Tysiąc nie zawsze oczywistych filmów, które tworzą historię kina

Powiem rzecz być może dla niektórych bluźnierczą. Chociaż związałem życie ze słowem pisanym i nic się nie zanosi, bym miał zamienić klawiaturę na kamerę, to jednak filmy ukształtowały mnie silniej niż literatura. Nie jakoś bardzo silniej – proporcje układają się gdzieś mniej więcej pięćdziesiąt pięć do czterdziestu pięciu – ale nie da się ukryć, że ruchome obrazki zawsze mocniej stymulowały mój mózg niż ciągi liter na papierze. I to pomimo świadomości, że kino jest wobec literatury wtórne – a przynajmniej pod niektórymi względami.

Być może zaważyły na tym moje kłopoty ze wzrokiem. W końcu łatwiej pomęczyć oczy przez półtorej godziny, niż ślęczeć z lupą nad ksiażką lub wtykać słuchawki do uszu przez kilka dni. Owszem, literatura nauczyła mnie abstrakcyjnego myślenia i poruszania się w przestrzeni idei, lecz to filmy – oglądane w dużych dawkach już od małego – umeblowały świat moich emocji i w znacznej mierze także gustów. A może jakąś rolę odgrywa tu bezinteresowność fana, który wie, że w tej dziedzinie raczej nigdy nic nie zdziała, na którą w stosunku do pisarstwa mnie nie stać. I tu właśnie na scenę wkracza owo niezwykłe tomiszcze.

„1000 filmów, które tworzą historię kina” to książka wyjątkowa z kilku względów. Wyjątkowa dla mnie, ponieważ proces jej rodzenia się od pierwszego pomysłu aż do finałownego produktu śledziłem dzięki Facebookowi na bieżaco. Wyjątkowa też dlatego, że pisali ją ludzie unieruchomieni w domach przez… no, przez to coś, co już zawsze będzie się kojarzyć z przeklętym rokiem 2020; a fakt, że im się udało, niesie nadzieję, że umysł i pasja mogą zwyciężyć wszzechogarniający marazm i rozpacz. I wreszcie wyjątkowa ze względu na samą zawartość, która może zaskoczyć bardziej konserwatywnych miłośników X muzy.

Jeśli idzie o filmy, jestem oczywiście tylko hobbystą, więc trudno mi ocenić, na ile ci najbardziej twardogłowi koneserzy kina wykazują elastyczność wobec wszelkich prób przewietrzania kanonu. Na dobrą sprawę nawet nie do końca się orientuję, na ile ówże jest obecnie spetryfikowany. Podejrzewam jednak, że podobnnie jak w przypadku innych dziedzin sztuki, także i tu występują tarcia między zwolennikami mitycznej ortodoksji w stylu „Obywatel Kane” jak najbardziej, ale z „Koszmarem z ulicy Wiązów” precz, a progresywistami, którzy czują, że raz na ruski rok trzeba tu i ówdzie to i tamto przetasować.

Zachowując szacunek do tych pierwszych, książka jest zdecydowanie skierowana do tych drugich. Otwarcie przyznaje to we wstępie jej redaktor prowadzący, dr Piotr Kletowski, pisząc, że wraz z kierowanym przez siebie zespołem postanowił skupić się nie tylko na filmach wyznaczających kanon, a z kolei na stanowiące jego filary arcydzieła chcieli spojrzeć nieco inaczej, z perspektywy dnia dzisiejszego, otwartego na świat.

Co to oznacza w praktyce? Ano przede wszystkim wymieszanie na równych prawach klasyków, które w każdym tego typu zestawieniu bezwzględnie powinny się znaleźć, z tytułami niekiedy cokolwiek szokującymi czy wręcz kojarzonymi z tzw. B-klasą. Obok wspomnianego „Obywatela Kane’a” mamy więc „Różowe Flamingi”, z „Metropolis” sąsiaduje „Głębokie gardło”, a Ingmara Bergmana zrównoważa Wes Craven. A skoro o nim mowa, przyznam, że zaskoczyła mnie spora reprezentacja horrorów – i to nie tylko tych już z bólem zaakceptowanych, jak „Nosferatu” bądź „Teksańska masakra”, lecz i tych ciągle uważanych za banitów, jak „Toksyczny mściciel” czy „Reanimator”.

