Wreszcie przeczytałem „Psychozę” Roberta Blocha

Podobno człowiek zawsze, lub prawie zawsze, w końcu powraca do korzeni. W moim wypadku ta prawidłowość najwyraźniej się sprawdza, bo po latach różnych błądzeń wróciłem nie tylko do twórczości literackiej, ale również do fascynacji z młodości, czyli szeroko pojętej grozy. Oczywiście tak naprawdę nigdy całkowicie od niej nie odszedłem, ale powiedzmy, że zepchnąłem ją w sferę najgłębiej prywatną – tę, do której niekoniecznie przyznajesz się przed znajomymi. No ale, jak to mówią, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym… i tak dalej. Wiadomo, o co chodzi. No i właśnie stąd na moim czytelniczym horyzoncie wzięła się „Psychoza” Roberta Blocha.

W ramach nadrabiania zaległości z klasyki kupiłem ją wraz z kilkoma innymi tytułami z tzw. żelaznego kanonu – m.in. „Amityville Horror” i „Nawiedzonym domem na wzgórzu”. Tu przy okazji wielki kciuk w górę dla wydawnictwa Vesper za znakomitą edycję tej książki, zarówno od strony szaty graficznej, jak i opracowania merytorycznego w postaci posłowia Wiesława Kota. Ludzie zasiedziali w tematach związanych z grozą raczej nie wyniosą zeń nic szczególnie odkrywczego, jednak jeśli ktoś dopiero zaczyna lub dotychczas nie wchodził zanadto za kulisy kluczowych dla tego gatunku dzieł, dostanie pigułę skondensowanej wiedzy – o powieści, jak też i o losach jej licznych filmowych inkarnacji.

A właśnie, skoro już o filmach mowa! Zastanawiam się, czy wśród fanów grozy jest ktoś, kto nigdy nie widział najsłynniejszej ekranizacji powieści w reżyserii Alfreda Hitchcocka lub przynajmniej o niej nie słyszał. Ja po raz pierwszy oglądałem „Psychozę” ze dwadzieścia lat temu z okładem, a teraz, po lekturze książki, sobie ją odświeżyłem. Na marginesie dodam, że jeśli chodzi o sequele, moim osobistym faworytem jest obiektywnie dość jednak słaba „czwórka”. A jest nim, bo wszak to w niej Norman ostatecznie pokonuje swoje demony, czego nie mogę nie docenić jako miłośnik szczęśliwych zakończeń.

O tym, dlaczego „Psychoza” stała się tak ważna dla kultury XX wieku, powiedziano i napisano już tyle, że nie ma sensu tego tu szczegółowo rekapitulować. Przypomnę tylko pokrótce – to tam po raz pierwszy tak jaskrawo pojawia się motyw transseksualizmu, co stało się powodem kłopotów z ówczesną cenzurą. Wspomina o tym zresztą wyczerpująco Wiesław Kot. „Psychoza” jest też ważna dla historii kina. Scena prysznicowa, złamanie świętych reguł dotyczących śmierci głównego bohatera itp. Mogę tylko ponownie odesłać do eseju Kota.

No tak, ale przecież miało być o powieści, a ja tutaj cały czas krążę wokół filmu. Niestety trudno mi tego uniknąć, bo z racji iż poznałem tę historię najpierw za pośrednictwem ekranu, dzieło Hitchcocka siłą rzeczy stanowi dla mnie punkt odniesienia, od którego nie mogę abstrahować. I tak też tę książkę czytałem – nieustannie porównując, tropiąc różnice. Wiem, że jest to krzywdzące dla Blocha – on chyba też czuł się przytłoczony, bo dwie kolejne części jego „Psychozy” ostentacyjnie odjeżdżają od filmowej franczyzy – ale trudno, taki to już los ikon kultury i masowej wyobraźni.

