Co ja właściwie sądzę o Lutrze?

W pierwszą styczniową niedzielę minęła pięćsetna rocznica ekskomuniki Marcina Lutra. Ta data ma w sobie coś lekko perwersyjnego, jeśli zważyć na fakt, że w ten sam dzień Kościół katolicki obchodzi wspomnienie św. Genowefy, uznanej między innymi za patronkę dziewic. Stoi to w dość jaskrawym kontraście z życiem Lutra już po zrzuceniu augustiańskiego habitu i wywołaniu antypapieskiej rebelii. Nie sugeruję bynajmniej, że Leon X, podejmując decyzję o wykluczeniu Lutra z Kościoła, kierował się akurat tym kryterium, w związku z czym wybrał taki a nie inny dzień, niemniej owa korelacja wydała mi się dość znamienna.

Zwłaszcza że w jakiś sposób rezonuje ze słynnym, biblijnym z pochodzenia, porzekadłem „po owocach ich poznacie”, które zawsze przychodzi mi do głowy w kontekście Lutra i całej jego spuścizny. Kilka lat temu przeżyłem spory szok, dowiedziawszy się, że według badań jednego z amerykańskich instytutów na świecie istnieje coś około pięćdziesięciu  tysięcy denominacji chrześcijańskich, co ni mniej, ni więcej, oznacza, że na tyle właśnie sposobów odczytywane jest przesłanie Chrystusa. Na dodatek ciągle powstają nowe. Zdecydowana większość z nich ma korzenie w szeroko pojętym protestantyzmie, choć niekiedy potrafią radykalnie się różnić.

Odnajdziemy wśród nich nurty zarówno skrajnie konserwatywne, których przedstawiciele uznają każdy kontakt z wytworami cywilizacji powyżej połowy minionego wieku za grzech, jak i do absurdu progresywistyczne – choćby anglikanizm czy szwedzki luteranizm, które już zaakceptowały praktycznie wszystkie postulaty z tęczowo-feministycznej agendy i nagięły do nich swoje nauczanie. Obok odłamów mistycznych, charyzmatycznych czy apokaliptycznych funkcjonują te, w których ich teologowie w zasadzie już otwarcie głoszą, że Bóg i Chrystus to jedynie metafory.

Uświadomienie sobie, że wszystko to jest dziełem jednego człowieka, że on położył pod to podwaliny, może przyprawić o pulsowanie skroni. Nawiasem mówiąc, kilkanaście lat temu byłem jako lokalny dziennikarz w baptystycznym zborze w moim mieście na wykładzie o świadkach Jehowy – oczywiście bardzo krytycznym, odsłaniającym tkwiący u podstaw ich wyznania doktrynalny fałsz. A przecież świadkowie Jehowy to też dziedzictwo buntu Lutra. Od tego galimatiasu naprawdę może się pod czaszką zakręcić.

Czy fakt, że działalność jednego zrewoltowanego mnicha doprowadziła do takiego rozrzutu, świadczy na jego korzyść? Moim zdaniem – przy całym szacunku dla protestantów, którzy mogą ten tekst czytać, w tym znajomych – nie. Zbyt duże rozwarstwienie i rozwodnienie nauk Chrystusa z pewnością im nie służy. I piszę to, podkreślam jeszcze raz, naprawdę doceniając protestantyzm w wielu aspektach. Podziwiam choćby to, jak amerykańscy protestanci umieją ewangelizować za pośrednictwem zdobyczy popkultury. Trudno mi jednak przy tym zamknąć oczy na prostą obserwację, że ta przesadna różnorodność była możliwa dzięki potraktowaniu Pisma Świętego przez Lutra i jego następców jak talii kart do dowolnego tasowania.

Dodatkowo mnie jako świeżo nawróconego katolika, który niedawno przystąpił po trzynastu latach przerwy do spowiedzi, wybitnie uderza pokrętny stosunek Lutra do tego sakramentu. Głos sumienia nazywał on głosem szatana, a sam akt wyznawania grzechów w konfesjonale interpretował jako blokowanie działania miłosierdziu. Możliwe, że się nie znam, może jestem urobiony przez katolicką tradycję, jednak całe moje doświadczenie mówi mi, że bez wyznania grzechów na głos, czyli bez stanięcia w prawdzie również wobec siebie samego, nie może być mowy o owocnej pokucie.

