Opowiadanie: Ze świąt dzieciństwa

Niedawno zdałem sobie sprawę, że w tym roku przyporządkowanie dat do poszczególnych dni tygodnia jest dokładnie takie samo jak w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym. Uświadomiła mi to rocznica stanu wojennego, która wypada w niedzielę. Wtedy trzynasty grudnia to również była niedziela. Miałem dwa lata, więc z oczywistych względów nie mogę pamiętać braku Teleranka ani pompatycznego przemówienia generała Jaruzelskiego, które go zastąpiło.

Nie pamiętam też tamtych świąt Bożego Narodzenia, choć z wielu opowieści – czy to rodzinnych, czy zasłyszanych gdzieś bądź przeczytanych – wiem, że były wyjątkowo ponure, wypełnione strachem i niepewnością tego, co się jeszcze może wydarzyć. W tych relacjach powtarza się natomiast jeden motyw – bliskość, niesamowita bliskość ludzi, którzy instynktownie lgnęli do siebie, znajdując w sobie oparcie i poczucie bezpieczeństwa w obliczu wywołującego ciarki wojska na ulicach i widma bliżej nieokreślonej zagłady.

Swego czasu zdarzyło mi się czytać sporo wypowiedzi socjologów, którzy twierdzili, że niepowtarzalne, charakterystyczne dla lat osiemdziesiątych więzi rodzinne i sąsiedzkie – te wszystkie wspominane przez wielu ludzi z mojego pokolenia z tak ogromną nostalgią otwarte drzwi, pożyczanie cukru, wspólne sylwestry itp. – to właśnie efekt uboczny stanu wojennego i całej szarej beznadziei powstałej po nim. Wydaje mi się to całkiem rozsądne i uzasadnione psychologicznie. Kiedy rzeczywistość staje się niepewna i groźna, odruchowo szukamy ciepła i towarzystwa u najbliższych.

Myślę o tym teraz, trzydzieści dziewięć lat później, słysząc przez drzwi, jak mieszkająca samotnie po śmierci męża sąsiadka rozmawia na klatce z gromadą wnucząt. W pewnej chwili któreś z rodziców, z którymi przyszły, mówi: Normalnie to byśmy weszli, ale… I to „ale” piecze mnie jak cios wymierzony otwartą dłonią w twarz. No tak, normalnie by weszli, nie mam co do tego cienia wątpliwości. Tylko sęk w tym, że nic już nie jest normalnie. I nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek będzie.

W tym momencie w mojej głowie otwiera się kolejna szufladka, a w niej cytat podchwycony gdzieś w internecie: „Dwaj politycy zniszczyli mi Boże Narodzenie – Wojciech Jaruzelski i…” W tym momencie pada nazwisko obecnego premiera, który w ramach walki z wielkim, złym wirusem z Chin ogłosił, że teraz w spotkaniach rodzinnych może uczestniczyć maksymalnie pięć osób, nie licząc tych, które na stałe ze sobą mieszkają.

Czuję, że zaczynam się niezdrowo rozpalać. Jak zresztą zawsze, gdy myślę o tym, co jest nam robione pod pretekstem walki z tak zwaną pandemią. Jak zawsze, kiedy w pełni dociera do mnie, że nawet jeśli wrócą jakieś pozory normalności, to powrotu do świata sprzed marca już nie będzie. Bo z tym jest jak z wojną – nigdy nie ma powrotu do stanu sprzed. I ta myśl napełnia mnie mieszaniną wściekłości i tak rozdzierającego smutku, że chce mi się wbijać zęby w ścianę.

Odczucie rozpaczy potęguje świadomość, że czekające nas za trzy tygodnie Boże Narodzenie będzie najgorszym w moim życiu – a do tego prawdopodobnie pierwszym z wielu takich. Czy tak samo sądzili ludzie w stanie wojennym? Czy moim udziałem staje się właśnie cząstka ich doświadczenia. Teraz nie ma czołgów na ulicach, ale z drugiej strony – wtedy nikt nie wyliczał, ile osób ma prawo się pojawić na wigilii. Naprawdę nie wiem, co gorsze.

