Horror i religia w Amityville

Kiedy przy książce lub filmie grozy pojawia się etykietka „na faktach”, wszystkim odruchowo skacze ciśnienie. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że większość ludzi, nawet niereligijnych czy niewierzących, nosi w sobie podskórny głód metafizyki. Horror w dużej mierze go zaspokaja. Nic więc dziwnego, że gdy na horyzoncie zaczyna świtać możliwość, że któraś z tych historii mogła się zdarzyć naprawdę, serce bije nam trochę szybciej. To jakby substytut religijnych świadectw o cudach, dających cień nadziei, że TAM coś jest. Po prostu chcemy wierzyć – jeśli nie w Boga, to przynajmniej w diabła.

I zapewne w tym, przynajmniej częściowo, kryje się tajemnica ogromnej popularności „Amityville Horror” Jaya Ansona. Nie mówiąc o całej serii filmów, które na glebie tej książki wypączkowały, i w ogóle swoistym kulcie towarzyszącym domniemanemu nawiedzeniu przez siły nadnaturalne domu rodziny Lutzów. Niby wszyscy wiedzą, że z tymi faktami nie do końca wszystko styka, ale nie przeszkadza to w ekscytowaniu się nadprzyrodzonym koszmarem, który Lutzowie jakoby przeżyli na przełomie lat 1975 – 1976 podczas niecałego miesiąca mieszkania w owianej ponurą legendą posiadłości przy Ocean Avenue 112.

Bartosz Czartoryski – autor posłowia do vesperowskiego wydania „Amityville Horror” z 2019 roku – ma oczywiście rację, że dla popkulturowego fenomenu, jakim stała się historia Lutzów, to, co faktycznie zdarzyło się (lub nie) w ich domu, jest bez żadnego znaczenia. Opowieść zaczęła żyć własnym życiem, kompletnie oderwanym już od jakichkolwiek faktów. Tylko że na początku jej rzekome zakotwiczenie w rzeczywistości musiało jednak odgrywać kluczową rolę. Ja, czytając, również nie mogłem pozostać na ten aspekt obojętny.

Trudno bowiem zachowywać obojętność, kiedy książka stara się zrobić wszystko, by przekonać mnie, że nie jest wytworem szwindlu, rzekomo wymyślonego przy kielichu, lecz fabularyzującym prawdziwe zdarzenia reportażem. W „Amityville Horror” mamy do czynienia z takim zabiegiem już na początku. Trafiamy bowiem najpierw na przedmowę autentycznego księdza, który stara się nam ustawić interpretację całości, po czym zostają zaserwowane fragmenty prawdziwych doniesień medialnych o ucieczce Lutzów i trójki ich dzieci z dopiero co zakupionego domu. Ma to, rzecz jasna, uwiarygodnić całą sprawę w naszych oczach.

Zanim przejdę dalej, pozwolę sobie zatrzymać się przez chwilkę na tekście rzeczonego kapłana. Mówi on mianowicie – moim zdaniem, jako człowieka, który trochę się zagadnieniami duchowymi zajmuje, nadzwyczaj rozsądnie – o kilku możliwych strategiach podchodzenia do zjawisk nadprzyrodzonych. Konkretnie wyróżnia trzy: skrajnie zabobonne, negujące tego typu zjawiska z wyżyn naukowego racjonalizmu i nieodrzucające badawczej perspektywy, ale zarazem zachowujące poznawczą pokorę wobec tego, czego ani oko nie widziało ani ucho nie słyszało.

Do zrelacjonowanej przez Ansona historii ma to się, szczerze mówiąc, średnio, ale jest godne odnotowania ze względu na ducha czasów. W latach 70 z jednej strony intensywnie wypierano – także z Kościoła – wszelkie zagadnienia metafizyczne, w tym te dotyczące osobowego zła, lecz z drugiej ludzie nader intensywnie takich tematów poszukiwali. Dowodem na to jest choćby niezwykła wręcz kariera książkowego i filmowego „Egzorcysty” czy filmu „Omen”. Czyli, można by tu śmiało rzec, to, co wypchnięte drzwiami, powraca oknem. Zresztą historia o Amityville również się w ten trend doskonale wpasowuje.

Jest ona chyba powszechnie znana, ale na wszelki wypadek przypomnę. Jesienią 1975 roku George i Kathy Lutz nabywają za osiemdziesiąt tysięcy dolarów – czyli tanio jak barszcz – wielką posiadłość w kolonialnym stylu na Long Island. Czemu po tak okazyjnej cenie? Ano, jak to w horrorach: w domu wydarzyła się tragedia. Konkretnie niejaki Ronald DeFeo zastrzelił całą swoją rodzinę, po czym twierdził, że kazały mu to zrobić głosy. Tak naprawdę DeFeo – kolejna w tej dziwnej historii autentyczna postać – na przestrzeni lat opowiadał różne wersje: od tej, że jego rodziców i rodzeństwo odpalili mafijni egzekutorzy, po taką, że za masakrę odpowiada jedna z jego sióstr, którą w trakcie szarpaniny przypadkowo zabił.