A skoro już przy tym jesteśmy, mam sporo zastrzeżeń do wywodzącej się z Lutra koncepcji wolnej woli, łaski czy usprawiedliwienia. Przypominam, że twierdził on – oczywiście mocno upraszczam – iż po grzechu pierworodnym wola nie może być wolna, zaś to, czy zostaniemy zbawieni, czy nie, zależy wyłącznie od widzimisię Boga, i my nie mamy tutaj nic do gadania. Smutne to jednak, że według Lutra Bóg nie traktuje nas po partnersku. Przygnębiający jest też obraz luterskiego Boga, który przypomina mi bardziej zimnego demiurga z islamu, niż Boga, który natychmiast po upadku człowieka uruchomił plan ratunku mający go na nowo podnieść.

I tutaj dochodzimy do największej, moim zdaniem, przewrotności buntu Lutra. Skoro według niego nic od nas nie zależy, to w zasadzie możemy robić, co nam się żywnie spodoba. Hulaj dusza, piekła nie ma! Czynił tak zresztą sam Luter. W jednym z listów pisał, że zamiast żaru ducha, rozpiera go żar ciała i wyuzdania. Przy czym oczywiście nie widział w tym absolutnie żadnego problemu. Są zresztą badacze – choćby Robert Siscoe – którzy uważają, że znaczna część błędów Lutra ma swoje źródło właśnie w jego rozbuchanej seksualności.

W jakim świetle stawia to całą, utrwalaną od wieków, teorię, że w 1517 heroicznie wystąpił przeciwko nadużyciom w Kościele, a wszystko, co zrobił później, było jedynie naturalną tego wysoce moralnego buntu konsekwencją?  Choć nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, to nie wątpię, że te nadużycia mogły być rzeczywiście kosmiczne – wiemy o tym zresztą z historii – sęk jednak w tym, że gdy popatrzy się na życie i nauczanie Lutra już po ekskomunice, można bardzo łatwo dojść do wniosku, że cały rozpętany przez niego ferment posłużył mu wyłącznie jako pretekst do zrzucenia zbyt dlań ciężkich norm i usprawiedliwienia się przed samym sobą wzniosłymi pobudkami. W sumie nic nowego w dziejach.

I tutaj dochodzimy do kwestii dla mnie kluczowej – pokory. Czy raczej, w wypadku Lutra, jej braku. Nie był on przecież pierwszym ani ostatnim członkiem Kościoła, który dostrzegał jego wypaczenia. Nie był też jedynym, którego za jego działalność spotkały represje. To, jak się na nie reaguje, zawsze jest jakimś sprawdzianem wiary i zaufania Bogu. Lubię w tym kontekście przywoływać postać ks. Michała Sopoćki, który za szerzenie objawień s. Faustyny otrzymał w pewnym momencie upomnienie z samego Watykanu i zakaz jakiegokolwiek propagowania przesłania o Miłosierdziu. Na dodatek ostatnie dwadzieścia lat życia spędził w Białymstoku, całkowicie odsunięty na margines.

Mógł, tak jak Luter, który publicznie spalił potępiającą go papieską bullę, unieść się pychą i uderzyć w rewolucyjny dzwon. Nie zrobił tego. W ziemskich kategoriach właściwie przegrał. Dziś jest błogosławionym, a jego niezwykła penitentka – świętą. Na dodatek kult Miłosierdzia Bożego rozprzestrzenił się po najdalsze krańce świata. Można zresztą znaleźć o wiele więcej podobnych przykładów zarówno pokory, która długoterminowo zwycięża, jak i pychy, która jest głośna i widowiskowa, ale w dalszej perspektywie sieje głównie zamęt. Gdyby Luter żył dziś, pewnie rozdzierałby szaty we wszystkich telewizjach.