Mogę tylko, w ramach odruchu obronnego, snuć wspomnienia. Tam żadne zakazy i nakazy nie mają dostępu. Tam żaden wymięty liczykrupa w szmatce na twarzy nie będzie mi wyznaczał limitu gości. Próbuję więc przypomnieć sobie tamte Boże Narodzenia. A do zwykłej melancholii spowodowanej tym, że większość ludzi, z którymmi je spędzałem, albo już nie żyje, albo wyszli z mojego życia, dołącza desperacja typowa dla człowieka nie zgadzającego się na świat wokół.

Boże Narodzenia z tamtych lat. Jakie właściwie były? W mojej pamięci zlały się w uśredniony obraz, syntezę zawierającą kilka powtarzających się zawsze elementów, wzbogaconych o jednostkowe epizody. Jak wtedy, gdy mama zadławiła się ością z karpia i od tamtej pory nie wzięła go do ust. Albo gdy robiłem eksperyment chemiczny w kuchni, podczas gdy dorośli oglądali w telewizji „Poszukiwaczy zaginionej arki”, a mnie buchnął w twarz płomień, który spalił mi brwi i grzywkę.

Albo te z osiemdziesiątego dziewiątego, kiedy dziadek oglądał w  „Dzienniku” relację z Rumunii, gdzie rozstrzelano Ceausescu, a ja szalałem na dywanie kosmicznym pojazdem na baterię produkcji radzieckiej. Tamtego roku dostałem też zasilany bateriami karabin – pięknie oksydowany i plujący światłem z umieszczonej w wylocie lufy czerwonej żarówki. Zresztą też ruski. Potem jeszcze przez kilka dni bawiłem się nim w egzekucję dyktatora, którego podziurawione kulami ciało zobaczyłem w świąteczny wieczór na ekranie naszej czarno-białej Unitry..

O, albo te z dziewięćdziesiątego pierwszego. Ostatnie spędzone z dziadkiem. Umarł niecały rok później. Pod choinkę dostałem chiński autobus – metalowy, pomalowany na czerwono. Strasznie głośno klekotał, kiedy się go rozpędziło. To był też ostatni raz, kiedy dostałem zabawkę. Potem zaczęła się epoka skarpet, których nie znosiłem, a następnie, w znacznej mierze dzięki mojej własnej interwencji, książek, które pootwierały nowe wszechświaty w moim mózgu i sprawiły, że sam zacząłem marzyć o pisarstwie.

Trochę to mimo wszystko infantylne. Prezenty, choinka, ludzie… A przecież powinno chodzić o Chrystusa. Dlaczego w moich wspomnieniach praktyczniie nie pojawia się wymiar religijny? Chyba po prostu dlatego, że byłem dzieckiem, więc odbierałem jedynie powierzchowną warstwę. Poza tym moja rodzina nigdy nie była jakoś wybitnie religijna. Ot, średnia krajowa. Nawet kolęd nigdy nie śpiewaliśmy. Najwyżej telewizyjna transmisja pasterki z Watykanu, którą śledziło się na pół śpiąco i głównie dlatego, że odprawiał ją nasz papież – wciąż młody, silny i z donośnym głosem, którym zawsze serdecznie pozdrawiał rodaków..

A zresztą, czy skupianie się na materialnej otoczce koniecznie musi być złe? W końcu to, co materialne – cały obszar tradycji, zwyczajów, owej mitycznej atmosfery – stanowi namacalny wyraz sacrum. A w ostatecznym rozrachunku i tak wszystko sprowadza się do ludzi – do bycia razem, do przeżywania wspólnie istoty świąt najlepiej, jak się potrafi. Tak uważam.

U nas świętowanie zaczynało się zazwyczaj w poprzedzającą Boże Narodzenie niedzielę. Po obiedzie, którego końca nie mogłem się doczekać, mama z ciocią wyjmowały z wersalki pod oknem w dużym pokoju wielką sztuczną choinkę zapakowaną w zakurzoną folię. Prawdziwej nie mieliśmy nigdy – przynajmniej za moich czasów, bo wcześniej ponoć tak. Z prawdziwą, jak wyjaśniła mi babcia, kiedy raz ją o to spytałem, to tylko kłopot, bo sypią się igły i szybko usycha.

