Halloween 2018 – niezły i… niepotrzebny

No więc w mojej podróży przez literacką i filmową grozę postanowiłem tym razem sięgnąć po coś nowszego. I tak oto skusiłem się na… właściwie nie za bardzo wiem, jak to nazwać… reboot? sequel? oryginalnego „Halloween” z 1978 roku. W każdym razie film nakręcony dwa lata temu przy udziale – a może raczej producenckim błogosławieństwie – samego Johna Carpentera i tuż po swojej premierze szeroko dyskutowany. To, co mam do powiedzenia na jego temat, w zasadzie streszcza się w tytule, ale spróbujmy nieco rzecz rozwinąć.

Samej kwestii zjadania przez przemysł filmowy własnego ogona nie ma sensu komentować. Stało się to już równie nudne i bezproduktywne jak odgrzewanie kolejnych starych kotletów – teraz na tej patelni skwierczy następny „Krzyk”, który ponoć ma wejść na ekrany w 2022 roku. Trzeba po prostu przyjąć stan faktyczny do wiadomości i spróbować wyciągnąć coś z tego, co mamy pod ręką. I właśnie tak podszedłem do nowej odsłony sagi o krwawym Michaelu. Zawodu nie było, choć przyjemność psuła świadomość, że to jedynie cień dawnej legendy.

Według narzuconych przez twórców reguł gry mamy zapomnieć, że po kultowej jedynce sprzed czterdziestu lat powstały dalsze części. Szkoda, bo osobiście lubię „Halloween 20 lat później” z 1998 roku – pewnie dlatego, że akcja dzieje się w szkole z internatem, a do tego ma fajne humorystyczne akcenty. Mamy też puścić z dymem wersję Roba Zombie. W ogóle nie było nic – nul, zero. Minęło czterdzieści lat od wydarzeń z jedynki, a Michael ani razu nie uciekł z psychhiatryka, więc nie mógł dopaść Laurie. Po prostu… alternatywna linia czasowa. Jasne? No to lecimy dalej z tym koksem.

Laurie – ponownie z twarzą, a także pięknie rozwianymi siwymi włosami, Jamie Lee Curtis – jest straumatyzowaną podwójną rozwódką. Mieszka w położonym na odludziu domu-fortecy i trochę za bardzo gustuje w napojach wyskokowych. Ale za to cholernie dobrze strzela, bo przez minione lata wyćwiczyła tę umiejętność do kryształowej perfekcji. Ma też dorosłą córkę, która uważa ją za wariatkę i nie może jej wybaczyć, że zrobiła jej z dzieciństwa emocjonalne piekło.

Wątek trudnych relacji między nimi to właśnie jedna z tych niezłych rzeczy. Czuć w nim tony chwytającego za serce rodzinnego dramatu. Ale jest też światełko w tunelu w osobie nastoletniej wnuczki Laurie, Allyson, która – jak często bywa w pokoleniowej karuzeli – stara się babcie zrozumieć i pogodzić z matką. Właściwie cała fabuła siedzi na tym kobiecym trio. Mężczyźni – czy to bezbarwny do granic możliwości ojciec rzutkiej Allyson, czy jej dupkowaty chłopak – nie mają w tej historii za wiele do roboty. Aż mi żal, że przy tym wszystkim jeszcze Michael nie okazał się kobietą. Cóż, może w kolejnej części.

Póki co pozostaje samcem – jak to on, twardym i uporczywie milczącym. Choć, jak odkrywamy w trakcie rozwoju akcji, bynajmniej nie głupim. Ba, można wręcz powziąć podejrzenie, że mówić też potrafi, tyle że zwyczajnie mu się nie chce. A może po prostu świadomie kultywuje image niemego psychola. Niepomiernie rozczarowuje tym dwójkę zafascynowanych jego historią podcasterów, którzy odwiedzają go w więzieniu i usiłują nakłonić, żeby wydusił choćby jedno słowo. Przywieźli nawet jego starą maskę. Nic nie pomaga – Michael milczy jak grób, zaś po ucieczce bezpardonowo ich zabija.