Zamęt i podział to główne owoce jego działalności. I to właściwie na każdym możliwym polu – od duchowego po polityczne, czego najwymowniejszym dowodem jest kościelny przewrót, który dokonał się na wyspach brytyjskich za sprawą króla Henryka. Co jednak nader ciekawe – i  dla mnie znaczące – u źródeł każdego „non serviam” bazującego na rewolcie Lutra tkwi motywowane różnymi na pozór bardzo racjonalnymi przesłankami odrzucenie ciężaru krzyża i pokusa urządzenia wszystkiego po swojemu. Finalnym efektem jest zaś totalne bezhołowie i relatywizm, który z czasem, jak to zwykle z herezjami bywa, krzepnie w zbiór dogmatów.

Tak było przecież w Anglii, gdzie obsesja Henryka na punkcie posiadania męskiego potomka, a później już pospolita chuć, doprowadziły do trwającego po dziś dzień zerwania z Rzymem i erupcji bezprecedensowej przemocy wobec nielicznych, którzy wytykali Henrykowi błędne postępowanie. Poczet świętych Kościoła katolickiego pozyskał dzięki temu Tomasza Morusa, którego odcięta głowa przez wiele dni zdobiła Most Londyński, ale sama Anglia chyba raczej straciła. I, jak wiele na to wskazuje, traci nadal. Również prominentnych duchownych, którzy, nie mogąc zdzierżyć kolejnych nowinek, przechodzą na katolicyzm.

Katolicyzm, który także do dziś odczuwa dewastujący wpływ Lutra. W jego rodzinnym kraju biskupi dokonują coraz dalej idącej protestantyzacji tamtejszego Kościoła, jawnie optując za zmianą podejścia do homoseksualizmu bądź umniejszając rangę spowiedzi. Z drugiej strony mamy coraz powszechniejsze zjawisko tzw. pentekostalizacji, czyli wprowadzania do praktyk katolickich elementów zielonoświątkowych, co skutkuje jej irracjonalizacją, przesuwaniem w kierunku różnych form gnostycyzmu, spirytualizmu itp. Jest to niewątpliwie atrakcyjne, tylko czy pożyteczne? Sądzę, że wątpię. Wiara nie polega na fajerwerkach i przepowiedniach.

Ale jest chyba i odwrotna strona medalu. Gdy cztery lata temu odbywały się huczne obchody pięćsetlecia reformacji, Pew Research Center ogłosił wyniki ankiety, wedle której ponad 50 procent protestantów w Stanach Zjednoczonych zadeklarowało katolicki punkt widzenia na podstawowe kwestie religijne. Bardzo podobny wynik uzyskano w Europie – poza Norwegią, choć i tam w pełni protestanckie zapatrywania objawiała niewiele ponad połowa pytanych. Dla jednych będzie to dowodem ignorancji i obojętności protestantów na ich własne nauki, dla innych – atrakcyjności katolicyzmu.

Ignacy Loyola czy Karol Boromeusz, którzy kwestię walki z wypaczeniami Lutra traktowali śmiertelnie poważnie, taki sondaż uznaliby zapewne za gigantyczny impuls do działania. Dla dzisiejszego Kościoła – spętanego polityczną poprawnością oraz źle pojętym ekumenizmem – byłby to raczej asumpt do przeprosin. Chociaż – nigdy nie wiadomo. Jak to mówią, człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. I podobnie może być też, miejmy nadzieję, z Lutrem.

6 myśli na temat “Co ja właściwie sądzę o Lutrze?