Wujek, który każdą wolną chwilę spędzał z kumplami w pobliskiej knajpie, w pośpiechu, niezadowolony, że zawraca mu się gitarę, montował na dywanie trójnogi stojak i mocował w nim choinkę. Najpierw szeroka dolna połowa, na niej górna, zwężająca się ku szczytowi.

Kiedy teraz przypominam sobie tamto drzewko, nie mogę się nadziwić, jak, obiektywnie patrząc, było brzydkie i łyse. W porównaniu z naprawdę pięknymi, gęstymi i soczyście zielonymi plastikowymi świerkami, jakie dzisiaj można dostać w każdym markecie, prezentowało się po prostu szkaradnie. Był to po prostu szkielet z drutów ledwo co pokryty paskami giętkiego tworzywa udającymi igły. Ale nam wystarczyła. Zresztą wszyscy sąsiedzi takie mieli.

Po wykonaniu swojej roboty wujek, najwyraźniej bojąc się, żeby przypadkiem nie zaangażowano go do czegoś więcej, wypryskiwał z domu. Tymczasem ciocia – to zawsze robiła akurat ona – wspinała się na taboret i z antresoli w przedpokoju wyjmowała ozdoby i lampki. Następnie wraz z mamą i babcią wyciągały je z pudełek, sprawdzały, czy któraś nie uległa uszkodzeniu, wiązały na nich pętelki z nitek i zawieszały na choince. Sprawdzały też, czy palą się wszystkie lampki.

Kompletów lampek mieliśmy dwa. Zwykłe, udające świeczki z kolorowymi żaróweczkami imitującymi płomienie, oraz dokupione później „domki”. Tak je nazwaliśmy, bo nikt jakoś nie wpadł, że osłonki z szybkami, w których tkwiły żarówki, były stylizowane na staromodne gazowe latarnie. Według rodzinnych legend jeszcze przed moim urodzeniem zapalało się prawdziwe świeczki – pewnie na prawdziwej choince – ale któregoś roku omal nie spowodowały pożaru, więc zastąpili je elektrycznymi.

Z ozdób najbardziej fascynowały mnie długie, zawinięte w złoty celofan cukierki – te same od lat. Babcia zapewniała mnie, że lepiej ich nie jeść, bo są twarde jak kamień i trujące. Lubiłem też anielski włos i takie śmieszne srebrne ustrojstwa z wąsami. Do bombek wolałem się nie dotykać. Były zbyt kruche. Do moich stałych obowiązków należało zatykanie czuba. A ponieważ szybko rosłem, każdego roku przychodziło mi to coraz łatwiej.

Gdy choinka była już w pełni wystrojona, do wykonania zostawała najtrudniejsza operacja – przeniesienie jej na stół. A mimo iż było to ryzykowne, nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek stłukła się jakaś bombka. Na koniec pozostawała prezentacja przy zgaszonym świetle. Zawsze robiło to na mnie niesamowite wrażenie. Odbicia kolorowych ogników skrzyły się w ozdobach i kryształach w regale, a także lśniły na jego polerowanych drzwiczkach. Jeśli o mnie szło, święta można było uznać za rozpoczęte.

Tuż przed wigilią ze wsi przyjeżdżała babcia staruszka, czyli mama babci, która po zdaniu gospodarki na państwo bywała u nas o wiele częściej niż przedtem. Zostawała zwykle przez większość zimy, a przynajmniej do czasu, aż puściły największe mrozy. Jej przyjazd był równie nieomylnym jak ubieranie choinki znakiem, że okres świąteczny w pełni. Brakowało jeszcze tylko karpia, na którego trzeba było poczekać.

