Głęboka czerwień, czyli lęk przed kobiecością

„Głęboka czerwień” w reżyserii Dario Argento to oczywiście jeden z TYCH filmów. Tych, czyli takich, o których coś przynajmniej słyszał każdy mniej więcej oblatany w kulturze. A ponieważ słyszał, to ma jakieś o nim wyobrażenie, i kiedy wreszcie siada do seansu, musi, chcąc czy nie, skonfrontować je z rzeczywistością. Podobnie było i ze mną. Z racji moich ciut mrocznych zainteresowań naczytałem się i nasłuchałem o tym filmie tyle, że ukułem w głowie całkiem konkretny obraz. Kiedy więc niedawno pokazała go TVP Kultura, nie mogłem nie sprawdzić, jak rzeczy się faktycznie prezentują.

Czy przeżyłem rozczarowanie? No nie, tak z pewnością nie mogę powiedzieć. Pod pewnymi względami było nawet lepiej, niż się spodziewałem. Po prostu trochę inaczej wyobrażałem sobie formę i tempo. Wydawało mi się, że będzie bardziej… onirycznie i surrealistycznie, podczas gdy momentami akcja naprawdę pędziła. Podobnie miałem z osławioną muzyką zespołu Goblin. Choć znałem główny motyw, spodziewałem się, że będzie jakoś bardziej nastrojowo. Aczkolwiek, tak jak już podkreśliłem, w żadnym wypadku nie nazwałbym tego rozczarowaniem. Jeśli już, to odczarowaniem. Odbiór na tym nie ucierpiał.

Natomiast zdecydowanie powyżej moich wyjściowych oczekiwań plasuje się treść i cała warstwa, nazwijmy ją tak oględnie, symboliczno-znaczeniowa, czyli coś, czego w tekstach kultury przede wszystkim szukam. Tutaj muszę się przyznać, że do wyłuskania tych głębszych pokładow zmotywowała mnie małżonka, która po skończonym seansie rzuciła: no dobrze, mądralo, było super, tylko co właściwie tam dostrzegłeś poza scenami morderstw pokazanymi w taki sposób, że aż skóra cierpnie? Czy mogłem tej rękawicy nie podjąć?

Tym bardziej, że według tego, co później wyczytałem w sieci, samemu Argento w zasadzie nie chodziło o nic więcej poza szokowaniem widzów nietuzinkowymi metodami zadawania śmierci oraz ich pokazywaniem na zbliżeniach. Do tego wszak sprowadza się włoskie giallo. Każdy głupi potrafi zrobić film, w którym ofiarę się dusi albo zabija z pistoletu, ale topienie we wrzątku czy roztrzaskiwanie o meble to już wyższy poziom doznań, bo każdy boi się oparzenia bądź wybicia zębów w zderzeniu z szafą. I rzekomo to reżyserowi przyświecało w pierwszej kolejności.

A skoro taki był jego zamysł, który na dodatek zwerbalizował, to czy ja mam prawo doklejać szerszą interpretację? W sumie nietrafione pytanie, bo przecież notorycznie doszukuję się w książkach i filmach drugiego dna – nawet wówczas, gdy wszyscy mnie przekonują, że go tam nie ma. Ba, uważam wręcz, ze jedyynie dlatego w ogóle warto z tworami kultury oobcować. Zatem co udało mi się wydobyć z „Głębokiej czerwieni”?

Otóż, dokładnie tak jak zasygnalizowałem w tytule, dla mnie, pomijając całą intrygę kryminalną, śledztwo oraz wspomnianą powyżej galerię osobliwych zabójstw, jest to przede wszystkim opowieść o strachu słabych, zniewieściałych mężczyzn przed silną, emancypującą się kobiecością. Do tego sprowadza się również stanowiąca koło zamachowe wszystkich wydarzeń zbrodnia sprzed lat. I zamierzam tę tezę udowodnić, choć aby tego dokonać, będę zmuszony sypnąć kilkoma spojlerami.

No więc najpierw mamy jasnowidzkę Helgę, która podczas konferencji parapsychologicznej wyczuwa na sali obecność mordercy. Ów przebłysk odbywa się na tle wielkiej czerwonej kurtyny.  To nasuwa już pierwszy trop. Czerwień to nie tylko wszechobecna w filmie barwa krwi – to również symbol menstruacji, a więc i pełni kobiecości. W wielu dawnych wierzeniach pojawieniu się cyklu, czyli przejściu z dziewczęcości w kobiecość, towarzyszyło ujawnienie się mocy nadprzyrodzonych – takich jak telekineza bądź właśnie jasnowidzenie. Każdy, kto czytał „Carrie” KInga albo oglądał jej ekranizację, od razu rozpozna ten motyw.

