Czy „Egzorcysta” rzeczywiście jest powieścią chrześcijańską?

Pisząc niedawno o filmowych horrorach z chrześcijańską wkładką, nie mogłem nie wspomnieć „Egzorcysty” – zwłaszcza że byłem w trakcie lektury powieści, na podstawie której go nakręcono. Do ekranowej wersji losów opętanej przez diabła Regan przylgnęła łatka filmu katolickiego – wymienia się go w tym kontekście w różnych rankingach, a sam William Friedkin chwalił się, że jego dzieło zebrało pozytywne opinie od duchownych zajmujących się egzorcyzmami. Jak więc w takim razie rzecz ma się z literackim pierwowzorem?

W największym skrócie kwestię mogę ująć tak: to, że w jakiejś historii głównymi bohaterami są księża, a ich przeciwnikiem zło z piekła rodem, nie czyni jej automatycznie chrześcijańską czy katolicką. W tym wypadku najpoważniejsze zastrzeżenie zarówno w filmie, jak i w powieści, budzi finał, w którym ojciec Karras przyjmuje w siebie demona, po czym skacze z okna. Może ja się i nie znam, ale egzorcysta ma szatana wyganiać, samemu pozostając przy tym żywym, nie zaś odgrywać parodię poświęcenia, zabijając się z pasożytem na pokładzie. Aczkolwiek w książce Williama Petera Blatty’ego z zawartością chrześcijańskiego pierwiastka i tak jest o niebo lepiej niż u Friedkina.

Przy czym żebyśmy się dobrze zrozumieli: moja ocena nie wynika z jakiegoś doktrynerstwa, nie odsądzam tej książki od czci ani nic takiego. Wprost przeciwnie – uważam, że jest bardzo dobra i wiele wartościowych refleksji można z niej wynieść. Po prostu przy okazji wrzucam polemiczny głos z opiniami o „Egzorcyście” pojawiającymi się u takich opisywaczy popkultury z mojej bańki światopoglądowej jak choćby Łukasz Adamski.

A dlaczego w książce z chrześcijaństwem jest lepiej niż w filmie? Ano z banalnego powodu – tam, ze zrozumiałych względów, wszystkiego jest więcej, głębiej i bardziej. Zaczynając od samego opętania, rozmów księży z demonem i stanowiącego w mojej opinii najbardziej interesujący aspekt starcia nauki z religią, na bohaterach kończąc. W książce jeszcze wyraźniej niż w filmie widać, że zdecydowanie najciekawszą i najżywszą postacią jest Damien Karras. Zyskuje jednak i ojciec Merrin, który w wersji z Maxem von Sydowem zawsze wydawał mi się – tu proszę fanów filmu oraz jego talentu o wybaczenie – karykaturalny i… płytki?

Film odświeżałem sobie już dość dawno temu, więc nie mogę tego stwierdzić z całą odpowiedzialnością, ale powieściowa fabuła, pomijając owe bardziej rozbudowane wątki, o których wspomniałem powyżej, przedstawia się mniej więcej podobnie.

Poznajemy gwiazdę filmową Chris MacNeil i jej córeczkę Regan. Chris jak każda nowoczesna kobieta w jej czasach jest ateistką, co ma fundamentalne znaczenie dla fabuły, gdyż będzie musiała przejść wyboistą intelektualną i duchową drogę, by wreszcie zaakceptować fakt, że to, co dzieje się z Regan, ma charakter nadprzyrodzony, a nie medyczny. Córeczkę wychowuje sama, bo jej tatuś okazał się małostkowym dupkiem i szowinistą, który nie mógł się pogodzić z tym, że żona lepiej zarabia, spełnia się zawodowo i – to chyba najgorsze jej przestępstwo – jest popularna.

Chris i Regan przyjeżdżają do Georgetown, gdzie Chris kręci swój nowy film, przy okazji z niezłym skutkiem próbując godzić aktorstwo z obowiązkami matki. Wszystko jednak zaczyna się psuć w chwili, kiedy u Regan występują pierwsze dziwne symptomy – słynna scena sikania na dywan podczas przyjęcia, nagłe napady agresji, coraz wulgarniejszy język, obrażenia na ciele itp. Czas mija, a sytuacja coraz bardziej się pogarsza. W końcu Chris musi się udać po poradę do specjalistów, którzy jednak też rozkładają ręce.

Równolegle ojciec Karras zmaga się ze śmiercią matki, wyrzutami sumienia, że zostawił ją samą, bo wolał jezuitów niż klepanie biedy, oraz – a raczej chyba przede wszystkim, bo to wydaje się praźródłem jego zgryzot – kryzysem wiary. Kiedy zdesperowana Chris prosi go o pomoc, nie ma jej do powiedzenia nic, czego już wcześniej by nie usłyszała od psychiatrów. Karras zresztą też jest psychiatrą – studia ukończył na polecenie zakonnych przełożonych i teraz zajmuje się poradnictwem dla współbraci, w czym na skutek dręczącej go acedii też nie jest zbyt dobry.

Wreszcie mamy Merrina, który na początku książki zajmuje się wykopaliskami archeologicznymi w Iraku, a potem wraca do USA, by przy łóżku Regan stanąć oko w oko ze swoim przeznaczeniem. Nawiasem mówiąc podczas lektury zastanawiałem się, czy owym tytułowym egzorcystą ma być właśnie on, czy może asystujący mu Karras.