Babcia przywoziła go dzień przed wigilią. Nalewała do wanny zimnej wody i wpuszczała go do niej, żeby mógł popływać przez noc i kawałek następnego dnia, kiedy zabierał sie za niego wujek. Szkoda mi go było. Tak dostojnie wędrował sobie w tę i z powrotem, poruszając płetwami, wydymając skrzela i cmokając pyszczkiem.

W wigilijny poranek budziłem się wcześnie. W mojej świadomości był on już pierwszym dniem właściwych świąt i dość długo trudno było mi sobie to przestawić. Nawet kiedy już racjonalna część mojego umysłu wiedziała, że Boże Narodzenie zaczyna się dopiero o północy, ta druga, sterowana przez emocje, uparcie trzymała się swojego.

Ubierałem się, zjadałem szybkie śniadanie i biegłem do sąsiadów na pierwszym piętrze. Mieli sparaliżowaną, przykutą do wózka inwalidzkiego córkę, która w wigilię obchodziła imieniny. Składałem jej życzenia i wręczałem drobny prezent – najczęściej rysunek. Na mnie też zazwyczaj coś czekało – coś, co, jak mi mówili, zostawił u nich święty Mikołaj, który zawsze wiedział, że rano do nich przyjdę. Właśnie ten ruski karabin, którym rozwalałem Ceausescu, miałem od nich… to znaczy od Mikołaja, który wstąpił do nich poprzedniej nocy.

Potem zaczynało się wielkie wyczekiwanie na wieczór, wypełnione krzątaniną dorosłych oraz gęste od zapachu kapusty i barszczu z kuchni. Ja i dziadek, nie chcąc przeszkadzać, zaszywaliśmy się w małym pokoju i oglądaliśmy telewizję. Dziadek czekał, aż karp zostanie wyjęty z wanny, żeby móc się wreszcie wykąpać. W domu robił to tylko przy okazji świąt, bo zazwyczaj brał prysznic w swojej pakamerze na bazie skupu żywca za torami, gdzie pracował jako nocny dozorca.

Z karpiem czekaliśmy na powrót wujka. W wigilię jego ukochana knajpa była zamknięta, więc nie bardzo miał się jak wymigać od nałożonego nań przez rodzinną tradycję obowiązku. Do tej pory lokator wanny na ogół już ledwo zipał w nachlorowanej wodzie i wystarczyło lekko trzepnąć go trzonkiem od noża lub tłuczkiem do kotletów, by definitywnie zakończyć jego cierpienia budzące dziś tyle kontrowersji u wszystkich wydelikaconych wrażliwców, dla których życie zwierząt przedstawia większą wartość niż życie ludzkich dzieci w łonach matek. Następnie wujek wprawnie go rozkrawał, patroszył z wnętrzności, porcjował i obtaczał w panierce.

A kiedy karp skwierczał już na patelni, wzbogacając zapachowy bukiet o mój najbardziej ulubiony ton, mama z ciocią rozkładały i nakrywały białym obrusem stół w małym pokoju. Pod obrus kładły sianko, które przywoziła ze wsi babcia staruszka. W tym czasie pozostali domownicy też się kąpali i wkładali odświętne ubrania. Gdy teraz odtwarzam to z pamięci, nie mogę się nadziwić, jakim cudem zawsze udawało się to wszystko jakoś w miarę sprawnie skoordynować.

I wreszcie, gdzieś koło osiemnastej, wieczerza wigilijna była gotowa. Żałowałem, że nie spożywamy jej w blasku choinki, ale za takim rozwiązaniem przemawiały względy praktyczne. W małym pokoju spał tylko dziadek, podczas gdy cała reszta gnieździła się w dużym, i gdybyśmy chcieli jeść tam, musielibyśmy na noc sprzątać stół, co byłoby raczej dość uciążliwe.

Przy dzieleniu się opłatkiem zawsze było mnóstwo zamieszania i przepychania w wąskich przestrzeniach między stołem, kredensem i dziadkową amerykanką. W dziedzinie składania życzeń nie było u nas mistrzów, toteż ograniczaliśmy się do konwencjonalnego „przede wszystkim zdrowia”. Nawiasem mówiąc, ja, choć od mniej więcej dwunastego roku życia uważałem się za o wiele bardziej uduchowionego i wysublimowanego niż reszta mojej rodziny, też nie opanowałem tej sztuki. i zostało mi tak do dziś.

