Obejrzałem „Maskę Czerwonego Moru”

Kwestia relacji materiału literackiego do jego wersji ekranowej bywa pogmatwana. Utarł się stereotyp, a właściwie chyba dogmat, że książki przewyższają oparte na ich bazie filmy, i z moich doświadczeń wynika, że na ogół rzeczywiście tak jest. Co nie zmienia faktu, że mógłbym tutaj wskazać całkiem sporo wyjątków od tej reguły. Do takich wyjątków należy choćby „Śmierć w Wenecji”, „Panny z Wilka”, „Srebrna kula” (mam na myśli ekranizację „Roku wilkołaka” Stephena Kinga), „Lśnienie” (tegoż) oraz właśnie „Maska Czerwonego Moru” w reżyserii Rogera Cormana, którą niedawno – zresztą po raz pierwszy – zobaczyłem na TVP Kultura. I ech – cóż to był za bal!

Z opowiadaniem Poego po raz pierwszy zetknąłem się na studiach. Przechodziłem wtedy krótki okres fascynacji jego twórczością, którą, gdy tylko mogłem, starałem się czytać po angielsku. Miałem nawet niezwykle ambitny plan przetłumaczenia kilku utworów – w tym słynnego „Kruka” – i początkowo nieźle mi szło. Gdyby nie słomiany zapał, może coś by z tego wynikło. „Maska…” to był dla mnie tekst wręcz legendarny. Gdy jednak w końcu udało mi się do niego dotrzeć – oczywiście w oryginale, bo nie chciałem się skazić żadnymi polskimi przekładami – przeżyłem bardzo bolesne rozczarowanie. Poczułem się po prostu nabity przez wielkiego Edgara w butelkę.

Może to, co napiszę, wyda się niektórym znawcom tematu kontrowersyjne, ale osobiście uważam, że jest to jeden z jego najgorszych kawałków. Króciutki, z ledwie zarysowanymi postaciami, szczątkową akcją i wymuszonym zakończeniem. Nie przekonują mnie żadne argumenty o budowaniu nastroju niesamowitości, kunsztownym języku, oddziaływaniu na wyobraźnię… no nie, po prostu nie! Poe zmarnował świetny potencjał na kipiącą od autentycznej grozy nowelę. Tym lepiej dla Cormana, który wydobył z tego rachitycznego szkicu cały drzemiący w nim ogień.

Tutaj na marginesie wypada dodać, że Corman przeniósł na kliszę kilka rzeczy Poego. Większość z nich widziałem dość dawno temu (bodaj jeszcze w latach 90) i wrażenia z tamtch seansów się we mnie zatarły, aczkolwiek chyba zgodziłbym się z opiniami mówiącymi, że jego „Maska…” to najlepszy segment z tej serii. Może niekoniecznie najbardziej nokautująca rola kreującego postać Prospera Vincenta Price’a, ale jeśli chodzi o poprawianie fuszerki Poego – zdecydowany prima sort.

Fabuła jest oczywiście jak najbardziej na czasie. Rzecz dzieje się w rzeczywistości stylizowanej na średniowieczną Europę, w której szaleje pandemia czerwonej śmierci, zabijającej ludzi w krwawych męczarniach. Do pewnej wsi przyjeżdża na inspekcję właściciel tych ziem – książę Prospero. Dochodzi do zatargu z dwoma zbuntowanymi wieśniakami, w wyniku którego zostają aresztowani, a narzeczona jednego i zarazem córka drugiego trafia na zamek Prospera w charakterze branki. Tymczasem zaraza, której ucieleśnienie w postaci tajemniczego mnicha w czerwonej szacie poznajemy na początku, zbiera coraz potworniejsze żniwo, a na cały kraj pada blady strach.