Ponieważ zaś czytałem powieść przed powtórnym seansem filmu, bazując jedynie na pamięci, w oczy rzuciły mi się przede wszystkim dwie różnice. Pierwsza to postać głównego bohatera. U Blocha od początku nie mamy najmniejszych wątpliwości, że jest nim Norman Bates. To on pojawia się już w pierwszej scenie i to jego losy śledzimy później z zapartym tchem, traktując inne postacie jako zaledwie przypisy do nich. Druga dotyczy jego wizerunku. W przeciwieństwie do filmowego lalusia o twarzy Anthony’ego Perkinsa w powieści Norman jest antypatyczny i po prostu obleśny fizycznie. A przez to o wiele bardziej niż jego filmowa wersja odpychający i zarazem godny pożałowania.

Rodzi to ciekawe konsekwencje dla fabuły, bo tym wyraźniej uwypukla jego dramat jako człowieka chorego umysłowo, każąc nam mimowolnie mu współczuć. Bloch pozwala nam wniknąć w jego psychikę na tyle głęboko, iż nagle, z przerażeniem i smutkiem, orientujemy się, że gdzieś w głębi Norman doskonale zdaje sobie sprawę, że coś jest z nim bardzo nie tak, tyle że nie umie się temu przeciwstawić, w jakikolwiek sposób się z tej matni szaleństwa wyplątać. W filmie nic takiego się nie pojawia. Owszem, Norman jest zaburzony, ale od początku do końca pozostaje żałosnym dupkiem. W książce nieomal chciałoby się podać mu rękę, jakoś pomóc.

Fundamentalna różnica dotyczy też sławetnej sceny prysznicowej. To, co u Hitchcocka jest arcydziełem montażu, studiowanym na uczelniach filmowych i od lat na wszelkie możliwe sposoby analizowanym, w powieści zajmuje raptem parę zdań i kończy się bezceremonialnym ucięciem głowy Marion. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo z kolei sekwencja topienia samochodu w bagnie ma w książce głęboką, symboliczną wymowę ukazującą proces spychania morderstwa do nieświadomości i gęste niczym samo grzęzawisko napięcie.

I tutaj dochodzimy do bohaterów… no w zasadzie trzeba powiedzieć, że drugoplanowych. Mamy więc Marion, która, uciekając z ukradzionymi pieniędzmi, trafia przypadkiem, w strugach deszczu, do motelu Batesa. W filmie przez pierwszych kilkanaście minut wydaje się być postacią wiodącą, w powieści pojawia się i znika, choć oczywiście Robert Bloch nie zapomniał o drobiazgowym naświetleniu jej motywacji (ukradła, bo chce pomóc narzeczonemu spłacić długi po ojcu i przyspieszyć ich ślub). Dzięki temu czytelnik ma szansę pokibicować jej przez chwilę, gdy jednak decyduje się pieniądze zwrócić, i poczuć żal, że przez obłęd Normana nie było jej to dane. Ja w każdym razie poczułem.

Następnie do gry wkracza Sam – ów niefortunny, tonący w długach narzeczony, który prowadzi sklep z artykułami żelaznymi w prowincjonalnym miasteczku nieopodal motelu – oraz siostra Marion, Lila, która przyjeżdża jej szukać. Dość szybko wybucha między nimi specyficzne iskrzenie, które oboje wyczuwają, ale do którego bboją się przyznać. W pewnym momencie można wręcz dojść do wniosku, że lepiej, aby Marion się nie znalazła. Dla Lili siostra złodziejka to skaza na rodzinnym honorze, a dla Sama… no cóż, na dobrą sprawę jest miłością najwyżej korespondencyjną, w której poszukiwania średnio umie się zaangażować emocjonalnie, i bardziej zachowuje pozory, niż faktycznie przejmuje się jej losem.