Po opłatku z ulgą, że rytuał mamy już za sobą, zasiadaliśmy do jedzenia. Nie rozmawiało się o niczym szczególnym – ot, zwykłe codzienne sprawy, te same, powtarzane po raz enty, anegdotki o znajomych czy ludziach z pracy, lakoniczne wyrazy uznania, że cytrusy w tym roku wyjątkowo soczyste i nawet ładny schab się trafił. Jedynym tematem, jaki nie pojawił się chyba nigdy, była polityka. Ona po prostu nie istniała.

Gdy zaczynało robić się nudno, wujek przebąkiwał, że może by po kielichu, ale babcia szybko go gasiła. I tak schodziło gdzieś do dwódziestej pierwszej, kiedy wszyscy po kolei zaczynali ziewać, zaś wujek, zapalając kolejnego papierosa, ponownie podnosił kwestię przepłukania gardła czymś mocniejszym, w czym zawsze zyskiwał wsparcie dziadka i męża cioci – oczywiście gdy ten już się pojawił w rodzinie. Babcia znów odpowiadała, że kielicha to mogą sobie strzelić jutro do obiadu, a dziś niech posiedzą spokojnie.

Chwilę później kolacja się kończyła. Mama i ciocia brały się do zmywania, dziadek z wujkiem oglądali telewizję i palili, babcia staruszka szykowała się do pasterki, przerzucając stronice swojej podniszczonej książeczki do nabożeństwa, a ja zajmowałem się prezentami, które w międzyczasie pojawiły się pod choinką. I tak niepostrzeżenie przychodziło wpół do dwunastej, a babcia staruszka wkładała palto i chustkę.

Zazdrościłem jej wyjść na prawdziwą, a nie tylko telewizyjną pasterkę. Nawet jeśli ta prawdziwa nie była tak uroczysta. Niby wiedziałem, że w świętach tak naprawdę chodzi o Boga, a nie o karpia, choinkę, opłatek i chińskie autobusy, ponieważ jednak w mojej rodzinie do kościoła chodziło się rzadko – głównie przy okazji ślubów i chrzcin – było to dla mnie trochę abstrakcyjne. Ten nadprzyrodzony, najgłębszy wymiar Bożego Narodzenia, który nawet na poziomie czysto semantycznym też nie do końca do mnie docierał, namacalnie reprezentowała właśnie babcia staruszka. Kilka razy chciałem z nią iść, a ona była nawet chętna mnie zabrać, jednak zawsze na przeszkodzie stawało moje kiepskie samopoczucie.

Miałem szczęście, jeśli akurat nie dopadło mnie przeziębienie. Do piętnastego roku życia byłem dosyć chorowity i w święta na ogół miałem przynajmniej lekki stan podgorączkowy i katar, a w najgorszym wypadku rozkładało mnie tak, że w Boże Narodzenie musiałem większość dnia spędzać w łóżku, i pozwalano mi wstawać tylko na popołudniowy film. Objawy infekcji zazwyczaj pojawiały się właśnie po kolacji i dojrzewały w ciągu nocy. Na palcach jednej ręki mogę policzyć lata, kiedy zostało mi to całkowicie oszczędzone.

Tak czy owak, niezależnie czy rozkładało mnie doszczętnie, czy też warunkiem do opuszczenia łóżka był jedynie ciepły sweter i szalik, budziłem się, gdy dorośli siedzieli już przy uroczystym świątecznym śniadaniu. Na stole pojawiał się wówczas półmisek z wędlinami i słodycze, a zwłaszcza ubóstwiane przeze mnie ptasie mleczko, które jeszcze bardzo długo po tym, jak spowszedniało, kojarzyło mi się z Bożym Narodzeniem.