Przy czym książkowy Merrin to postać niezwykle frapująca. Z jednej strony wybitny naukowiec – archeolog i teolog, do tego głoszący śmiałe teorie, które odbijają się szerokim echem i budzą kontrowersje w części Kościoła. Z drugiej – egzorcysta z wieloletnią praktyką, co tym bardziej wywołuje opór w Kościele, który usiłuje za wszelką cenę dostosować się do ducha czasów i w związku z tym traktuje wiarę w istnienie osobowego zła jak coś wstydliwego, należącego raczej do ciemnej przeszłości niż do otwartej na nowe nurty i dialog ze światem teraźniejszości.

A jakby i tego nie było dość, Merrin najwyraźniej ma w swoim życiu kilka wstydliwych epizodów, które przemawiający ustami dziewczynki diabeł wywleka na światło dzienne. Dowiadujemy się między innymi, że zdarzało mu się zgrzeszyć pychą, że ma – lub miał kiedyś – problem z pogardą wobec osób niepełnosprawnych, a także że – prawdopodobnie, gdyż tutaj demon zaledwie insynuuje – splamił się grzechem sodomii.

I jeśli gdzieś w tej książce miałbym się dopatrywać przesłania chrześcijańskiego czy, ściślej, katolickiego, to chyba właśnie w tym, że obaj z Karrasem – ale także w jakiejś mierze Chris i jej współpracownicy – zostają przez wypominające im grzechy zło zmuszeni do stanięcia twarzą w twarz z własnymi cieniami. Muszą uznać, że są skażeni upadkiem, ale zarazem znaleźć w sobie siłę do uwierzenia, że mimo to Bóg ich kocha i wesprze ich w walce z wrogiem, który za wszelką cenę stara się ich upokorzyć, poniżyć i przekonać, że nie są ani tej miłości, ani odkupienia godni.

Bez tego elementu stanowiący kulminację powieściowej fabuły rytuał egzorcyzmu byłby w gruncie rzeczy bezbarwny i nijaki. Dosłownie zginąłby pod nawałą wcześniejszych fajerwerków, których Blatty nie żałuje. Tym, co najbardziej przyciąga w nim uwagę i wzbudza emocje, wcale nie są zjawiska nadprzyrodzone – ich czytelnik na poprzednich stronach doświadczył już tyle, że zdążył się znieczulić – lecz właśnie pytanie, czy szatanowi uda się złamać w walczących z nim ducha. Odpowiedź do samego końca nie jest oczywista.

Tylko że to też nie stanowi sedna tej powieści. Bo tak naprawdę walka z szatanem, czy w ogóle pojawienie się go, jest w niej co najwyżej efektownym pretekstem do pokazania, co się dzieje, gdy cywilizacja i kultura amputują eschatologiczną perspektywę i zaczynają bezgranicznie ufać własnemu rozumowi i materialnemu postrzeganiu świata. A ofiarami tego zjawiska w największym stopniu wcale nie są ani Regan, ani Chris, lecz Karras, który, formalnie będąc kapłanem, tak bardzo nie jest w stanie przyjąć do siebie prawdy o manifestacji zła, że wręcz desperacko szuka naukowych uzasadnień zachowania Regan.

Momentami wikła się w takie absurdy, że aż żal to czytać. Szuka wyjaśnień w sytuacji z ojcem Regan, w dziedziczonej pamięci, w rzekomo naukowo udowodnionej telepatii i zdolności mimowolnego czytania w myślach, co ma jakoby tłumaczyć wiedzę Regan o życiu znajdujących się w jej pobliżu osób (także jego) i posługiwanie się nieznanymi jej językami. Koniec końców to ateistka Chris – może zresztą paradoksalnie właśnie dlatego – okazuje się dużo bardziej podatna na wyjaśnienia nadnaturalne. I to ona nawraca skołowanego Karrasa, który balansował na granicy poddania się, a to, że tego nie zrobił, zawdzięczał chyba jedynie resztkom własnej przyzwoitości i łzom Chris.

Na przeciwnej szali znajduje się Merrin. Nie wiem, czy albo na ile reprezentuje on poglądy autora, tudzież jego oczekiwania co do Kościoła, lecz wiem, że na pewno jest bliski mnie. Bliski w tym znaczeniu, że swoją działalnością buduje mosty między wiarą i rozumem, oglądem naukowym i teologicznym. Będąc zaprawionym w bojach egzorcystą, zarazem nie neguje ewolucji czy fizyki – ba, wręcz uwzniośla je do boskiej rangi, głosząc, że opisany przez naukę rozwój kosmosu i życia to w gruncie rzeczy nic innego jak proces powracania do utraconej na skutek grzechu pierworodnego jedności z Bogiem.

Przy okazji warto nadmienić, że Blatty szkicuje mało pochlebny obraz samej instytucji Kościoła. Jezuici w jego książce wielką wagę przykładają do form, lubią się snobować na ludzi obytych w dobrym towarzystwie, zarazem jednak, kiedy coś ich gnębi, wolą zasięgnąć konsultacji psychiatrycznej niż uklęknąć przy kratce konfesjonału lub przed Najświętszym Sakramentem. Karras, choć stroni od gierek i układów, przesiąka tą atmosferą, co niszczy w nim rozniecony dawno temu płomień autentycznego powołania i miłości do Chrystusa.

I w tym sensie można powiedzieć, że Blatty idealnie podpina się pod popularne stwierdzenie, że największym sukcesem diabła jest wmówienie ludziom – w tym wypadku kapłanom – że nie istnieje. A kiedy już w to uwierzą – oni i cała reszta ludzi – wchodzi cały na biało, specjalnie się nawet nie kryjąc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s