5 filmów grozy z chrześcijańską wkładką

Otóż tak: jestem katolikiem – wierzącym (w każdym razie starającym się na miarę swojej ułomnej natury) i praktykującym – a do tego… lubię grozę. Sytuacja to na pierwszy rzut oka mocno, przyznacie, paradoksalna. A dla niektórych nawet kontrowersyjna. Niemniej każda z tych rzeczy w jakiś sposób mnie definiuje. Jedna duchowo, druga – kulturowo. I tu muszę się od razu przyznać, że po powrocie do Kościoła, który nastąpił nieco ponad trzy lata temu, przez dość długi czas miałem na tym tle spory dylemat.

Wydawało mi się, że skoro chcę podążać za Chrystusem, to raczej nie powinienem oglądać ani czytać horrorów. Nawet nie dlatego, że są straszne i często ukazują przemoc lub obrazy zła i demonicznych istot, ale po prostu dlatego, że właściwie nie przynoszą mi żadnego duchowego pożytku. Tylko z drugiej strony: czy bycie wierzącym bezwzględnie musi oznaczać odcinanie się od kultury, w której się żyje? Nie, nie musi, a wręcz chyba nie powinno. W końcu Jezus nigdzie nie nawoływał, by odwracać się od świata. Sam zresztą tego nie robił. Mało tego – czerpał z niego pełnymi garściami materiał do swoich przypowieści.

I stąd pomysł na ten tekst. Tekst, który zaczynam pisać w dniu Wszystkich Świętych – jednym z najradośniejszych dla Kościoła – a zarazem dzień po Halloween, kiedy wielu fanów mrocznych historii szczególnie eksponuje swoje hobby. I nie zamierzam się z nikim spierać o wyższość jednego nad drugim, bo to trochę tak, jakby toczyć wojnę o prymat Bożego Narodzenia nad Walentynkami. Kompletnie niepoważne. Tak, ja wczoraj też obejrzałem kilka horrorów i to jeden z nich bezpośrednio mnie zainspirował.

W tytule celowo wspominam o wkładce, a nie przesłaniu, bo nie ma nic gorszego niż film czy książka z góry uszyte pod jakąś choćby i najszlachetniejszą tezę. To jednak wcale nie przeszkadza, by pewne motywy po prostu w nich występowały, czy nawet w jakiś sposób determinowały ich treść. Dobór pozycji całkowicie subiektywny – podyktowany gustem, tudzież faktem niedawnego obejrzenia. Zatem lecimy.

„Miasto umarłych” z 1960 roku

Krótka, kameralna czarno-biała fabułka o nowoangielskim miasteczku Whitewood, które pod koniec siedemnastego wieku zostało przeklęte przez czarownicę Elizabeth w trakcie jej publicznego palenia na stosie. Trzysta lat później do Whitewood wybiera się dociekliwa studentka Nan, chcąca poznać zarówno historię osady, jak i procesów czarownic w ogóle. Na miejscu z przerażeniem odkrywa, że działa tam satanistyczna sekta pod przewodnictwem nie kogo innego jak właśnie owej spalonej przed trzema wiekami czarownicy, która teraz „żyje” jako właścicielka zajazdu.

Dziewczyna zostaje złożona w ofierze podczas celebrowanej w podziemiach zajazdu czarnej mszy. Jakiś czas później do Whitewood przybywa jej brat oraz zaniepokojony jej nagłym zniknięciem narzeczony. Obaj bardzo szybko przekonują się, że w miasteczku nie ma chętnych do pomocy. No, prawie, bo – niczym w biblijnej Sodomie – kołacze się tam mała grupka tak zwanych ostatnich sprawiedliwych.

