Baśń Sołowjowa o dobrym Antychryście

„Krótka opowieść o Antychryście” Władimira Sołowjowa jest… no cóż, naprawdę krótka. Lwią część pochodzącego sprzed dwóch lat i liczącego sto dziesięć stron wydania stanowi wstęp, nota o autorze oraz teksty zamykające – w tym fragment słynnej książki Benedykta XVI o Jezusie z Nazaretu, w którym papież emeryt rozwodzi się nad podstępnością diabelskich pokus. Wszystko to wywołuje w czytelniku odruchowe wrażenie, że ma w ręku dzieło może i niewielkie rozmiarami, ale za to niezwykle doniosłe i warte dogłębnego przemyślenia.

A za to powyższy akapit chyba swoim tonem sugeruje, że według mnie wcale tak nie jest. Może rzeczywiście czuć w nim lekkie rozczarowanie, jednak nie wynika ono z samej treści. To raczej efekt mojego rozdarcia, bo czytałem tę książeczkę jakby na dwóch płaszczyznach – czysto literackiej, której po prostu nie umiem (ani też nie chcę) wyłączyć, choć oczywiście wiem, że w przypadku takich tekstów nie jest ona najważniejsza, oraz ideowej. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że przez dość długi czas ten utwór – żywo w bliskich mi kręgach dyskutowany i często przywoływany – był dla mnie legendą.

Ileż to ja się o nim naczytałem i nasłuchałem, zanim wreszcie zdecydowałem się sam z nim zmierzyć. Że oto rosyjski filozof i mistyk już ponad sto lat temu przewidział dzisiejsze losy świata. Że bezlitośnie obnażył zsekularyzowaną mentalność współczesnych Europejczyków, choć jeszcze długo po nim podobne diagnozy – stawiane rzeczywiście przez nielicznych, wśród nich m.in. młodego Josepha Ratzingera – budziły gwałtowny sprzeciw. Ba, że bezbłędnie wskazał, iż prawdziwy Antychryst, gdy już przyjdzie, nie będzie miał postaci bestii z horroru ani kogoś w rodzaju Hitlera czy Stalina, lecz raczej będzie kimś w typie George’a Sorosa.

Czy więc tego wszystkiego tam nie ma? Ależ skąd – jest, jest jak najbardziej. Może po prostu, napompowany tymi wszystkimi opiniami i zrodzonymi na ich gruncie oczekiwaniami, trochę uległem zakrzywieniu podobnemu do tego, które w filmie o ostatniej krucjacie Indiany Jonesa nie pozwoliło wrednemu Donovanowi domyślić się, że prawdziwy Graal to nie kielich ze złota i inkrustowany drogimi kamieniami, po który sięgnął przekonany, że Syn Boży nie mógłby pić z byle czego, lecz ten stojący nieopodal – niepozorny i nierzucający się w oczy. Utwór Sołowjowa jest właśnie takim niepozornym, a miejscami nawet niedorobionym kielichem, którego moc łatwo zbagatelizować.

Zacznę od warstwy literackiej. I tutaj tekst Sołowjowa po raz kolejny przypomniał mi, dlaczego nie przepadam za historiami futurystycznymi, ani za tzw. przypowieściami, w których fabuła i bohaterowie służą jedynie jako pas transmisyjny dla poglądów i przemyśleń autora. Futuryzm – czy to powieściowy, czy filmowy – zwyczajnie drażni mnie swoją nietrafnością, i nawet czytanie go w kluczu alegorycznym niewiele pomaga. Z kolei przypowieści są jak dla mnie zbyt umowne, podczas gdy ja lubię wyraziście zarysowany świat i pełnokrwistych, wielowymiarowych bohaterów, losami których byłbym w stanie się autentycznie przejąć.

Tekst Sołowjowa niestety cierpi na te wady. I to w znacznej mierze utrudniało mi obcowanie z nim, choć towarzyszyła mi też  świadomość, że mam do czynienia z utworem autorstwa filozofa, a przy tym osoby natchnionej religijnie, który jedynie przebiera się za literaturę, nie zaś z dziełem rasowego powieściopisarza, które miałoby za zadanie wciągnąć mnie w akcję i niejako przy okazji przemycić drugie dno.