To jest zresztą bardzo intrygujący motyw. Sam przez większość czasu pozostaje właściwie bierny i to Lila musi go motywować do działania, o co nawet w pewnej chwili ma do niego pretensje. Dla mnie, nawiasem mówiąc, to jego zachowanie też było dość irytujące. Sęk jednak w tym, że im dalej posuwa się akcja, tym bardziej owo przynaglenie, by jednak Marion znaleźć, staje się już dla obojga jedynie czystym – i w gruncie rzeczy kłopotliwym – rytuałem, odprawianym chyba głównie po to, by nie mogli sobie zarzucić, że nic nie zrobili. Marion po prostu nagle przestaje się liczyć, wypada z gry. Przynajmniej ja to tak odbieram.

Aczkolwiek z drugiej strony ta specyficzna relacja Sama i Lili uświadomiła mi, o czym tak naprawdę „Psychoza” w gruncie rzeczy jest. A jest ona nie tyle o szaleństwie, rozdwojeniu jaźni, kompleksie Edypa czy nawet zaburzeniach tożsamości płciowej, lecz – ni mniej, ni więcej – o lęku mężczyzn przed silnymi kobietami. Mężczyźni – zarówno Norman, jak i Sam, ale także i szeryf, do którego Sam i Lila zwracają się o pomoc – są tu zasiedziali i pasywni, kobiety zaś reprezentują dynamikę, działanie, ruch. To one zawsze wychodzą z inicjatywą, a mężczyźni jedynie na ich działania reagują – jak choćby Norman, który sprząta kolejne trupy po matce.

W tym kluczu należy też chyba odczytywać jego uzależnienie się od niej oraz fakt, że ostatecznie go zdominowała. Co więcej, warto zauważyć, że do jakichkolwiek działań był on zdolny jedynie wówczas, gdy jej osobowość dochodziła w jego umyśle do głosu. Albo wtedy, gdy należało jej bronić – tak jak pod koniec książki, kiedy znokautował próbującego odwrócić jego uwagę Sama. Że nie wspomnę o jego wcześniejszej reakcji na Marion, która stanowiła mieszaninę strachu i frustracji, czego wypadkową stała się nienawiść, a ostateczną kulminacją – morderczy szał.

To zaś prowadzi nas do kolejnej istotnej kwestii. A mianowicie, czy opisane w „Psychozie” wydarzenia powinno się interpretować wyłącznie poprzez pryzmat psychologii, seksuologii oraz ogólnie uwarunkowań kulturowo-społecznych. A mówiąc wprost: czy mimo wszystko nie występuje tam pierwiastek paranormalny. I w związku z tym, czy powieść Roberta Blocha to bardziej thriller, czy może jednak horror – przynajmniej według tej klasycznej definicji, w myśl której w przypadku wątpliwości argumentem rozstrzygającym jest pojawienie się czynnika nadprzyrodzonego. Mnie się wydaje, że wbrew pozorom jest to tam dość ambiwalentne.

Nie mogę się bowiem oprzeć wrażeniu, że Bloch pozostawił nam nadzwyczaj wąską, aczkolwiek wyczuwalną furtkę do interpretacji paranormalnej. Chodzi mi o osobliwe zainteresowania Normana okultyzmem, nekromancją i innymi podobnymi zjawiskami. Zgoda, że można to przypisać jego rozchwierutanej psychice, ale równie uprawniona wydaje mi się interpretacja, że matka to po prostu rzeczywisty duch nieboszczki albo jakiś demon, który Normana opętał. W każdym razie idąc tym tropem, raczej nie popełniam interpretacyjnego nadużycia.

Czym wobec tego „Psychoza” koniec końców jest? Thrillerem z elementami horroru czy odwrotnie? Dla mnie ta sprawa pozostaje niejednoznaczna. Tak czy siak, muszę przyznać, że zazdroszczę tym, którzy sześćdziesiąt lat temu kupili pierwszy nakład. Nie dość, że fabuła skutecznie wodziła ich za nos, to jeszcze czytali „Psychozę” bez tego całego odium, które dźwiga ona dziś. I które – chcemy tego czy nie – sprawia, że nie da się jej już konsumować z w pełni otwartym umysłem. Ot, taki los klasyków.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s