Władającym miastem żywym trupom od lat stawia heroiczny opór lokalny pastor – człowiek już niestety dość leciwy, a do tego ociemniały. Może on liczyć tylko na swoją wnuczkę, bo reszta mieszkańców albo sprzyja demonom, albo żyje w strachu przed nimi. W każdym razie jedynym w miarę bezpiecznym azylem dla uciekających przed złymi mocami bohaterów jest prowadzony przez niego kościół – a właściwie chyląca się ku upadkowi i nieodwiedzana już praktycznie przez wiernych ruina.

W scenie finałowej konfrontacji, do której dochodzi na starym cmentarzu, bronią pozwalającą bohaterom pokonać martwych czcicieli diabła, na czele z ich piekielną przywódczynią, jest potężny drewniany krzyż. Jego widok sprawia, że przeklęci zaczynają płonąć niczym wampiry, a następnie obracają się w nicość. Trudno o bardziej wymowny symbol.

„Egzorcysta” z 1973 roku

O tym absolutnym klasyku gatunku napisano i powiedziano chyba już wszystko, więc cokolwiek dodam, będzie to tylko powtórzenie. Mimo to wymieniam go, bo właśnie czytam stanowiącą jego podstawę powieść Williama Petera Blatty’ego, która rzuca mi na opowieść o małej opętanej przez diabła Regan i jej biednej matce aktorce nieco szersze światło.

W przypadku „Egzorcysty” chrześcijański jest już główny motyw opętania oraz rytuału uwolnienia. Zresztą sam autor powieści był praktykującym katolikiem. To, że ten film wywołał tak ogromne emocje zaraz po wejściu na ekrany kin, wynikało w równej mierze z pokazanych w nim szokujących scen czy efektów specjalnych, jak i właśnie z tego, że w tak bezpruderyjny sposób wprowadził na publiczną agendę zagadnienie istnienia osobowego zła. W epoce posoborowej, gdy Kościół na zachodzie Europy oraz w USA starał się robić wszystko, by wpasować sie w coraz silniejsze laicyzacyjne trendy, było to jednak złamaniem pewnego tabu.

Poza tym w dużej mierze to właśnie dzięki Blatty’emu oraz reżyserowi Williamowi Friedkinowi ponownie zaczęto szerzej interesować się egzorcyzmami. Wówczas nawet władze Kościoła traktowały ten temat wstydliwie, dzisiaj natomiast przeżywa on swoisty renesans. Co więcej, zmarły cztery lata temu ojciec Gabriel Amorth – jeden z najsłynniejszych na świecie egzorcystów – wymieniał film Friedkina jako jeden ze swoich ulubionych, twierdząc, że choć mocno przerysowany, to jednak mniej więcej oddaje, czym jest ten obrzęd.

Nie wolno też zapominać o najciekawszej postaci zarówno powieści, jak też i filmu, czyli ojcu Damienie Karrasie – człowieku wypalonym duchowo, borykającym się ze zwątpieniem w istnienie Boga i rozpaczą, który zostaje zmuszony do stanięcia oko w oko z wcielonym szatanem, co wystawia cały jego światopogląd na bolesną próbę. Tak naprawdę ojciec Karras to alegoria człowieka współczesnego w ogóle – z jego poczuciem utraty sensu i większą ufnością w naukę niż w Zbawiciela.

„Samochód zabójca” z 1977 roku

Zanim na amerykańskie drogi wyjechała tyleż krwiście czerwona, co mordercza Christine w wykonaniu duetu King & Carpenter, był ten czarny piękniś. Nikt nie wie, jakiej dokładnie marki, bez tablic rejestracyjnych, klamek przy drzwiach i – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa – kierowcy. Wiadomo tylko, że szanse na przeżycie spotkania z nim są znikome. Przekonała się o tym para rowerzystów i autostopowicz-muzyk. A kiedy pewnego dnia pojawia się w prowincjonalnym miasteczku, echo jego upiornego klaksonu zmąci wszystkim spokój. A już najbardziej miejscowemu szeryfowi i jego ekipie.

