod maskami pozorów I błazeństw tkwiła w tym człowieku głęboka tragedia, której należy się szacunek. Ale ja tutaj oceniam Thompsona nie jako jednostkę, której wszystkich tajemnic nie sposób przeniknąć, lecz jako fenomen kulturowy. A jako taki po prostu średnio do mnie trafia. Tyle. Ok, wróćmy do tematu.

Odium dziennikarstwa ciągnie się również za tą książką, choć w nieco inny sposób niż w większości dorobku Thompsona. Przede wszystkim jest to powieść, I to w najbardziej konserwatywnym znaczeniu tego słowa. W jakiejś mierze inspirowana doświadczeniami samego pisarza i poczynionymi przez niego obserwacjami, ale mimo wszystko powszechnie traktuje się ją jak fikcję. Na dodatek jest to jego wczesna rzecz, stworzona w bardzo młodym wieku, zanim jeszcze w pełni wykształcił swój charakterystyczny język. Niemniej jej bohaterem i narratorem jest dziennikarz, a głównym miejscem akcji – redakcja gazety, w której rozpoczyna pracę.

Paul Kemp to, jak się zdaje, typowy młodzieniec z powojennego Nowego Jorku. Szuka swojego miejsca w życiu, ale nade wszystko – spełnienia i mitycznej wolności. W pościgu za nią od kilku lat szlaja się po różnych krajach, podejmując dorywcze zajęcia jako reporter, ewentualnie ktoś w rodzaju copywritera – ogólnie klepacz na maszynie, który napisze wszystko, co klient sobie życzy, za niemal każde pieniądze. W końcu trafia na Puerto Rico, gdzie zatrudnia się w jednej z wychodzących tam anglojęzycznych gazet.

Gazeta znajduje się oczywiście na skraju bankructwa, za co w równej mierze odpowiada kiepskie zarządzanie jej właściciela, jak i sam zespół, składający się przeważnie z nieudaczników, pijaków i leniwych cwaniaczków, którzy liczą na szybki i łatwy zarobek, a przy pierwszej nadarzającej się okazji dają nogę. Paul zresztą nie jest od nich wiele lepszy. Inteligentniejszy, bardziej sprytny i wyszczekany jak najbardziej tak, ale poza tym nic go od nich nie różni. Choć może z drugiej strony takim czyni go panująca tam atmosfera rozlazłości, cynizmu i patrzenia tylko na czubek własnego nosa.

Fabuła kręci się zasadniczo wokół przyjaźni Paula z niejakim Jemonem – facetem tyleż nieobliczalnym, co romantycznym w łotrzykowskim sensie – oraz ich cichej rywalizacji o względy pięknej i dzikiej Chenault, która wpada Paulowi w oko już na pokładzie samolotu do San Juan. Reszta to głównie włóczenie się po wyspie, picie na umór, awantury o kasę, bijatyki w podejrzanych spelunach i kilka fajerwerków, takich jak orgia na karnawale, która kończy się dość dramatycznie, czy demolka sklepu monopolowego przez tłum rozochoconych tropikalną gorączką turystów.

Z tonu powyższych akapitów można zapewne wywnioskować, że stosunek do “Dziennika rumowego” mam raczej chłodny. Cóż, ujmę to tak: gdyby ta powieść trafiła w moje ręce tak jeszcze z dziesięć lat temu, kiedy fascynowałem się bitnikami, kontrkulturą epoki dzieci-kwiatów i innymi podobnymi klimatami, prawdopodobnie sikałbym w nogawki z zachwytu. Teraz te wszystkie figury nonkonformistycznych buntowników bez powodu, przemielonych po stokroć przez rynek, po prostu mnie nudzą swoją infantylną – tak, infantylną, dobrze słyszeliście – konwencjonalnością. W końcu, do cholery, ile można podniecać się Kerouacem, Keseyem czy choćby właśnie Thompsonem?

Aczkolwiek rozumiem, że gdy pisał “Dziennik…”, te tropy wciąż były nowe, świeże i atrakcyjne. On zaś był młodym, poszukującym swojego głosu i wzorującym się na tym, co wówczas było modne, autorem. Zapewne też w dużej mierze te ideały autentycznie podzielał. Wskazuje na to jego późniejsza biografia. Więc biorę na to poprawkę i staram się po prostu odbierać „Dziennik rumowy” jako dokument epoki, w której powstał, i stanu świadomości, który ta epoka uformowała. Dla siebie – czy to pisarsko, czy życiowo – za wiele z tego nie wyniosę. No, może poza kilkoma nazwami, które może kiedyś gdzieś wykorzystam.

Czy to oznacza, że nie widzę w “Dzienniku…” żadnych plusów? Bynajmniej. Świetne jest na przykład to, że Thompson, mający już wtedy silną dziennikarską żyłkę, postarał się o sportretowanie społecznego tła. Są tam więc bardzo dokładne reporterskie opisy zarówno samej wyspy, jak i panujących na niej nastrojów politycznych oraz ludzkich charakterów. Gdyby Thompson odpuścił sobie pretensjonalne historyjki o poszukiwaniu wolności i zamiast tego zdecydował się na reportaż z prawdziwego zdarzenia – nawet w stylu gonzo – nadal czytałoby się “Dziennik…” znakomicie.

Ach, no i może jeszcze to, że opisane przez niego “Daily News” bardzo przypomina mi lokalny tygodnik, w którym lata temu sam zaczynałem. Ta sama walka o każdy znak i gryzienie się, czy przetrwamy, podobne typki przewijające się przez redakcję w nadziei na łatwy szmal i identycznie demotywująca atmosfera, w której zaczynasz nabierać przeświadczenia, że to wszystko wisi na włosku. No i szef, który jako jedyny w cały ten interes wierzy. Jak widać, pewne rzeczy są ponadczasowe i uniwersalne bez względu na szerokość geograficzną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s