Tak czy inaczej, rzeź wydarzyła się rok przed wprowadzeniem się Lutzów. Gdy zaś tego dokonują, akcja natychmiast rusza z kopyta. Anson nie traci czasu na misterne budowanie napięcia. Od razu dostajemy niepokojące odgłosy, znikające lub samoczynnie przemieszczające się przedmioty, przenikliwy chłód, transe, w które popada George, muchy tam, gdzie nie powinno ich być, niewidzialnego przyjaciela córeczki Lutzów, który okazuje się gadającą świnią, i jeszcze wiele, wiele innych atrakcji, które ze strony na stronę eskalują aż do dramatycznego finału, kiedy to dom najpierw nie chce Lutzów wypuścić, a potem to, co ich nękało, udaje się w ślad za nimi do matki Kathy, u której szukają schronienia.

Książka dość szybko gubi swój reporterski sznyt i przeradza się w typową, pisaną bardzo prostym i równie efektownym językiem powieść. O tym, że mamy do czynienia z nonfiction, przypominają nam okazjonalne wstawki, że ten a ten po czasie ocenia jakieś zdarzenie tak a tak. Dobrym, bo intensyfikującym, a zarazem umiejętnie stopniującym nastrój grozy zabiegiem jest forma kroniki z podziałem na dni i relacją, co w danym dniu zaszło. Dzięki temu czytelnik ma poczucie narastającego osaczenia.

Z drugiej strony nie na wiele się to zdaje. Przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Strachy, którymi zarzuca nas Anson, wydawały mi się bardziej jarmarczne niż demoniczne. Poza tym piekielnie irytowali mnie główni bohaterowie z tą ich nieumiejętnością dodania dwa do dwóch oraz niezwykłą wprost łatwością przyjęcia, że dom jest nawiedzony, gdy w końcu sztuka łączenia kropek im się udała. Nie wiem, czy jest tak dlatego, że Anson niezbyt dobrze poradził sobie z psychologiczną stroną Lutzów, czy dlatego, że po prostu stworzył ich mało sympatycznymi.

Jeśli chodzi o same zjawiska, to nurtowało mnie dokładnie takie samo pytanie, jakie dosyć często sobie zadaję, gdy czytam lub słucham o różnych przypadkach opętań. A mianowicie: jaki, u licha, diabeł ma niby interes w tym, żeby kogoś tam postraszyć galaretowatą mazią, dźwiękami widmowej orkiestry czy sztuczkami z lewitacją? Po co mu takie tandetne zagrywki, jeżeli może na przykład spróbować zawładnąć bezpośrednio ludzkim umysłem i kusić swoje ofiary do najohydniejszych czynów? Jak dotąd nikt mi tego przekonująco nie wytłumaczył. A przecież to byłoby o wiele straszniejsze niż stukoty czy zabawy z temperaturą.

Co zaś do postawy książkowych Lutzów wobec sytuacji w domu: wkurzała mnie ta ich początkowa bierność, niedostrzeganie pewnych oczywistych symptomów i jakaś ogólna infantylność, która towarzyszy im zresztą do samego końca. Naprawdę mam wrażenie, że Anson potraktował ich przeżycia po łebkach, bo był zbyt zajęty kreowaniem kolejnych odpustowych straszydeł. Nie za bardzo przekonuje mnie też ewentualny argument, że wobec rzeczy nie z tego świata każdy reagowałby wyparciem. Nie, nie każdy. A jeśli już, to tu mamy do czynienia nie tyle z wyparciem, co z uporczywą ślepotą.

Na tym tle bardzo pozytywnie wyróżnia się natomiast ojciec Mancuso – ksiądz z pobliskiej katolickiej parafii, którego Lutzowie proszą o pobłogosławienie domu, a potem, gdy nie da się dłużej ignorować faktów, o pomoc. Mamy tu oto kapłana rozdartego między płynącym z wiary i miłości bliźniego imperatywem, by Lutzom jednak pomóc, a strachem przed złem, które, chcąc go powstrzymać i dać mu nauczkę, żeby nie wtykał nosa w nie swoje sprawy, torturuje go fizycznie, zsyłając na niego ciężką chorobę, a nawet coś w rodzaju parodii stygmatów.

Fragmenty z Mancuso kojarzyły mi się z biblijną sceną w Ogrójcu, gdy Jezus tak bardzo i po ludzku boi się cierpienia, że poci się krwią i błaga Ojca, by oddalił od niego ten kielich. Mancuso doświadcza czegoś w gruncie rzeczy podobnego. Chce być wierny, a jednocześnie tchórzy przed potęgą zła, któremu spojrzał prosto w ślepia. Wie, że ktoś na niego liczy, a mimo to próbuje się za wszelką cenę wymigać od odpowiedzialności. A my nie ważymy się go za to potępić, bo przecież jesteśmy tak samo słabi i nieskorzy do heroizmu, który mógłby obrócić się przeciwko nam.

Jak dla mnie ojciec Mancuso ratuje honor tej owszem nieźle uszytej, ale, gdy się nad tym dobrze zastanowić, banalnej książki. Banalnej, bo trywializującej problem zmagań człowieka z osobowym, a nie będącym jedynie enigmatyczną ideą złem. Banalnej, bo popełnionej jedynie z chęci zysku i ufundowanej na oszustwie. I piszę to z pewnym zaskoczeniem, bo w trakcie lektury nie miałem aż tak negatywnych refleksji. Cóż, kwestia utarcia się w głowie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s