Samochód oczywiście jest z piekła rodem. Nie tyle opętany, co raczej stanowiący materialne ucieleśnienie bestii, która postanowiła przybrać kształt maszyny na czterech kółkach w sobie tylko wiadomym celu. Jej ohydny diaboliczny pysk widzimy w finale, gdy grupa śmiałków odpala ładunki wybuchowe, by raz na zawsze pogrzebać monstrum pod tonami piachu i pokruszonych skał. To, co ukazuje im się w płomieniach, może jak najbardziej kojarzyć się z biblijnym wyobrażeniem diabła.

Ale z punktu widzenia niniejszego tekstu najbardziej znamienna jest inna scena.  Mam na myśli scenę próby szkolnej orkiestry, podczas której pojawia się rzeczony samochód i zaczyna polować na dzieci. W pewnym momencie wszyscy wbiegają na cmentarz, a samochód nie jest w stanie przekroczyć jego bramy. Może tylko bezradnie kręcić się w kółko i ryczeć. Widz oczywiście błyskawicznie chwyta, że barierę stanowi poświęcona ziemia. Szeryfowi i jego ludziom dojrzenie do tej oczywistości zajmie trochę więcej czasu.

Coś nieodparcie chrześcijańskiego jest też w śmiałkach, którzy stają do ostatecznej bitwy. Wszyscy nieźle przeczołgani przez życie. Mamy rozwodnika, damskiego boksera i byłego alkoholika, który po dwóch latach abstynencji się złamał. A jednak to ich niewystępujący tu wprost, choć przecież obecny Bóg wybiera do stawienia czoła złu. Ich, a nie żadnych nieskazitelnych herosów. Może dzięki temu znajdą odkupienie? W końcu widzieli rzeczy, które się fizjologom nie śniły.

„Nawiedzeni” z 1991 roku

„Nawiedzeni” to jakby coś w rodzaju telewizyjnego recyclingu po wspomnianym wyżej „Egzorcyście” i „Amityville Horror”, który być może też mógłby się w tym zestawieniu znaleźć, gdyby wątek religijny został przez scenarzystów potraktowany bardziej w duchu książki Jaya Ansona. Z „Egzorcystą” ma wspólne to, że też podejmuje wątek zaangażowania Kościoła w wypędzanie diabła. Z kolei z historią o najsłynniejszym nawiedzonym domu świata łączy go oparcie na faktach – w tym przypadku o wiele bardziej prawdopodobnych i lepiej udokumentowanych niż w przypadku rodziny Lutzów.

Film opowiada o rodzinie Smurlów – kochających się przykładnych katolików, którzy po przeprowadzce do nowego domu zaczynają doświadczać zjawisk paranormalnych. Zjawiska, najpierw niepozorne, stopniowo nasilają się, aż przechodzą w regularne demoniczne nękanie, włącznie z fizycznymi atakami na ludzi, a nawet gwałtem. Koszmar Smurlów trwał przez dobrych kilka lat. W tym czasie ich sprawą zainteresowała się zarówno opinia publiczna, jak i kościelne władze, do których oficjalnie zwrócili się z prośbą o odprawienie egzorcyzmów. Mało skutecznie – dodajmy.

W filmie pojawia się słynne małżeństwo Warrenów, których przygodami od pewnego czasu ekscytują się miłośnicy opowieści z dreszczykiem. Warrenowie zostają nam przedstawieni również jako osoby głęboko wierzące, posługujące się w pracy dewocjonaliami i wodą święconą, a także mające błogosławieństwo Kościoła. Nawiasem mówiąc, przywoływana często kwestia ich współpracy z Watykanem jest cokolwiek dyskusyjna. Nie do końca wiadomo, w jakich okolicznościach miałaby zostać nawiązana. W każdym razie mnie nie udało się do takich informacji dotrzeć.

