Jak to jest wyspowiadać się po latach?

Zgodnie z różewiczowską zasadą, że słoneczniki najlepiej opisać w grudniu, maki w listopadzie, a chleb głodem, zacznę może od tego, jak z pewnością nie jest. Muszę bowiem was rozczarować, jeśli spodziewaliście się opowieści o nagłej przemianie serca, otwarciu oczu niczym u Szawła czy przenikającym duszę do głębi świetle. Nie przeczę, że niektórym się to przytrafia, ale mnie się nie zdarzyło. Po spowiedzi wróciłem do domu mniej więcej taki sam, jaki byłem, opuszczając go. Spowiedź to nie magiczny obrzęd.

Ale zacznijmy od początku. Ostatni raz spowiadałem się prawie trzynaście lat temu. To był maj – miesiąc maryjny, więc jako pokutę dostałem odmawianie do jego końca Litanii Loretańskiej. Do sprawy podszedłem metodycznie. Wyrwałem kartkę z kalendarza i codziennie odhaczałem ptaszkiem kolejne dokonane recytacje. Kiedy doszedłem do połowy, nagle poczułem, że to wszystko jest kompletnie bez sensu. Nie tylko całe to klepanie, ale w ogóle wierzenie, trwanie w tych przynoszących mi coraz więcej udręk przekonaniach i nie dających żadnej korzyści praktykach.

No więc sobie odpuściłem. Ot tak, po prostu. W jednej chwili przeciąłem wszystkie nitki łączące mnie z Bogiem, Kościołem i katolicką duchowością. A muszę tu nadmienić, że kiedyś wszystko to było mi na tyle bliskie, że nawet dosyć poważnie rozważałem wstąpienie do zakonu lub, gdyby to nie wypaliło – a mogło ze względu na moją wadę wzroku – szczególne poświęcenie się Bogu w inny sposób. Religia zresztą zawsze była silnie obecna w moim życiu, ale to temat na inną okazję.

I oto nagle to wszystko odrzuciłem. Nie jakoś radykalnie. Nie krzyczałem, nie dokonałem apostazji, nie stałem się zapiekłym antyklerykałem ani walczącym ateistą. Po prostu… zostawiłem to, zaczęły mi się podobać inne piosenki. Oczywiście nie wydarzyło się to w próżni. Powody jak najbardziej miałem, są jednak zbyt osobiste, by je publicznie ujawniać. Tak czy inaczej z chwilą, gdy się od całego tego balastu uwolniłem, poczułem niesamowitą ulgę, lekkość, wręcz euforię. Od tej pory sam sobie byłem i tak było w porządku.

Ta nieważkość trwała coś około trzech lat. Potem zacząłem się uaktywniać politycznie, kierując się jednoznacznie na prawo. Dlaczego akurat w tym kierunku, to też nie temat na ten wpis. A że żaden porządny polski prawicowiec, konserwatysta czy jak to jeszcze zwać bez przyznawania się do chrześcijaństwa na dłuższą metę obejść się nie może – nawet jeśli sam nie wierzy – to i ja zgłosiłem akces do krzyża. A z czasem zacząłem znowu chodzić do kościoła.

Maksymalnie tutaj upraszczam i skracam, lecz w pewnym momencie po prostu zrozumiałem, że tak się dłużej nie da. Nie istnieje nic takiego jak katolicyzm kulturowy ani wartości tradycyjne. Można do pewnych kwestii dojść na drodze logiki, tylko że bez wiary nie ma to najmniejszego sensu – staje się jeszcze jedną ideologią, pałą na przeciwnika w fejsbukowej dyskusji i taranem do przepychania swoich racji przeciw racjom tamtych. Wiara daje fundament i najgłębsze uzasadnienie dla dokonywanych wyborów. A poza wszystkim innym… cóż, najzwyczajniej w świecie tęskniłem za nią.

I od razu uprzedzam ewentualne zarzuty. Nie, nie potrzebowałem wiary do uzasadnienia moich poglądów politycznych. Tak naprawdę jej prawdziwy głód poczułem dopiero wówczas, gdy opadł ze mnie największy radykalizm. Nie, nie sądzę, że Bóg jest prawicowcem, choć jak najbardziej uważam, że ludziom o tej orientacji jest o wiele łatwiej zaakceptować zarówno Jego istnienie, jak i Jego plan wobec nas. I wreszcie nie, nie próbowałem jej rozbudzenia w sobie za wszelką cenę sprowokować. Wiara to nie pizza, którą można sobie zamówić, kiedy nagle zaczyna cię ssać.

Można odczuwać jej pragnienie, można jej też aktywnie szukać, to jednak nie daje automatycznej gwarancji sukcesu. Dla mnie punkt przełomowy stanowiła pielgrzymka do Lourdes trzy lata temu. Choć też nie stało się to od razu. W pewnym momencie zacząłem nawet wątpić, czy w ogóle kiedykolwiek coś z tego będzie, i w jakiś sposób pogodziłem się z opcją, że nie. Ale Bóg jak zwykle załatwił to po swojemu.

