Człowiek z Ziemi, czyli sci-fi z intelektualnym kopem

Do tego filmu przymierzałem się od ponad trzech lat. Bo chyba jakoś wtedy dowiedziałem się o jego istnieniu z podcastu „Strefa mroku” – poświęconego oczywiście legendarnemu serialowi Roda Serlinga. W jednym z wczesnych odcinków prowadzący go Jacek i Rafał wzięli na warsztat epizod „Strefy…”pt. „Żyj długo, Walterze Jamesonie”, przy okazji, w ramach ciekawostki, wspominając, że stał się on inspiracją dla twórców nakręconego w 2007 roku, niskobudżetowego, ale na swój sposób wybitnego, „Człowieka z Ziemi”.

Epizod serialu Serlinga opowiada o profesorze historii, tytułowym Walterze Jamesonie, który dysponuje niezwykle bogatą w szczegóły wiedzą o przeszłości, często wykraczającą poza to, co można znaleźć w źródłach. Pewnego dnia okazuje się, że Jameson tak naprawdę żyje już od ponad dwóch mileniów. Ten niezwykły dar – ni to błogosławiony, ni przeklęty – został mu ofiarowany przez jakiegoś tajemniczego alchemika. Od tamtej pory Jameson musi co jakiś czas zmieniać miejsce pobytu, bo w końcu ludzie zawsze zauważają, że się nie starzeje.

Podobieństwa fabularne między tą czarno-białą historyjką a przywołanym przez Jacka i Rafała filmem rzeczywiście są uderzające. W filmie poznajemy niejakiego Johna Oldmana – również profesora historii, który po dziesięciu latach pobytu na niewymienionym z nazwy uniwersytecie szykuje się do wyjazdu. Czy może raczej do ucieczki. Kiedy w jego domu, z którego właśnie wynoszone są meble, zjawiają się jego przyjaciele, zszokowani tym, że zamierza ich opuścić, zdradza im, że jest jaskiniowcem, który urodził się czternaście tysięcy lat temu.

O przypadkowych analogiach do produkcji Serlinga rzeczywiście nie może tutaj być mowy. Jak bowiem sugeruje IMDB, pomysłem z historyjki o Jamesonie najprawdopodobniej mógł się zainspirować pisarz i scenarzysta Jerome Bixby – też przelotnie związany ze „Strefą mroku”. Motyw nieśmiertelnego tułacza wykorzystał w pisanym przez siebie odcinku „Star Treka”, a także w swojej jedynej pełnometrażowej powieści, na podstawie której tuż przed śmiercią ukończył scenariusz wykorzystany przez reżysera Richarda Schenkmana w trakcie realizacji filmu.

O tym, jakim duchem emanuje „Człowiek z Ziemi”, nader dobitnie świadczy fakt, że rozgłos zyskał on dzięki torrentom. Twórcy zaś nie tylko nie mieli nic przeciwko temu, że jest nielegalnie ściągany z sieci, ale wręcz dziękowali internautom za uznanie dla ich wysiłków, zachęcając jedynie niezobowiązująco do zakupu DVD. Co ciekawe, nakręcony dziesięć lat później sequel (którego póki co nie oglądałem) sami wrzucili za darmo do sieci, a fundusze na kolejne projekty ze stworzonego przez siebie uniwersum zbierali – a właściwie chyba ciągle zbierają – na Kickstarterze.

I dokładnie taki jest ten film – niemainstreamowy, jak tylko się da, kameralny, osadzony w pojedynczej lokacji, oparty głównie na dialogach siedzących lub chodzących bohaterów i kreatywnej pracy kamery, która pokazuje ich z różnych punktów widzenia. Spokojnie mógłby się sprawdzić na deskach teatru jako minimalistyczna jednoaktówka. Został zresztą nawet dwukrotnie zaadaptowany na scenę. Ale – co najważniejsze – jest to film oddziaływujący przede wszystkim intelektualnie. I to w dosyć, śmiem tak stwierdzić, prowokacyjny sposób.