  1. Drogi Marcinie, wciąż subskrybuję Twojego bloga i czytam (Ty też subskrybujesz mojego bloga, ale chyba go nie czytasz…). Widzę, że znowu wróciłeś do publicystyki. Po artykule o tym czy pisarz jest blogerem itd. zmieniłeś profil na recenzje, a teraz, jak widzę zająłeś się zagadnieniami religijnymi. Tematy zmieniają się jak tytuł bloga, teraz jest to „Królicze obowiązki; katolicyzm i konserwatyzm” – dobrze!
    Mam do Ciebie duży sentyment, mam nadzieję, że mnie nie uznajesz za jakiegoś obrzydliwego heretyka, sekciarza itd. albo że za takiego mnie nie uznasz po tym komentarzu… Niemalże od początku obserwuję jak zmieniają się twoje teksty i cieszę się bardzo, że wróciłeś do wiary. Dlatego też nie chciałem komentować niektórych z Twoich wpisów, bo byłaby tam zawsze jakaś polemika, a nie chciałem jakoś podważać Twojego katolicyzmu. Skoro wcześniej byłeś powątpiewający to dobrze byłoby byś teraz był dobrym Katolikiem. Wierzę bowiem, że zarówno dobrzy Katolicy, Protestanci, Świadkowie Jehowy itd. mogą być zbawieni. Nie dlatego, żeby wyznania te były równie prawdziwe albo dobre, lecz dlatego, że nie każdy może dojść do pełnego poznania prawdy, a sprawę każdego człowieka Bóg ocenia indywidualnie, biorąc pod uwagę okoliczności w jakich ten człowiek się znajduje. (Byłoby absurdem gdyby człowiek był z miejsca potępiony tylko dlatego, że np. nie miał możliwości poznania danego wyznania. Bóg jest Bogiem zarówno wiernych jak i niewiernych i sądził będzie wszystkich tak chrześcijan różnych wyznań jak i pogan.)
    Dlatego też wielokrotnie rozmawiając z różnymi chrześcijanami, bronię Katolicyzmu, chcąc by ludzie potrafili docenić jego dokonania i starali się zrozumieć jego doktrynę, zamiast potępiać z góry, kierując się nienawiścią i uprzedzeniem. Można się z kimś nie zgadzać, dobrze byłoby jednak rozumieć to z czym się nie zgadamy. Chciałbym by katolicy również potrafili się na to zdobyć, dlatego też postanowiłem napisać ten komentarz. Jeśli się w czymś mylę, popraw mnie proszę.
    Czy chciałbym bronić Lutra? Nie znam go na tyle by go bronić, nadto w wielu miejscach się z protestantyzmem nie zgadzam. Apeluję jednak byś miał większy szacunek wobec innych wyznań i postarał się kiedyś głębiej je zrozumieć, choćby dlatego by uświadomić sobie w czym naprawdę tkwi punkt sporny.
    Trochę mijasz się z prawdą, kiedy przypisujesz całą różnorodność wyznań chrześcijańskich działaniu Lutra. W samej Biblii w listach Apostolskich jest napisane, że już na początku pojawiały się pewne podziały i sekty (np. 1 do Kor. 1, 10-11. 11, 18-19.). Kościół Katolicki też w końcu powstał dopiero w wyniku podziału w 1054 roku. Tacy Arianie byli np. o wiele wcześniej, może nawet od początku. Poza tym warto wymienić Jana Wiklifa czy Husa, który przez cały czas bardzo poważał KK, co nie przeszkodziło KK spalić go na stosie. Nadto przyczyny reformacji szukają historycy nie tyle w działaniu jakiegoś reformatora, co zamęcie, który istniał w samym Kościele, patrz: „Wielka schizma zachodnia”; duch papieży wyklinających się nawzajem i dzielących cały Kościół na przeciwstawne obozy.
    Istnieje również masę wyznań chrześcijańskich nieprotestanckich, zobacz sobie na przykład listę „katolickich kościołów wschodnich” np. „Kościół chaldejski”, „Kościół Rumuński Zjednoczony z Rzymem”, „Grecki Kościół katolicki” itd. Nic dziwnego, że ostatecznie wyznań jest tysiące.
    Poza tym co człowiek to głowa, a co głowa to rozum; istnieje zatem o wiele więcej „sposobów odczytywania przesłania Chrystusa”. W samym KK istnieje przecież olbrzymia różnorodność interpretacji Pisma Świętego. Jeszcze większa, jeśli weźmiemy pod uwagę upływ lat…