Nawiasem mówiąc, motyw z podcasterami też mi się spodobał. Osobiście odczytuję go jako ciekawy komentarz do dającej się wyraźnie zauważyć w popkulturze fascynacji prawdziwymi zbrodniami, a co za tym idzie – estetyzacji oraz nieuniknionej w tym kontekście relatywizacji zła. Zjawisko to śledzę od jakiegoś czasu z mieszaniną zaintrygowania i, co tu kryć, niepokoju. Ukazana naturalistycznie śmierć tej dwójki z rąk potwora, którym jarali się niczym dzieciaki filmowym straszydłem, urasta w pewien przewrotny sposób do rangi metafory.

Później oczywiście mamy standardową jatkę oraz finałową konfrontację Michaela z Laurie, która nie przebiega do końca tak, jak można by oczekiwać, obserwując jej obycie z bronią palną. Widać, że Michael nie zasypiał gruszek w popiele. Pomimo sześćdziesiątki na karku i więziennych warunków nadal jest potwornie silny i przetacza się przez rodzinne miasteczko jak czołg, mordując po drodze kilka mniej lub bardziej przypadkowych osób – ot tak, żebyśmy nie zapomnieli, że oglądamy slasher, a jemu żeby się nie nudziło.

A właśnie, Michael. Czy jego współczesne wcielenie ma do powiedzenia coś poza tym, że jest wielki, straszny i pozbawiony skrupułów? Czterdzieści lat temu budził lęk, bo stanowił symbol nie dającego się nijak ogarnąć rozumem, kierującego się własną pokrętną logiką czystego zła. Może nawet jakoś tam nadprzyrodzonego. Teraz twórcy bardzo starali się ten efekt powtórzyć, jednak niestety nie wyszło. To znaczy – być może wyszłoby, gdyby nie te wszystkie filmy, które niby mieliśmy unieważnić. Tylko że nie bardzo się da.

I to jest główny problem tego filmu. Świadomość, że zaserwowano ci odgrzewanego po raz enty kotleta, całkowicie anihiluje to, co mogłoby ewentualnie być w nim dobre, gdyby nie ciągnął za sobą całego tego bagażu przeszłości. Jest tam – jak już nadmieniłem – naprawdę nietuzinkowo zarysowana psychologia głównych postaci, szczypta komentarza społecznego i kilka dość plastycznych ujęć, ale co z tego, skoro to wszystko po nic. W końcu, u licha, ile razy można odświeżać tę samą potrawę – nawet tak smakowicie jak tu?

Smakowicie, ale też w kilku momentach ze zbyt dużą ilością przypraw, jeśli chodzi o przemoc. Tak, wiem, że to slasher, a w slasherach leje się krew i giną młodzi ludzie – często nader wymyślnie. Tu jednak pokazano zabójstwo dziecka, co w mojej opinii było przekroczeniem tabu, na które niekoniecznie chciałbym się godzić – nawet jako konsumennt kultury pokalany niewytłumaczalnym afektem do strasznych opowieści i wiedzący, że dzieci też czasem w nich umierają. Jeśli twórcy w ten sposób chcieli podkręcić swoje dzieło, to nie tędy droga.

Michaelowi aż chciałoby się życzyć, żeby wreszcie przestał nienawistnie milczeć i raczył zdechnąć. Ale oczywiście nic z tego, bo zakończenie sugeruje, że czekają nas kolejne części. I dziwić się Zombiemu, że w swojej interpretacji postanowił Michaela ciut uczłowieczyć. Wskrzeszanie zakorzenionych od dawna w kulturze motywów ma sens jedynie wówczas, gdy rzuca się na nie nowe światło. Tutaj jednak nie ma o tym mowy.

Jedna myśl na temat “Halloween 2018 – niezły i… niepotrzebny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s