No i po tym przydługim wstępie pora odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie. Chociaż nie! Muszę jeszcze wspomnieć o kilku obawach, które dręczyły mnie w związku z decyzją o spowiedzi. A były głównie dwie – na pozór całkowicie przeciwstawne. Z jednej strony bałem się, że nic się we mnie nie zmieni i że stanie się to źródłem rozczarowania, a może nawet i frustracji. Z drugiej trochę przerażała mnie wizja przemiany totalnej – tego, że być może zadziała jakaś psychologiczno-duchowa dźwignia i w jednej chwili puszczą wszystkie lody, a ja, jakbym tylko na to czekał, przeobrażę się w nawiedzonego neofitę.

A jak było w rzeczywistości? Teraz, z perspektywy już nieomal tygodnia, mogę z niejaką dozą ostrożności powiedzieć, że każdy z tych scenariuszy spełnił się po trochu. Tak jak napisałem na początku, nie stałem się nagle kimś innym. Stary człowiek tak łatwo nie obumiera. Przez te lata wyhodowałem w sobie ogromny kamień i otaczające go złogi oschłości, które nie znikną z dnia na dzień. Wciąż jestem po dawnemu leniwy, gnuśny, wciąż byle co mnie irytuje. Teraz jednak zaprosiłem w to lodowate pobojowisko Chrystusa, zaufałem Mu.

Uwierzyłem, że z Jego pomocą dam radę je posprzątać i może z czasem stanę się odrobinę lepszy, łagodniejszy, bardziej zdolny do widzenia świata dalej niż czubek własnego nosa. Dzięki Niemu bardziej chce mi się chcieć. On z chwilą, gdy najpierw wyznałem Mu swoje grzechy, a później przyjąłem Go w komunii, sprawił, że zrobiłem pierwszy mały krok na długiej drodze, na której czeka mnie jeszcze wiele wybojów i – niewykluczone – upadków.

A choć w neofitę rzeczywiście się nie przeistoczyłem, to jednak – jak świadczą choćby powyższe zdania – z mojego języka i głowy została zdjęta pewna blokada. Mimo iż za osobę wierzącą uważam się od czasów Lourdes, miałem wiele zahamowań w mówieniu o tym. Co wydaje mi się o tyle zabawne, że – jak stwierdziła niedawno pewna znajoma – w tym, co pisałem, zawsze było sporo religii – jak dla niej nawet trochę za dużo. Owszem, było – było, bo tak naprawdę zawsze czułem, że jedynie w tym obszarze to, co robię, ma jakikolwiek sens, ale brakowało temu zakorzenienia.

Bez owego zakorzenienia moje słowa nie miały odpowiedniej mocy, a ja sam, choć już przeszedłem drogę od zobojętnienia do wiary, czułem się jak statysta. Wiecie, jak jeden z tego tłumu, który podążał za Jezusem i być może nawet Go podziwiał, ale nie miał odwagi wejść z Nim w jakąś głębszą relację i wyciągnąć z tego konsekwencji dla własnego życia. To pozycja bardzo wygodna, bo nie wymaga zbyt daleko idącego zaangażowania. Tylko że na dłuższą metę, postępując w ten sposób, czułem się wybrakowany. Teraz to zniknęło.

Pół żartem, pół serio nazywam to odnowieniem certyfikatu, który daje prawo do wypowiadania się o Bogu. I bynajmniej nie mam na myśli jedynie pisarstwa. To coś głęboko we mnie – coś, co mówi mi, że już mogę. Co uświadamia, że pewien obraz świata, sposób czucia go, a nawet wynikający z tego styl bycia i ekspresji od zawsze we mnie tkwił i był mi właściwy, tyle tylko że na skutek odejścia od jego źródła uległ zamrożeniu, chwilowo utraciłem do niego dostęp. Wiem, że nieco to zawiłe, ale trafniej nie umiem tego oddać.

Mogę to w jakiejś mierze porównać do fabryki, w której działały różne urządzenia, lecz ważny segment, bez którego cały proces wytwórczy traci swoją ciągłość, pozostawał wyłączony. A dzięki ponownemu wejściu w życie sakramentalne byłem w stanie wreszcie go uruchomić. Dla mnie to powrót do stanu ducha oraz stawianych sobie celów sprzed lat – z czasów, gdy to, że będę zajmował się religijnymi sprawami, było dla mnie najzupełniej oczywiste. No, może nie powrót – raczej jego początek.

To, o czym napisałem tu powyżej, to oczywiście nie są kwestie najważniejsze. Te naprawdę kluczowe, dotykające najskrytszych zakamarków mojego wnętrza, są zbyt osobiste, żeby opowiadać o nich publicznie. Wspominam tu jedynie o tych, o których raz że mogę mówić, a dwa – mają bezpośredni wpływ na moją działalność. A w ostatecznym rozrachunku wszystko i tak sprowadza się do ulgi, jaką poczułem z chwilą, kiedy grzechy zostały mi odpuszczone, i – co tu kryć – radości, że znowu mogę się nazywać pełnoprawnym katolikiem.

To dopiero początek i przede mną wiele pracy. Pracy, która w każdej chwili może się obrócić w niwecz, jeśli znów dopuszczę do takiej sytuacji, w jakiej znajdowałem się przez ostatnich trzynaście lat. Wydaje mi się to raczej mało prawdopodobne, bo przekonałem się, ile to kosztuje, ale… znam też swoje słabsze strony i wiem, co może z nich wyniknąć. Póki co uchwyciłem się rąbka boskiej szaty i robię, co mogę, żeby nie dać się oderwać. Na szczęście mam w tym wsparcie właściciela szaty.

2 myśli na temat “Jak to jest wyspowiadać się po latach?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s