    Ja np. bardzo lubię czytać sobie stare słowniki wiary katolickiej. Jestem zachwycony jak Kościół potrafił niegdyś mężnie bronić słusznej sprawy i podawać dobre argumenty. Cóż z tego jednak, że kiedyś KK walczył z teorią ewolucji, wykazując jej bezsens i niezgodność z Pismem Świętym, kiedy teraz większość katolików bezwiednie ją przyjmuje?
    Można mówić wiele o różnorodności między dawnym katolicyzmem i dawnym protestantyzmem, sądzę jednak, że i tak różnice te w wielu kwestiach były mniejsze, niż między dawnym katolicyzmem a obecnym katolicyzmem… Gdyby dzisiejszy katolik cofnął się w czasie do średniowiecza i zaczął zgłosić to uznaje dzisiejszy katolicyzm za prawdę, to miałby wielkie szanse trafić na stos. Bo nauka Kościoła się zmienia.
    Religie wciąż ustępują z prawd wiary pod naporem „postępu”. Katolicyzm by nie stracić wiernych „musiał” w końcu „pogodzić się” z teorią ewolucji. To tylko kwestia czasu nim w podobny sposób będzie „musiał” pogodzić się z homoseksualizmem. Bardziej „postępowe” wyznania już to zrobiły, wszystko po to by „być na czasie”; nie jest to wina ani Lutra, ani Kalwina, ani żądnego z dawnych papieży czy reformatorów. Po prostu przywódcy religijni czasem zamiast trzymać się prawdy i narażać na zarzut wstecznictwa, wolą iść z duchem czasu, byle tylko nie stracić „wiernych” w swoim kościele. Stąd ustępstwa idą za ustępstwami.
    Piszesz: „Przypominam, że twierdził on – oczywiście mocno upraszczam – iż po grzechu pierworodnym wola nie może być wolna, zaś to, czy zostaniemy zbawieni, czy nie, zależy wyłącznie od widzimisię Boga, i my nie mamy tutaj nic do gadania.”
    Bardzo wątpię by Luter tak twierdził, powyższe twierdzenie można by najwyżej zaakceptować jako twierdzenie Kalwina, bo to on twierdził, że ludzie od urodzenia są przeznaczeni do zbawienia lub potępienia. Luteranizm twierdzi co innego.
    Nie wiem czy nie rozumiesz koncepcji zbawienia jako łaski Bożej otrzymywanej przez wiarę w Jezusa Chrystusa, ale przykre jest to gdy w ten ignorancki sposób mówisz o czyiś poglądach. Protestant odpowiedziałby ci tutaj, że masz wiele „do gadania”, możesz wierzyć w Jezusa Chrystusa i przyjąć łaskę Bożą, bądź nie – wybór należy do Ciebie. Bóg nie może Cię zbawić jeśli tego nie chcesz. Albo podejmujesz decyzję, że rodzisz się na nowo w Chrystusie i od tej pory żyjesz dla Niego więcej nie grzesząc, albo żyjesz po swojemu i dla siebie, pozostając w grzechach swoich.
    Polecam Ci Marcinie, przeczytaj sobie list do Rzymian św. Pawła i spróbuj zrozumieć jak interpretują go protestanci i jak interpretują go katolicy – w ten sposób przynajmniej będziesz wiedział o co cała dyskusja się toczy.
    „Skoro według niego nic od nas nie zależy, to w zasadzie możemy robić, co nam się żywnie spodoba. Hulaj dusza, piekła nie ma!”
    Nie znam wyznania, które by podobne poglądy głosiło. Ale wiesz, że protestant mógłby powiedzieć podobnie o katolicyzmie? Skoro katolicyzm polega jedynie na tym, że można kupić sobie zbawienie przez danie na tacę, spowiedź i uczestniczenie w jakiś obrzędach. To równie dobrze można grzeszyć, zabijać, gwałcić, a potem i tak się odmówi parę zdrowasiek i wszystko jest OK. Nie podoba ci się takie upraszczanie katolicyzmu? – to nie rób drugiemu co tobie nie miłe. 🙂
    „jest wielkim błędem, gdy ktoś sądzi, że może zadośćuczynić za swoje grzechy, gdyż przecież Bóg w każdym czasie odpuszcza grzechy darmo z nieograniczonej łaski i w zamian żąda tylko, by odtąd żyć dobrze.” (Luter „Kazanie o łasce i odpustach”) – jak widzisz jest tu mowa „żąda tylko, by odtąd żyć dobrze” a więc gdy żałujesz masz już przestać dalej grzeszyć. Porównaj z proroctwem Ezechiela:
    Ezechiela 18, 20 Dusza, która zgrzeszy, ta umrze. Syn nie poniesie nieprawości ojca; a ojciec nie poniesie nieprawości syna; sprawiedliwość sprawiedliwego na nim będzie, a bezbożność bezbożnego na nim będzie.
    21 Lecz, jeśli bezbożny będzie pokutował za wszystkie grzechy swoje, które popełnił, i będzie strzegł wszystkich przykazań moich, i będzie pełnił sąd i sprawiedliwość: na pewno żył będzie, a nie umrze.
    22 Wszystkich nieprawości jego, które uczynił, pamiętać nie będę: w sprawiedliwości swej,którą czynił; żyć będzie.
    23 Czy ja pragnę śmierci bezbożnego, mówi Pan Bóg, a nie, aby się nawrócił od dróg swoich, a żył? –
    24 A jeśli się odwróci sprawiedliwy od sprawiedliwości swej, a czynić będzie nieprawość według wszystkich obrzydłości, które bezbożny zwykł czynić, czy żyć będzie? Wszystkie sprawiedliwości jego,które czynił; nie będą wspomniane;w przestępstwie, którym przestępował, i w grzechu swym, który popełnił, w nich umrze. –
    25 I rzekliście: „Nie jest prosta droga Pańska!” Słuchajcież tedy, domu Izraelów! Czy droga moja nie jest prosta, a nie raczej drogi wasze krzywe są?
    26 Bo gdy się odwróci sprawiedliwy od sprawiedliwości swej, a będzie czynił nieprawości, umrze w nich: w niesprawiedliwości, którą czynił, umrze.
    27 A gdy się odwróci bezbożny od bezbożności swej, którą popełnił, a będzie czynił sąd i sprawiedliwość, ten duszę swą ożywi.
    28 Bo jeśli rozważy i odwróci się od wszystkich nieprawości swych, które czynił, na pewno żyć będzie, a nie umrze.
    29 I mówią synowie Izraelowi: „Nie jest prosta droga Pańska!” Czy drogi moje nie są proste, domu Izraelów; a nie raczej drogi wasze krzywe.-
    30 Przeto każdego według drogi jego sądzić będę, domu Izraelów, mówi Pan Bóg. Nawróćcie się i czyńcie pokutę za wszystkie nieprawości wasze, a nie będzie wam nieprawość na upadek.
    ///
    Piszesz o rozwiązłości seksualnej Lutra i wspominasz papieża Leon X. Tak, tego papieża któremu zarzucano uprawianie sodomii, makiawelizm, rozrzutność i szczególnie niemoralne życie seksualne. Gdy wejdzie się w polską Wikipedię nie ma w niej ani słowa o rozwiązłości Lutra, są zaś wzmianki o pracach historyków mówiących o niemoralnym prowadzeniu się Leona X…
    Być może są prace wedle których „znaczna część błędów Lutra ma swoje źródło właśnie w jego rozbuchanej seksualności”, lecz jeszcze więcej jest prac mówiących o tym, że znaczna część dogmatów i nauk Kościoła Katolickiego wynika z rozbuchanej seksualności, żądzy władzy i okrucieństwa papieży i duchownych katolickich. Biskupi Rzymu mieli dopuszczać się morderstw, gwałtów, orgii nawet z własnymi córkami (patrz np. Aleksander VI) itd.
    Trudno powiedzieć na ile te wszystkie zarzuty są prawdziwe, a na ile są one jedynie wynikiem propagandy antykatolickiej czy antychrześcijańskiej. Równie dobrze jednak twierdzenia o rozwiązłości Lutra mogą być wynikiem podobnej antyprotestanckiej czy antychrześcijańskiej propagandy. Także takie argumenty ad personam są moim zdaniem niewskazane i prowadzą do niczego. Wzajemnej nienawiści jest wszakże wśród chrześcijan i tak dosyć i każdy drugiego oskarża o złe prowadzenie się jego matki…
    „tkwi motywowane różnymi na pozór bardzo racjonalnymi przesłankami odrzucenie ciężaru krzyża i pokusa urządzenia wszystkiego po swojemu. Finalnym efektem jest zaś totalne bezhołowie i relatywizm, który z czasem, jak to zwykle z herezjami bywa, krzepnie w zbiór dogmatów.”
