Co pokazał miniony rok

Na początek muszę się przyznać, że przystępując do pisania niniejszego tekstu, czuję pewną schadenfreude. Większość z tego, co pokazał miniony rok – mam tu oczywiście na myśli całą sytuację okołowirusową, choć nie tylko, o czym poniżej – stała się dla mnie jasna już wiosną. W kwietniu, najdalej w maju. Kolejne miesiące utwierdzały mnie w moich przeczuciach. Nie, nie wypinam piersi do orderu. Tak naprawdę zapłaciłem za to wszystko wysoką emocjonalną cenę. Poza tym to nie wymagało jakiejś wielkiej przenikliwości. Wystarczyło nie ulec panice i skorzystać z elementarnego kojarzenia faktów.

Zakończony właśnie rok nie był aż tak wyjątkowy, jak się wszędzie sufluje. Owszem, miał dość szczególną, wyjętą jakby wprost z mrocznych dystopii oprawę, jednak zjawiska, które się w niej zamanifestowały, dojrzewały od dawna. W zeszłym roku po prostu osiągnęły masę krytyczną, ujawniły się w całej swojej pełni. No, może nie całej, bo z tego przesilenia wyłoni się niestety nowa rzeczywistość, obfitująca w procesy, o jakich nam się nie śniło – dokładnie tak jak dwanaście miesięcy temu nawet w najbardziej szalonych wyobrażeniach nie mogliśmy przypuszczać, że dożyjemy czasów, w których normalne oddychanie zacznie być traktowane jak przestępstwo.

Witold Gadowski powiedział w swoim ostatnim Komentarzu Tygodnia, że dopiero w zeszłym roku rozpoczął się prawdziwy XXI wiek. Według niego zamachy z 11 września, które do tej pory wielu – w tym także ja – uważało za punkt graniczny, były jedynie początkiem zmierzchu poprzedniego stulecia i okresu przejściowego, w którym wykuwał się kształt nowej epoki, by teraz zacząć się konkretyzować. Ciekawa teza – warta rozważenia. Gadowski nazywa tę epokę finansowym feudalizmem. Nie będę się tu spierał o nomenklaturę. Póki co dla mnie to jest po prostu Wielkie Przetrącenie.

No dobrze, ale co takiego się właściwie stało? Ponieważ lubię metafory i symbole, pozwolę sobie z płynącego  przez media morza obrazów i słów wybrać dwa przykłady z ostatnich kilku dni. Pierwszym jest zalegalizowanie w Argentynie – było, nie było, ojczyźnie papieża Franciszka – aborcji do czternastego tygodnia ciąży. Drugim – wypowiedź naszego ministra zdrowia, że rząd jakoby rozważa ograniczenie osobom, które nie zdecydują się zaszczepić, dostępu do niektórych usług. A przypominam, że mówimy tu o szczepionce, która miała być w pełni dobrowolna. Jeśli to rzeczywiście prawda, byłoby to pogwałcenie co najmniej dwóch artykułów konstytucji – o równości wszystkich wobec prawa i braku przymusu poddawania się eksperymentom. I co? I nic.

Temat aborcji sam w sobie oczywiście nie jest nowy, lecz odczytywany w kontekście histerii wywołanej chińskim wirusem zyskuje całkiem odmienny wydźwięk. A to dlatego, że ubiegły rok upłynął pod znakiem redukowania człowieka do postaci stricte biologicznej. Człowiek ma znaczyć tyle, ile jego życiowe funkcje – przetaczanie krwi, oddychanie, wydalanie. Człowiek już nie musi spotykać się z innymi, chodzić do kościoła, zażywać kultury. Ma jedynie trwać, a raczej – to trafniejsze określenie – wegetować. Byle po drodze nie zapomniał płacić podatków i nabywać towarów do owej wegetacji niezbędnych.

Z kolei fakt, że urzędnik państwowy może sobie tak bezpretensjonalnie deptać podstawowe swobody, pokazuje, jak daleko zaszliśmy w odbieraniu obywatelom wolności. A my nie dość, że to akceptujemy, to jeszcze bijemy brawo i prosimy o więcej. I to jest też znamienny rys tej nowej epoki – prawa, które do niedawna wydawały się nam oczywiste, zagwarantowane i nie do ruszenia, od teraz staną się przywilejami dla wybranych lub tych, którzy się „dobrowolnie” dostosują.