Helga oczywiście szybko ginie zgładzona przez rzeczonego mordercę, ale za to na scenie pojawia się muzyk Marcus, który, będąc świadkiem jej zabójstwa, zaczyna zabawe w prywatne śledztwo. Marcus, jak wszyscy mężczyźni w filmie, jest raczej wątłego charakteru, czego najdobitniej dowodzi fakt, że daje się kompletnie wziąć pod pantofelki przebojowej dziennikarce Giannie, która robi z nim, co chce, a on nie ma siły, żeby się jej przeciwstawić. Nawet opcja z flirtem nie za bardzo wchodzi tu w grę, bo żeby cokolwiek mogło zaiskrzyć, Gianna musiałaby żywić wobec Marcusa choćby cień szacunku. A o tym nie ma tu mowy.

Jest też przyjaciel Marcusa, niejaki Carlo – zniewieściały, uciekający przed wszelkimi problemami w alkohol gej o całkowicie rozchwianej osobowości. Co ciekawe, jego kochanek, który, jak można się domyślić z jego sposobu bycia, najprawdopodobniej odgrywa w ich związku przewodzącą rolę, pozuje się na drag-queen. Carlo zaś stał się tym, kim się stał, za sprawą swojej nadopiekuńczej, lekko świrniętej i, ma się rozumieć, dominującej matki, która jakby symbolicznie go wykastrowała. Dzisiejsi tropiciele homofobii pewnie podpalają w tym momencie stos, ale przypominam, że mówimy o połowie lat 70.

O tym, jak głęboka rzeczywiście kastracja Carla była, dowiadujemy się pod koniec, kiedy wychodzi na jaw, że ów morderca, którego obecność w gronie słuchaczy wyczuła Helga, to właśnie jego matka. Ofiara zaś to jej mąż i ojciec Carla, którego zabiła dwadzieścia lat temu na oczach chłopca, a następnie zamurowała pokój, w którym porzuciła ciało. Marcus w trakcie śledztwa odnajduje ten pokój, a w nim ludzkie szczątki, choć dopiero w finale dowiaduje się – a my wraz z nim – kim był zmarły i dlaczego zginął.

I w tym oczywiście też kryje się głębsze znaczenie. Ojciec Carla chciał zamknąć żonę w szpitalu psychiatrycznym, czyli i metaforycznie i dosłownie ją zniewolić. Zabijając go, zerwała patriarchalne pęta, a zamurowując trupa, dodatkowo poniżyła oprawcę, bo nie dość, że zbezcześciła jego ciało, to jeszcze skazała go na wieczyste zapomnienie. Później Carlo, podobnie jak Norman w „Psychozie”, starał się ją za wszelką cenę chronić, eliminując każdego, kto mógłby zdemaskować jej postępek. Czyli kolejna toksyczna matka i uległy syn z majaczącym w podtekście kompleksem Edypa, który uniemożliwia mu normalne relacje – również seksualne – z kobietami.

A skoro zabrnęliśmy już tak daleko, to dociśnijmy pedał do końca. Jak zatem w świetle tego, co wyłuszczyłem powyżej, można zinterpretować ostatnią scenę, w której Marcus, walcząc z matką Carla, dekapituje ją przy pomocy jej własnego naszyjnika i windy, a następnie gapi się na rosnącą kałużę jej krwi? Czy da się w tym dopatrzeć symbolicznej zemsty mężczyzn na kobietach za zrzucenie ich z piedestału i sprowadzenie do poziomu ciemiężców, których nie żal zgładzić, albo eunuchów? Moim skromnym zdaniem jest to całkiem kuszące, a wręcz usilnie narzucające się wyjaśnienie.

Grzegorz Dryja w swojej notce o „Głębokiej czerwieni” w niedawno wydanej książce „1000 filmów, które tworzą historię kina” zauważa, że dla Argento cała bogata psychoanalityczna symbolika, którą starałem się pokazać, to pretekst, instrument, bo tak naprawdę liczy się przede wszystkim forma – forma, która u Argento staje się tożsama z treścią. Argento ściga się z Hitchcockiem, ale nie na głębię psychologii, lecz na klimat. Przyjmuję to wyjaśnienie i zgadzam się z nim, co nie znaczy, że odmawiam sobie prawa do przedstawionej powyżej interpretacji.

Argento, chciał czy nie, stworzył swój film w określonym momencie historii. A był to moment, w którym silnie dochodziły do głosu pierwsze emancypacyjne dyskursy feminizmu. I moim zdaniem to się w tym obrazie odbija – tak jak twarz mordercy w lustrze, które Marcus początkowo bierze za wiszący na ścianie portret. Zresztą każdy dobry tekst kultury odbija w sobie coś z ducha czasu, w którym powstawał. Dlatego właśnie jest dobry. A estetyczna gra, w którą wciąga nas reżyser, jest dla mnie wartością dodaną. I udaną.

Jedna myśl na temat “Głęboka czerwień, czyli lęk przed kobiecością

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s