Zabiegi stricte literackie ograniczają się tu do wprowadzenia czegoś w rodzaju bardzo rachitycznej konstrukcji szkatułkowej. Na samym początku pierwszoosobowy narrator informuje nas, że kilka lat temu jego kolega, który wstąpił do zakonu, przekazał mu rękopis, którego nie mógł lub z jakichś powodów nie chciał wydać drukiem. Potem zmarł, nie dokończywszy opowieści, czy raczej streściwszy ją narratorowi jedynie ustnie, który to przekaz narrator dodaje na końcu po urwaniu tekstu właściwego. Zaś tekstem tym jest właśnie tytułowa opowieść o Antychryście, która – jak mniema narrator – zawiera wszystko, co dałoby się wiarygodnie powiedzieć w rzeczonym przedmiocie.

Manuskrypt przenosi nas w przyszłość. Dowiadujemy się, że w XX wieku Europa stoczyła ciężką wojnę z połączonymi potęgami Chin i Japonii, która początkowo zaowocowała podbiciem jej przez owo – jak określa je autor – panmongolskie imperium. Tę część można z oczywistych względów spokojnie pominąć – jak każdy futuryzm stanowi przede wszystkim odbicie stanu świadomości oraz lęków z czasów autora, więc z naszego punktu widzenia prezentuje wartość co najwyżej historyczną. Choć nie powiem – uszczypliwy wtręt o uległości Zachodu wobec najeźdźców brzmi całkiem współcześnie.

Potem jednak robi się ciekawie i tu rzeczywiście można docenić profetyczność Sołowjowa. Otóż bowiem zachodnia cywilizacja ostatecznie pokonuje azjatyckich okupantów i łączy się w Stany Zjednoczone Europy. Dzięki temu zahamowany przez wojnę rozwój nabiera tempa i Europa – a wraz z nią cały świat – w krótkim czasie osiąga stan wysokiego dobrobytu i stabilizacji na każdym polu. Tu jednak zaczyna się problem, bo sytość i bezpieczeństwo materialne odsłania pustkę duchową, której nie jest w stanie zastąpić dawna, zdezaktualizowana już i istniejąca w formach jedynie szczątkowych, wiara w Boga.

A ponieważ natura próżni nie znosi, miejsce po zdetronizowanym chrześcijaństwie zajmuje ktoś, kogo autor nazywa człowiekiem przyszłości – wybitny humanista, filantrop, a do tego orędownik praw zwierząt i, ma się rozumieć, wegetarianin, który w wieku zaledwie trzydziestu lat zyskuje już światowy rozgłos dzięki propagowanym przez siebie światłym i postępowym ideom. Nie jest jeszcze Antychrystem, a przynajmniej nic o tym nie wie.

Na razie uważa się za następcę, a właściwie jakby nieuniknione historyczne dopełnienie Chrystusa, któremu cieśla z Nazaretu zaledwie przygotował grunt. Pewnego wieczoru przeżywa coś w rodzaju mistycznego doświadczenia, podczas którego objawia mu się jego prawdziwy ojciec – oczywiście jest nim nienazwany tu z imienia szatan – i ukazuje mu jego naturę oraz przeznaczenie. Zaraz po tym spotkaniu „człowiek przyszłości” pisze przełomowe dzieło, w którym kreśli program pokojowego i harmonijnego rozwoju ludzkości, dzięki czemu zostaje wybrany na przywódcę globalnego rządu z nawiązującym do czasów rzymskich tytułem imperatora.

Idee, które głosi, a następnie, dysponując już pełnią władzy, wprowadza w życie, są piękne: powszechna równość, braterstwo, pokój między narodami, sprawiedliwość w podziale dóbr (pojawia się nawet coś w rodzaju znanego z postulatów dzisiejszej lewicy dochodu gwarantowanego) i wreszcie, jako uwieńczenie całego projektu, zjednoczenie wszystkich religii. Chrześcijaństwa oczywiście też – w tym celu imperator zwołuje nawet specjalny sobór. Jest tylko jeden maleńki warunek do spełnienia: wszyscy bezwzględnie muszą uznać w imperatorze swego jedynego pana. Potem mogą robić, co i jak chcą – nawet swobodnie studiować Biblię.