Powtarzam się, ale trudno, napiszę to po raz kolejny: gdyby dokładnie ten sam wirus, o takiej samej zaraźliwości i śmiertelności, pojawił się jeszcze dekadę temu, reakcje na niego byłyby zupełnie inne. WHO oczywiście ogłosiłoby stan pandemii – dokładnie tak, jak zrobiło to przy świńskiej grypie – zostałyby wydane jakieś rekomendacje i ostrzeżenia, ale nie zamykano by ludzi w domach, nie nakazywano noszenia masek, nie rujnowano gospodarek lockdownami i nie bito rekordu Guinnessa w codziennym testowaniu, by co chwila udowadniać, jak straszny jest ten wirus i jak bardzo w związku z tym konieczne jest zamienianie świata w izolatorium. Jestem o tym przekonany jak o mało czym.

Tak samo jak jestem pewien, że zamiast na stręczeniu szczepionek, skupiono by się raczej na leczeniu wywołanej wirusem choroby. Być może rekomendowano by zwiększenie ochrony w grupach ryzyka, ale resztę społeczeństwa zostawiono by w spokoju. A uczyniono by tak, bo zachowanie podstawowych demokratycznych reguł byłoby absolutnym priorytetem. Co złego by nie mówić o zachodnich demokracjach, akurat ta kwestia jeszcze do niedawna była w nich fundamentalna, a nawet stanowiła swego rodzaju fetysz.

Na chińskie metody walki z wirusem patrzylibyśmy z mieszaniną politowania, grozy i ulgi, że jednak żyjemy w tym ciut lepszym świecie. Eksperci i publicyści pisaliby elaboraty o tym, jak wybuch pandemii po raz kolejny unaocznił tkwiący w tym reżimie totalitarny potencjał i jak my jesteśmy przed czymś takim zabezpieczeni, bo mamy prawa człowieka i demokratyczną kontrolę nad rządami, więc jeśli nawet któryś objawiłby podobne ciągoty, to opinia publiczna szybko przywołałaby go do porządku. Tak byłoby jeszcze dekadę temu. Dziś już nie. Bo dziś sami mentalnie przesunęliśmy się w kierunku Chin. I to jest właśnie najważniejsza zmiana.

Dlaczego tak się stało? Na ile była to świadoma, opracowywana od lat strategia, której wirus nieoczekiwanie pomógł się urzeczywistnić, a na ile efekt przypadkowych łańcuchów zdarzeń? Czy podstawową rolę w tym procesie odgrywają politycy, którym nadmiar władzy zaczyna uderzać do głów, czy też są już tylko wykonawcami agend wielkich korporacji, od koncernów farmaceutycznych, po platformy sprzedażowe, którym obecna sytuacja jest przecież wybitnie na rękę? Jak mieści się to w koncepcji Wielkiego Resetu, o której mówi się coraz głośniej, i to wcale nie w tonie spiskowym?

Te i wiele innych, podobnie niepokojących, pytań postawił przed nami zeszły rok. Pokazał też – co dla mnie jest szczególnie bolesne i trudne do przyjęcia – jak łatwo przebudować stosunki społeczne. Okazało się bowiem, że wystarczy kilka rozporządzeń plus zmasowana kampania medialna – rola mediów to zresztą odrębny temat – by w mijanym na ulicy człowieku zacząć widzieć przede wszystkim śmiertelne zagrożenie, bać się zwykłego kichnięcia, o podaniu ręki nie mówiąc, czy skakać sobie do oczu z powodu kawałka szmatki na twarzy.

W sylwestra wielu z nas życzyło sobie powrotu do wytęsknionej normalności. Nasi decydenci też coraz częściej o niej mówią, co mimo wszystko brzmi lepiej niż młotkowane do upadłego slogany o nowej normalności. Problem w tym, że są niewielkie szanse, by ta stara normalność powróciła. Po tak wielkich wydarzeniach nie ma prostego cofnięcia się do stanu sprzed nich. Coś zawsze zostaje. Zostaną pewne wprowadzane teraz rozwiązania, nie mówiąc o śladach w psychice czy zaburzeniach rozwojowych u dzieci skazanych na wielomiesięczne odcięcie od realnego kontaktu z kolegami i nauczycielami.

Skutki rozpętanego w zeszłym roku covidowego obłędu będziemy odchorowywali przez lata. O ile oczywiście w międzyczasie nie zostanie podniesiony nowy alarm. WHO już przebąkuje o groźbach kolejnych pandemii, najwyraźniej moszcząc grunt pod nowe odsłony sanitarnego terroru. A poza tym możni tego świata mogą dojść do wniosku, że jeszcze nie dość walczymy na przykład o środowisko naturalne – pod tym hasłem też można urządzić wielkie wzmożenie. Już wiadomo, że to da się dość łatwo zrobić. Nauczył nas tego miniony rok.

Jedna myśl na temat “Co pokazał miniony rok

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s