    Śmieszne, bo to samo zarzuca się katolicyzmowi. Wszyscy w ogóle zarzucają jedni drugim odrzucenie krzyża i dogmatyzm. To przecież Kościół Katolicki słynie z bronienia się, że dana rzecz to dogmat i myśleć o tym nie wolno.
    Relatywizm to faktyczny problem, szczególnie charakterystyczny dla współczesnych czasów. Być może faktycznie przyczynił się do niego protestantyzm. Współcześnie zaś umacnia się coraz bardziej poprzez new age czy fizykę kwantową.
    A czy przeciętny katolik nie odrzuca krzyża? Niektórzy argumentują, że religijność katolicka, polega jedynie na spełnianiu obrzędów; że opieranie się na autorytecie Kościoła i tradycji, to jedynie odrzucenie trudu próby własnego aktywnego podążania za Chrystusem. Łatwiej jest zamiast codziennie nosić krzyż i podążać za Chrystusem, kupić sobie zbawienie poprzez chodzenie do kościoła raz na tydzień, czy okazjonalną spowiedź. Czy na tym polega wiara?
    Jeśli chrześcijaństwo ma polegać na odmianie życia ludzkiego i podporządkowaniu go woli Bożej, to trudno uznać by większość tych którzy podają się za katolików czy protestantów rzeczywiście trwało w takim chrześcijaństwie. Przykre a nawet żałosne jest to, że większość „katolików” nawet w swym życiu raz Pisma Świętego nie przeczytało. Trudno by naśladowali Chrystusa skoro go nie znają i nie potrafią nawet przytoczyć jego słów, poza nielicznymi urywkami, które usłyszeli od innych.
    „50 procent protestantów w Stanach Zjednoczonych zadeklarowało katolicki punkt widzenia na podstawowe kwestie religijne”
    Wszystko zależy od tego kto prowadzi badania i co chce udowodnić, bo łatwo jest tak sformułować pytania by dowieść tego co się chce. Gdyby np. w kwestionariuszu poruszona była kwestia czczenia świętych albo obrazów Matki Boskiej, oczywiste jest, że wynik byłby zupełnie inny.
    Poza tym ciekawy jestem, czy większość katolików nie odrzuciłoby dogmatów katolickich, gdyby przedstawić je w ankiecie. Jak wielu uznałoby, że papież jest nieomylny?
    Przytoczmy może niektóre ustępy „Dictatus papae” papieża Grzegorza VII:
    5. Nieobecnych może papież składać z godności.
    6. Z obłożonymi przez niego klątwą nie wolno przebywać w jednym domu.
    7. Jedynie jemu samemu wolno, stosownie do wymagań czasu nowe prawa wydawać, nowe gminy zakładać (…)
    9. Tylko papieża stopy całować mają wszyscy książęta.
    10. Jego jednego imię ma być wspomniane w modlitwach kościelnych.
    12. Jemu wolno władcami rozporządzać, a więc i cesarzy z tronu składać. (…)
    17. Żaden przepis prawny i żadna księga kanonów, to jest praw kościelnych, nie ma ważności bez jego woli.
    18. Orzeczenie jego przez nikogo nie może być zaczepione, on sam zaś może unieważnić [orzeczenia] wszystkich innych.
    19. Przez nikogo nie może być on [papież] sądzony (…)
    22. Kościół rzymski nigdy nie pobłądził i po wszystkie czasy – wedle świadectwa Pisma św. – w żaden błąd nie popadnie.
    Jak wielu współczesnych katolików poparłoby te tezy Grzegorza VII?
    ////
    Dobrze Marcinie, że mówisz o pokorze. Warto zauważyć, że nikt poza Bogiem nie jest nieomylny. Nawet Piotr zbłądził gdy wyparł się Jezusa, Biblia podaje, że później również musiał być zganiony przez Pawła, gdy chwilowo pobłądził (Gal. 2, 14.). Nie zasłaniajmy się więc dumnie własną nieomylnością, lecz pokornie umiejmy rozważyć zdanie innych.
    Bardzo nie lubię tej arogancji. Tej która gardzi katolicyzmem, lecz i tej katolickiej, która gardzi wszystkimi innymi. Niestety nic nie można poradzić na to, że ktoś uważa się za lepszego, bo urodził się w danej wierze i przez to – jak sądzi – ma prawo pogardzać wszystkimi innymi…
    Kapłańska 19, 17. Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu.
    Pozdrawiam