Śniadanie płynnie przechodziło w obiad. Na stół, zza którego nikt od rana się nie ruszał, wjeżdżały kotlety, pieczony schab, ciasto i – ku uciesze wujka, a później także męża cioci – coś mocniejszego. Mama wyjmowała z szuflady w kuchennej szafce karty i średnie pokolenie, pokrzepione kielichem, przez kolejną godzinę lub dwie rżnęło w tysiąca. Wtedy też zazwyczaj ktoś wpadał z wizytą i życzeniami świąteczno-noworocznymi. Prawie zawsze był to brat babci, którą złościło, że przychodzi pod gazem, a na domiar złego chętnie przyłącza się do biesiady przy kartach.

Ja, o ile nie byłem zmuszony wrócić do łóżka, popatrywałem na telewizor lub bawiłem się moimi prezentami. Mikołaj, który do mnie przychodził, miał wyraźne ukierunkowanie ideologiczne, bo wszystkie przynoszone przez niego zabawki pochodziły albo od naszego wielkiego przyjaciela ze wschodu, albo z Chińskiej Republiki Ludowej. Najlepiej wspominam dzwonkowe pianinko z kolorowymi żabkami, które po naciśnięciu odpowiedniego klawisza otwierały buźki, i rybki na dużym, napędzanym silniczkiem kole, które obracało się, podczas gdy ty musiałeś utrafić plastikową wędką w kłapiące pyszczki, by móc je złowić.

Owym Mikołajem była oczywiście babcia, która jako wieloletnia sklepowa zza żółtych firanek, mająca chody u przedstawicieli lokalnej nomenklatury, potrafiła naprawdę sporo załatwić. I nie chodziło wyłącznie o zabawki. Nawiasem mówiąc, pamiętam, jak któregoś roku, właśnie w okolicach świąt, czy może wręcz w same święta, umarł jakiś ważny prezes, z którym wyjątkowo dobrze się znała. Wtedy chyba pierwszy raz widziałem, jak płacze, co było dla mnie autentycznym szokiem.

W drugi dzień świąt wszystko się powtarzało, tyle że było już wymęczone i przesycone samym sobą. Wszyscy odczuwali znużenie tym siedzeniem, graniem w karty, rozmowami ciągle o tym samym i sprawdzaniem, co jeszcze puszczą w telewizji. I o ile nie trafił się jakiś wyjazd do dalszych krewnych – na przykład na chrzciny, co, jeżeli pamięć mnie nie zawodzi, zdarzyło się przynajmniej raz – cały tak pieczołowicie wyczekiwany nastrój stopniowo zapadał się pod własnym ciężarem.

A jednak zawsze z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnych świąt – myślę teraz, powracając do teraźniejszości. Wyczekiwałem ich nawet wtedy, gdy jako nastolatek przeżywałem okres buntu, że u nas nie jest tak, jak u tych wszystkich rozkolędowanych i bez przerwy opowiadających o swoich dwunastu potrawach góralskich rodzin z telewizji. Wyczekiwałem, bo zawsze gdzieś podskórnie wierzyłem, że tym razem coś się zadzieje, że przyjdzie słynna magia świąt. I w jakimś sensie przychodziła, choć dostrzegam ją dopiero z perspektywy czasu.

Bóg rzeczywiście się rodził, a moc truchlała. Działo się to w tych wszystkich drobnych, na pozór banalnych i powtarzanych rutynowo gestach. I w ogólnym, nie do końca uchwytnym słowami poczuciu, że jest dobrze. Tak właśnie myślę dziś, kiedy tamten świat coraz bardziej oddala się w krainę cieni, a rzeczywistość powoli, dzień po dniu, z nieubłaganą konsekwencją bezdusznego urzędnika odziera nas z resztek tego, czym byliśmy jeszcze rok temu.

Z drugiej strony Bóg podobno naprawdę i najpełniej przychodzi, kiedy utracimy już wszystko, co zakotwiczało nas w doczesności, kiedy zostajemy wyłuskani ze złudzeń i wyobrażeń jak banany ze skórki. W najbliższym czasie będę chyba miał mnóstwo okazji, by się przekonać, czy rzeczywiście tak jest.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s