Sam wyjściowy koncept kojarzy się raczej z kinem klasy B, czymś, co mogłoby wyskoczyć z maszyny Richarda Mathesona, lub z klasykami epoki VHS w rodzaju „Nieśmiertelnego”, niemniej tutaj został on zaprzęgnięty do bardzo wyrafinowanej filozoficznej gry – w równej mierze z uczestnikami pożegnalnego przyjęcia profesora Oldmana, jak też i z widzami. Ja nazwałbym ją „jak rozpieprzyć ludziom cały obraz rzeczywistości w jeden wieczór, a później odjechać po angielsku”.

Ludziom, dodajmy, nie byle jakim, gdyż przyjaciele naszego jaskiniowca-intelektualisty to jednostki o ugruntowanym światopoglądzie, do tego eksperci w konkretnych dziedzinach – antropologii, biologii, archeologii, psychiatrii czy literaturze. A jakby tego nie było dość, z mocno zarysowanymi charakterami – porywczego sceptyka, nastawionego do całej sprawy wyjątkowo stoicko racjonalisty, religijnej dogmatyczki itd. Tego wieczoru przekonania każdego z nich zostają wystawione na próbę i nie wszyscy wyjdą z niej z tarczą. W jednym wypadku zakończy się nawet śmiercią.

Czy sami się o to prosili? Właściwie trochę tak, a trochę nie. W gruncie rzeczy wszyscy – łącznie z Johnem – stali się poniekąd ofiarami sytuacji. Oni zrobili mu wjazd na chatę, mimo iż wcale ich nie zapraszał – przeciwnie: chciał ulotnić się dyskretnie, jak robił to już setki razy – a on wyjawił im prawdę, choć wcale tego nie planował. Zapewne po prostu był już zmęczony ukrywaniem się. Pytany, dlaczego to zrobił, wyjaśnia, że chciał pożegnać się z nimi jako on, a nie jako ktoś, za kogo go uważali, ale nie brzmi to do końca przekonująco. Może więc pycha?

Tak czy siak to, że liczy sobie czternaście tysięcy lat, bardzo szybko przestaje być głównym problemem wieczoru. Oczywiście, że początkowo wszyscy biorą go za świra, a z czasem, kiedy rozmowa się rozkręca i John podaje kolejne szokujące szczegóły, szczęki stopniowo im opadają i przeświadczenie, że robi im pożegnalnego psikusa, coraz wyraźniej zaczyna się w nich ścierać z lepiej albo gorzej zamaskowaną niepewnością. To wszystko jednak blednie, kiedy docieramy do punktu kulminacyjnego, nad którym muszę się dłużej zatrzymać, rzucając spojlerami.

W pewnym momencie niesiony wirem opowieści John z dużym ociąganiem – aczkolwiek nie jestem pewien, czy aż tak bardzo niechętnie – wyjawia im, że wśród wielu różnych wcieleń, jakie zdarzało mu się przyjmować przez wieki, był także… Jezusem. Obok łamiącego serce twistu na końcu, którego tu nie zdradzę, jest to absolutnie węzłowy moment tego filmu, bo obnaża przyświecające mu intencje. I nie, nie chodzi o atak na chrześcijaństwo czy próbę ośmieszenia go – a przynajmniej nie bezpośrednio. Bardziej o uświadomienie, że wszystko, co sądzimy na temat rzeczywistości, jest jedynie zbiorem mitów i fantazmatów.

Jeśli chodzi o chrześcijaństwo, to John oczywiście uosabia rozpowszechnioną w zachodniej kulturze teorię, że prawdziwym źródłem nauk Jezusa mógł być Budda, a on sam, o ile w ogóle istniał, był tylko zwykłym człowiekiem. Może wyjątkowo dobrym i nadprzeciętnie uduchowionym, ale pozbawionym jakichkolwiek cech boskich. Co zresztą znamienne, John zapytany o to, jak zmartwychwstał, wyjaśnia, że po prostu poznał pewne techniki pozwalające tak spowolnić procesy życiowe, żeby imitować śmierć.