Prospero jednak nie z tych, co się komukolwiek lub czemukolwiek kłaniają. Na swoim zamku organizuje azyl dla co znamienitszych przedstawicieli elity. Ci zaś zrobią dosłownie wszystko, byle tylko się tam dostać i bezpiecznie przeczekać zarazę. Są praktycznie zdani na jego łaskę, co niezwykle go raduje, gdyż daje mu poczucie bycia panem życia i śmierci. Prospero bowiem to – wedle dzisiejszych kryteriów – kliniczny psychopata, czerpiący perwersyjną przyjemność z bawienia się ludźmi. I tu trzeba przyznać, że mimo całej teatralnej umowności tego filmu, a co za tym idzie – przerysowania bohaterów, Price oddał tę poważnie zaburzoną osobowość a la Neron wprost wyśmienicie.

Prospero jest też czcicielem szatana. Jednak nie tyle jako przeciwnika Boga, który – jak sam wielokrotnie podkreśla – dawno umarł, co raczej jako uosobienia Ducha Tego Świata, swoistej prawdy o nim i rządzących nim darwinistycznych regułach. Na tym tle toczy się zresztą arcyciekawy, nie wiem czy w ogóle nie najlepszy w całym filmie, wątek jego prób nawracania porwanej wieśniaczki – żarliwej chrześcijanki. Prób, dodajmy, nieudanych, dzięki czemu dziewczyna zaskarbia sobie osobliwy szacunek u tyrana, który dzięki niej po raz pierwszy w życiu doświadcza niepewności co do swoich przekonań, a być może i uczuć wyższych.

Na końcu – a raczej prawie na końcu – mamy iście dekadencki bal maskowy, który zmienia się w orgię broczących krwią i wijących się w agonalnych konwulsjach trupów, gdy na zamek bez żadnych przeszkód przedostaje się poznany na wstępie filmu anioł zarazy i udowadnia Prosperowi, że wszelkie ziemskie potęgi (i zabezpieczenia – aż korci dodać) wobec śmierci są niczym. Wszystko to razem wzięte sprawia więc, że film Cormana, choć pomyślany jako przede wszystkim rozrywka, staje się najprawdziwszym moralitetem, bardzo czytelnie – i raczej w pełni świadomie – nawiązującym do średniowiecznych Tańców Śmierci.

Ten quasi-biblijny trop nasuwa też wyraźnie sama końcówka, w której z zaskoczeniem obserwujemy spotkanie „po pracy” posłańców wielu różnych plag. Każdy z nich zupełnie beznamiętnie opowiada współbraciom, ilu godnych i niegodnych położył trupem w kraju, do którego przybył. A liczby te są przerażające. Zaś widz z roku 2020 odruchowo dodaje w myślach, że ci wszyscy ludzie pewnie też zabezpieczali się, jak tylko umieli, recytowali zaklęcia i wykonywali najróżniejsze rytuały mające na celu zagłuszenie lub oddalenie tego, co nieuniknione. Kto wie – być może nawet zakładali maski i zachowywali dystans.

Jeszcze kilka słów o formie. Wspomniałem wcześniej o jej teatralności i umowności. Zazwyczaj nie przepadam za takim konstruowaniem fabuły, jednak w filmie Cormana wydaje się ono jak najbardziej naturalne. Po trosze wynika to zapewne z samego opowiadania, na którym oparto scenariusz, nie chcąc za daleko odchodzić od jego ducha. Tyle że to, co na papierze nie gra, na taśmie filmowej sprawdza się doskonale, bo po pierwsze zachowuje alegoryczną wymowę wymyślonej przez Poego historyjki, a po drugie wzbogaca ją i mocno rozszerza o elementy, których w pierwowzorze literackim zdecydowanie mi brakowało.

Nie wspomnę nawet o wzmacniających przekaz walorach czysto estetycznych – niesamowitej palecie głęboko nasyconych barw, grze świateł czy kostiumach. Wraz z fabułą sprawiają one, że film staje się właściwie małym arcydziełem. Oczywiście w swojej specyficznie pojętej klasie, co jednak w niczym nie ujmuje mu wybitności. Na tle ekranizacji Poego, nie mówiąc już o materiale wyjściowym, błyszczy jak brylant. Z pewnością jeszcze kiedyś będę chciał do niego wrócić, żałując, że pisarz nie sprawił się lepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s