Jednak bez względu na wszystko film w ujmujący za serce sposób pokazuje siłę wiary. Jest tam na przykład wzruszająca scena, gdy pod domem Smurlów zbiera się wspólnota modlitewna z białymi świecami i zaczyna śpiewać, co bardzo udręczoną rodzinę umacnia. No i wreszcie same egzorcyzmy – na końcu pojawia się wzmianka, że Kościół jednak wyraził zgodę na ich poprawne przeprowadzenie (wcześniej podjął się ich zbuntowany wobec hierarchii  ksiądz i nie przyniosło to skutku), co ponoć zakończyło koszmar.

„Dracula 2000” z 2000 roku

W tym zestawie to chyba mój ulubieniec. Zawsze uważałem, że wampiry mają ogromny symboliczny potencjał, i sprowadzanie ich do roli seksualnych drapieżników, co nagminnie robi współczesna popkultura, to czystej wody marnotrawstwo. Podobnie zresztą rzecz ma się z figurą zombie, które zawsze muszą powstawać w wyniku zarazka, gazu, promieniowania lub czegoś takiego, a prawie nigdy w wyniku interwencji sił nadprzyrodzonych. A przecież żywy trup (czyli również wampir) to nic innego jak negatywna transfiguracja chrześcijańskiej koncepcji zmartwychwstania.

W „Draculi 2000”, w którym producenckie palce maczał Wes Craven, co zważywszy na jego upodobania do postmodernizmu, mogło w jakiejś mierze zaważyć na ostatecznym kształcie fabuły, książę nieumarłych ma stricte religijną origin story. Nie jest jednak zbuntowanym przeciwko Bogu Vladem z „Drakuli” Coppoli, lecz – ni mniej, ni więcej – samym Judaszem, który po zdradzeniu Jezusa próbował się powiesić, ale nawet śmierć się nim brzydziła. Osobiście uważam to za genialny pomysł i chciałbym widzieć więcej filmowych czy literackich prób idących w tym kierunku. Bo to naprawdę dający wielkie perspektywy trop.

Kiedy dowiadujemy się, że Drakula to tak naprawdę jeden z dwunastu zwany też Iskariotą, wiele rzeczy wskakuje na swoje miejsce. Na przykład jego dziwny strach przed srebrem – obecny także choćby w serialu „True blood”, gdzie srebro służyło do pacyfikowania wampirów. To tak naprawdę nie lęk, lecz wyrzut sumienia. Poza tym w trakcie filmu widzimy, że Drakula wciąż ma niezwykle żywe urazy do Chrystusa. Wykrzykuje do Niego, wygraża Mu. Jego pragnienie zniszczenia świata to nic innego jak chęć dopieczenia dawnemu Mistrzowi, a gdzieś w dalekim podtekście – przekute w złość poczucie winy.

Tym bardziej więc frapujące wydaje się zakończenie, w którym Judasz wreszcie ginie powieszony na ogromnym krzyżu. Przy czym dostajemy też delikatną aluzję, że być może Chrystus wybaczył swemu byłemu uczniowi zdradę i unicestwiając go, paradoksalnie okazał mu bezmiar swojego miłosierdzia.

***

I na tym zamykam mój mini przegląd. Listę tytułów horrorów, w których chrześcijaństwo, czy religia w ogóle, przewija się na różnorakie sposoby, można ciągnąć jeszcze długo. Wystarczy tu wymienić choćby całą serię „Omen”, uniwersum „Obecności”, „Znaki”, „Innych” i wiele, wiele podobnych, które w tej chwili uciekły mi z pamięci. Horror to wszak gatunek wprost wymarzony do ogrywania metafizycznych tematów, na które monopolu wcale nie musi mieć Krzysztof Zanussi czy Terrence Malick.

Poza tym horrory to jednak najczęściej opowieści o walce dobra ze złem i światła z ciemnością. A to przecież stanowi rdzeń religii. Podobnie zresztą jak ujmowanie tej walki w kostium przypowieści. Przypowieści, które niekoniecznie muszą być słodkie i milusie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s