Kletowski i jego ludzie dokonali również rozrzutu geograficznego. Oczywiście ze zrozumiałych względów zdecydowana większość opisanych przez nich pozycji reprezentuje zachodni krąg kulturowy, a zwłaszcza Stany Zjednoczone, niemniej postarali się też o szczyptę Azji, Europy Wschodniej i Środkowej, a nawet Afryki i Oceanii. Dla widzów zainteresowanych ujęciem bardziej historycznym wabikiem z pewnością może się okazać obecność dokonań radzieckich, takich jak choćby „Niezwykłe przygody misterr Westa w krainie bolszewików”, które pokrywa dziś kurz zapomnienia i politycznej infamii.

A jednak, przy całej swej rewolucyjności książka stara się mimo wszystko trzymać historycznych ram, tym samym oddając sprawiedliwość poszczególnym etapom rozwoju kinematografii. Otwiera ją notka o nakręconym w 1895 roku i uważanym za początek kina „Wyjściu robotników z fabryki”, a wieńczy pokaźnych rozmiarów artykuł o triumfatorze ostatnich Oscarów, południowokoreańskim „Parasite”. Mamy też jasno określoną periodyzację od epoki niemej aż po współczesne kino tworzone za pomocą technik cyfrowych.

Autorzy poszczególnych tekstów, choć nie mieli zbyt dużo miejsca na rozpisanie się, wykonali także na ogół kawał znakomitej roboty faktograficznej. Dzięki temu my dostajemy ciekawe smaczki. Choćby ten o hipokryzji uznanych reżyserów, którzy domagali się spalenia na stosie politycznej poprawności „Narodzin narodu” z 1915 za rzekome gloryfikowanie rasizmu i białego supremacjonizmu, jednocześnie czerpiąc zeń pełnymi garściami. Albo ten o głęboko teologicznych motywach zaszytych przez Paula Verhoevena w „RoboCopie” z 1987. Albo ten o pierwszych udanych próbach nagrywania w kolorze, które nastąpiły przed wprowadzeniem w kinie dźwięku.

Same w sobie nie są to informacje jekoś wybitnie ekskluzywne, nie wiadomo jak trudne do zdobycia albo zastrzeżone dla fachowców. Jako stały bywalec IMDB na wiele z nich natknąłem się w sekcji Trivia przy poszczególnych tytułach. Można je też znaleźć w Wikipedii i tysiącach innych źródeł. Tylko że z drugiej strony cały ten zgiełk i nadmiar paradoksalnie powoduje jeszcze większe zagubienie, a co za tym idzie – potrzebę uporządkowania, podania w zwartej, łatwej do przyswojenia formie. I ta książka właśnie to oferuje, zachęcając do dalszych poszukiwań na własną rękę, ale będąc przy okazji nienarzucającym się przewodnikiem.

Oczywiście że może przy tym u niektórych wzbudzić kontrowersje. Ja sam parę razy zastanawiałem się, dlaczego autorzy dokonali takich, a nie innych wyborów – z jakiego powodu nie uwzględnili choćby „Ostatniego seansu filmowego” czy, dajmy na to, „Człowieka z marmuru”, ale dali na przykład chyba o wiele mniej znaczące z globalnego punktu widzenia „Panny z Wilka” czy wybitnie nieczytelne dla widza spoza Polski „Psy”.Ale cóż – taka już rola wszelkich encyklopedii i leksykonów: z którejś strony kołdra zawsze będzie za krótka. A poza tym ma być dogrywka, bo propozycji spłynęło dwa razy więcej, niż mógł udźwignąć jeden tom.

Tak czy inaczej ja, wertując ten i co chwila sprawdzając poszczególne pozycje na YouTube, bawię się przednio. Myślę, że ta książka będzie mi długo towarzyszyć i że będę do niej przy różnych okazjach często wracał. Myślę też, że dzięki niej nadrobię sporo klasyków – zwłaszcza z ery niemej – do których jakoś dotąd nie mogłem się zabrać. Jedno nie ulega wątpliwości – to nie jest rzecz do łyknięcia na raz. I to nie tylko ze względu na swoje rozmiary.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s