Obowiązki na nową dekadę

Okazja, by nakreślić sobie tak długofalowy program działania, trafia się jedynie co dziesięć lat, więc grzechem byłoby nie skorzystać. Tym bardziej że nigdy wcześniej tego nie robiłem. Trochę dlatego, że nie widziałem potrzeby, a trochę ze względu na różne egzystencjalne i duchowe perturbacje, które pokazały mi, jak bardzo nietrwały jestem we wszelkich postanowieniach i dalekosiężnych projektach.

Dwadzieścia lat temu wkraczałem w dorosłość. I kiedy teraz oglądam się wstecz, widzę bardzo wyraźnie, że w pewnym sensie zatoczyłem pełne koło i powróciłem do punktu, z którego wtedy wystartowałem. Oczywiście nie we wszystkich aspektach, ale w jednym na pewno. W takim mianowicie, że znów postrzegam to, co robię – czyli układanie słów – w kategoriach powinności wobec świata i ludzi. W moim wypadku nie wynikało to z tak zwanego etosu inteligenckiego. Za inteligenta w potocznym rozumieniu nigdy się nie uważałem. U mnie tym najpierwotniejszym impulsem była wiara.

Gdy w końcówce poprzedniej dekady się od niej odciąłem, wpadłem w dość chaotyczny i w dużej mierze bezwładny dryf. Pisać nie zaprzestałem nigdy, zabrakło mi w tym jednak rdzenia, jakiejś substancji spajającej, dzięki której wiedziałbym, po co w te literki klepię. Wcześniej – zwłaszcza w wyjątkowo intensywnym pod tym względem okresie dwa tysiące jeden do dwa tysiące trzy – był nią Bóg i przekonanie, że cokolwiek robię, robię na Jego chwałę i w celu przybliżenia Jego Królestwa.

Potem też kilka razy próbowałem wskrzesić w sobie to myślenie już bez Niego. Bawiłem się trochę w publicystykę. Wydawało mi się, że walczę o jakieś wartości wyższe, zasady. Ale szybko się wypaliłem. Podobnie zresztą działo się we wszystkim, czego się chwytałem, zmieniając kierunki średnio co dwa, trzy miesiące i za każdym razem wierząc, że tym razem to już na bank to. Gdzieś po drodze pojawiła się nawet religia, choć nie tyle jako wyraz osobistych dążeń i pragnień, a bardziej jako koncept, w który – jak sądziłem – warto inwestować z… no, powiedzmy, że z różnych względów.

Okresy zaangażowania przeplatały się więc we mnie z okresami silnego eskapizmu, gdy uciekałem w kulturę. A działo się tak, bo te różne ścieżki, między którymi przeskakiwałem, biegły jakby osobno. Na dobrą sprawę nie istniało nic, co by je łączyło. W gruncie rzeczy zawsze wiedziałem, że tak jest oraz dlaczego tak jest. Nie potrafiłem jednak, z różnych względów, zdobyć się na wykonanie kroku, który by ten stan zażegnał. A krokiem tym był oczywiście powrót do wiary, na co wreszcie zdobyłem się w mijającym roku, tym samym zamykając cykl.

Teraz więc, jeśli już mam mówić o obowiązkach, które zamierzam sobie zadawać na rozpoczynającą się w piątek trzecią dekadę dwudziestego pierwszego wieku, to tak naprawdę byłby nim jeden: utrzymać to. Utrzymać i rozwinąć. Za wszelką cenę nie dać się wyrzucić ze świątyni – czy to przez własne słabości, których jestem świadom aż nadto, czy przez jakieś czynniki zewnętrzne. I dotyczy to, rzecz jasna, zarówno sfery najściślej prywatnej, o której się nie rozpowiada, jak i publicznej.

Znów chcę pisać z przeświadczeniem, że za cokolwiek się biorę, robię to przez wzgląd na Boga i służąc Mu jako dalekie może od ideału, ale zawsze gotowe do użycia narzędzie. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale jest dość proste. Po prostu chcę, żeby to, co piszę lub mówię, było po coś, żeby moje słowa naprawdę ważyły. To bodaj Chesterton stwierdził, że jedynymi tematami, którymi warto się zajmować, jest Bóg i polityka. Właściwie… zgadzam się z nim. Oczywiście biorąc poprawkę na szerokie pole znaczeniowe obu tych pojęć.

Bo ta refleksja Chestertona w gruncie rzeczy odwołuje się do poczucia odpowiedzialności za siebie i innych, które wiąże się nierozerwalnie z wiarą. Jeśli wierzysz, nie możesz pozostawać obojętny. A jeśli masz jakąkolwiek możliwość, żeby w tym duchu działać, rób to. Tak to postrzegam i w tym kierunku chciałbym podążać przez najbliższe lata. Albo inaczej – nie ja, lecz Bóg, który, mam nadzieję, działa we mnie.

I nie ukrywam, że piszę to też trochę w kontekście czekających nas wyzwań, których naturę bardzo wyraźnie odsłonił kończący się właśnie rok. Rok wbrew pozorom nie aż tak wyjątkowy, jak wielu chciałoby sądzić. Wyjątkową i spektakularną może miał oprawę – tu zgoda – jednak wszystko, co się w nim wydarzyło, stanowiło jedynie spiętrzoną i zagęszczoną kulminację mnóstwa cywilizacyjnych, duchowych oraz kulturowych procesów, które rozwijały się od dawna.

O nich samych napiszę więcej następnym razem. Teraz poprzestanę na tym, że rok 2020 rzeczywiście wypada uznać za swego rodzaju cezurę. Zabrzmi to jak wyświechtany publicystyczny banał, ale świat, który wyłoni się z jego mroków, naprawdę będzie zupełnie inny niż ten istniejący jeszcze dziesięć miesięcy temu. Możemy się na to zżymać, oburzać – ja też to robię – ale tak wyglądają fakty. I my, chcąc czy nie, musimy się wobec nich ustosunkować. Ja bardzo nie chcę – proszę mi wierzyć.

Stanie z boku to niestety luksus, na który mało kto będzie mógł sobie pozwolić. O ile w ogóle ktokolwiek. W bliskich mi kręgach konserwatywno-katolickich często się powtarza, że obecne czasy wymagają jasnego opowiedzenia się. To też brzmi jak banał, ale – jak większość banałów – jest prawdziwe. Ja wiem, po której stronie chcę być. Trzymanie się jej to kolejne zadanie, które mnie czeka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s