Plan, pomimo iż większość chrześcijan wszystkich obrządków entuzjastycznie przyjmuje ofertę imperatora, nie udaje się przez grupkę nie pojmujących wielkiej dziejowej konieczności niewdzięczników pod wodzą papieża, protestanckiego pastora oraz sędziwego prawosławnego patriarchy. Wolą nadal czcić Chrystusa. Mało tego – domagają się, żeby również imperator uznał w Nim swojego Pana, co sprawia, że ten wpada we wściekłość i odsłania swoją prawdziwą twarz. Od tego momentu rozpoczyna się oficjalne panowanie Antychrysta. Choć koniec końców dobro zwycięża, zło i jego poplecznicy zostają wrzuceni w morze ognia, a na ziemię zstępuje Mesjasz w pełni swojej boskiej chwały.

Fabularnie rzeczywiście wygląda to średnio zachęcająco, jednak trzeba przyznać, że Sołowjowowi udało się uchwycić kilka spraw odnoszących się do naszych czasów nadzwyczaj celnie. Przede wszystkim dobrze pokazał duchową erozję i wynikającą z procesów cywilizacyjnych niemożność kultywowania wiary w jej tradycyjnej postaci. U Sołowjowa, podobnie jak w rzeczywistości, zastąpił ją pozbawiony nadprzyrodzonego zakorzenienia substytut religii pod postacią humanizmu i podniesionej do bałwochwalczej rangi dobroczynności – czy raczej, jak ja to nazywam, dobroludzizmu, który ma nam dać namiastkę świętości zredukowanej do dobrego samopoczucia.

W tę pustkę wchodzi Antychryst, który początkowo jest zupełnie szczerze przekonany o swojej dobroci. Co więc poszło nie tak? Ano, odpowiada Sołowjow, jedna drobna rzecz – otóż pod całą tą dobrocią kryło się bezgraniczne uwielbienie samego siebie. Na myśl, że musiałby uznać kogoś wyższego – a zwłaszcza Chrystusa – budzi sie w nim furiacki gniew. Można wręcz posunąć się do psychologizującego nieco sprawę stwierdzenia, że wykształcił w sobie coś w rodzaju podszytej głębokim kompleksem aberracji na punkcie Chrystusa i że to ona stanowi główny motor wszelkich jego działań.

Bardzo sprytnie wykorzystuje to szatan w scenie namaszczenia, mówiąc, że on, w przeciwieństwie do Boga, od swego syna nie wymaga niczego i kocha go takim, jakim jest. Czyli w domyśle: Bóg jest zły, bo śmie stawiać nam ograniczenia, a zarazem wymagać rzeczy zbyt trudnych. Diabeł przeciwnie: akceptuje nas i pozwala nam się samorealizować, jak tylko uznamy za stosowne – nawet być dobroczyńcami ludzkości. Problem tylko w tym, że na egoizmie można zbudować co najwyżej szermującą szlachetnymi hasłami dyktaturę, co zresztą się dzieje.

Sołowjow bardzo trafnie pokazuje też, dlaczego ludzie tak łatwo się na tę dyktaturę zgodzili. Otóż dlatego, że imperator dał im dokładnie to samo, co jemu wcześniej ofiarował szatan: iluzję, że nic nie muszą, że są akceptowani i kochani bez względu na to, jakie życie prowadzą. Znamienne, że tuż po zjednoczeniu wszystkich religii Antychryst – za pośrednictwem mianowanego przez siebie „papieża” Apoloniusza – odpuszcza ludzkości absolutnie wszystkie grzechy, te minione i te przyszłe. Od tej pory na świecie ma być tylko jedno przestępstwo: brak uznania dla poczynań imperatora.

Nie chcę, w przeciwieństwie do wielu zachwyconych tą książeczką konserwatywnych komentatorów, ulegać pokusie brnięcia w doraźne konteksty, ale na pewno muszę przyznać, że trafnie pokazuje ona niebezpieczeństwa związane ze zbyt łatwym odrzuceniem wartości. Uświadamia bowiem, że jego rezultatem wcale nie jest ubóstwiana dziś wolność. A nie jest, bo w powstałą po obalonym porządku próżnię prędzej czy później ktoś zechce wprowadzić inny ład. A zrobi to prawdopodobnie, stosując mieszankę pochlebstw i, jeśli zajdzie taka konieczność, przemocy.

Fakt, że Sołowjow pisał o tym sto dwadzieścia lat temu, może w równej mierze dowodzić jego przenikliwości, jak też i tego, że problemy, które porusza, wbrew pozorom wcale nie są takie nowe i właściwe tylko naszym czasom. W końcu… podobno wszystko już było, a świat to jedna wielka powtórka. Zatem na baczności też trzeba się mieć zawsze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s