To jest zresztą w ogóle bardzo ciekawe w kontekście zarówno samego filmu, jak i porównań z odcinkiem „Strefy mroku”, od którego się wziął. Tutaj wszystko usiłuje się wyjaśniać poprzez pryzmat naturalnych procesów. Nie ma tu żadnej alchemii ani magii. Są najwyżej nie do końca jeszcze przebadane prawidła przyrody. To, że ktoś potencjalnie mógłby żyć przez czternaście tysięcy lat, przyjaciele Johna – i on sam – próbują uzasadniać anomaliami metabolicznymi, czynnikami środowiskowymi, a nawet dietą. Zero metafizyki – czysty materializm z domieszką „nie wiem”.

A wracając do religii: John, rzecz jasna, jest bardzo krytyczny wobec tego, co wyrosło na gruncie jego nauk. Czy raczej nauk Buddy, u którego terminował w Indiach przed swoim przybyciem do Jerozolimy i którego dłużnikiem się czuje. W pewnym momencie odniosłem wręcz wrażenie, że traktuje to jak coś w rodzaju plamy na honorze lub największej porażki życia. Tylko przy tym temacie okazuje emocje i jest to przeważnie wzburzenie. Zagadnięty o Boga, lub jakąkolwiek istotę wyższą, odpowiada jak rasowy agnostyk z predylekcją do ateizmu.

Jego deklaracja oczywiście irytuje obecną w gronie uczestników przyjęcia chrześcijankę, która zarzuca mu bluźnierstwo, po czym nieomalże załamuje się psychicznie. I właśnie w związku z nią następuje znacząca dla wymowy tego filmu scena. W pewnej chwili John, wyraźnie już tym wszystkim zmęczony, odwołuje całą swoją historię, wykręcając się, że był to żart, który wymknął się spod kontroli. Tuż potem chrześcijanka ze łzami w oczach rzuca się mu na szyję i jako pierwsza wybacza, że tak okrutnie sobie z nich zadrwił.

Choć tak naprawdę wszyscy odczuwają ulgę. Został im przywrócony, a raczej na nowo zaczarowany, ich świat. Mogą znowu wierzyć w swoje wyobrażenia o nim. Mogą znowu się łudzić, że jest tak, jak zawsze sądzili, że jest. Brutalna, nie dająca się żadną miarą znieść prawda zostaje symbolicznie pogrzebana i można więcej o niej nie mówić – chyba że w żartach o facecie, który pewnego razu prawie nas nabrał, że jest jaskiniowcem. Prawda objawi się jeszcze tylko raz – w finale, który rozjechał mnie emocjonalnie i chyba zostanie ze mną najdłużej.

Reasumując. Film świetny realizatorsko – pomimo swojej teatralnej formy w ogóle się nie dłuży. Zaś intelektualnie stanowi typowy wykwit zachodniej kampusowej humanistyki, opartej na negacji tzw. prawdy obiektywnej, dodatkowo podlanej sosem buddyzmu z obowiązkową domieszką ekologii i garścią komunałów o tym, jak to niszczymy naszą planetę. Przy tym jednak całkiem zgrabnie podsuwa nieufność wobec zbyt sztywnych osądów o świecie. I to akurat dobrze.

A tu odcinek podcastu Jacka i Rafała o wspomnianym odcinku „Strefy mroku” https://www.strefamrokupodcast.pl/?powerpress_pinw=231-podcast

2 myśli na temat “Człowiek z Ziemi, czyli sci-fi z intelektualnym kopem

  1. …Pewnego dnia okazuje się, że Jameson tak naprawdę żyje już od ponad dwóch m i l e n i ó w….
    Po co używać takie trudne słowa. MIlenium to tysiąc, on żył od 15 tys….
    Pozdrawiam,

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s