    Polubienie

    1. Te zawirowania tematyczne wynikają trochę z mojego stanu ducha w ostatnich miesiącach. Kiedy otwierałem tę stronę, byłem przekonany, że będę się zajmował publicystyką i pisaniem o religii – robiłem to zresztą przez szereg lat w różnych miejscach. Niestety ostatnie miesiące były dla mnie dość ciężkie. Przeżyłem coś w rodzaju psychhicznego kolapsu związanego zarówno z samą sytuacją o wiadomym podłożu, jak i z tym, że większość moich znajomych z tej bańki, nie mówiąc o przedstawicielach Kościoła, na których głos rozsądku bardzo liczyłem, całkowicie poparła politykę lockdownów i ograniczania podstawowych swobód. Doprowadziło to między innymi do zerwania przeze mnie współpracy z Tysolem, do którego czasem też pisywałem. Moją reakcją była ucieczka – od tych tematów, od zaangażowania, w ogóle od rzeczywistości – taka chęć schowania się, lizania ran, odejścia od spraw zasadniczych w pozbawioną znaczenia paplaninę. Po prostu kompletnie straciłem poczucie sensowności tego, co robiłem. Do tego doszedł fakt, że zaniedbałem własne życie religijne. Ostatnio jednak ogarnąłem się – oczywiście z pomocą Boga, jak wierzę – i chyba znów wracam na właściwy tor. Chcę wrócić, bo wiem, że gra jest warta świeczki. Mam nadzieję, że nic mnie już nie wybije z rytmu.

      Polubienie

      1. Współczuję ciężkich przeżyć. Dla mnie też nie zawsze były to łatwe chwile i też odbiło się to na blogu. Również traciłem poczucie sensowności.
        Szacunek za zerwanie współpracy z Tysolem z powodu poglądów. Niestety tak jest, że chrześcijaństwo w tych trudnych czasach zawodzi nas, nie chcąc wskazać drogi Bożej, podlizuje się światu przez popieranie rządzących. W tym widzę właśnie główny problem dużych organizacji religijnych, że w pewnym momencie zamiast wytyczać drogę, zaczynają same podążać za światem. Myślę, że Bogu się to nie podoba i bardzo zemści się to na wszystkich.
        Rozważ proszę to co napisałem w poprzednim komentarzu, bo kosztowało mnie to wiele wysiłku.
        Gra na pewno warta jest świeczki.
        Niechaj Bóg Cię prowadzi i strzeże.

        Polubienie

    2. Przepraszam za zwłokę w odnoszeniu się. Chciałem siąść do tego na spokojnie. I muszę przyznać, że trochę jestem zaskoczony tonem Twojego komentarza, bo wynika z niego, że głównym problemem, który dostrzegasz, jest moja pogarda wobec Lutra i jego spuścizny. Co absolutnie nie było moją intencją, choć zapewnianie o tym brzmi trochę infantylnie.
      Oczywiście jak najbardziej mam świadomość, że w chrześcijaństwie dużą rolę odgrywa czynnik ludzki, który powoduje te wszystkie różnice – widoczne zresztą, jak sam wskazujesz, od samego początku. Nawiasem mówiąc, obok innych powodów również ten fakt skłonił mnie kilkanaście lat temu do odejścia z Kościoła – po prostu frustrowało mnie, że w tym, jak widzimy Boga, za dużo jest nas samych z całą naszą skłonnością do naginania Go wedle naszych miar. A to z kolei rodzi niebezpieczeństwo, że zamiast Boga, będziemy czcić własne o Nim mniemania.
      Mój problem z Lutrem sprowadza się głównie do tego, co dość jasno chyba wyłożyłem w tekście – do stylu jego reakcji na odrzucenie jego tez i całej późniejszej działalności. Stąd bierze się moje pytanie o owoce. Bo jakie właściwie owoce mogą wyjść z człowieka, który ewidentnie reaguje zaperzeniem się i uderzeniem we własną chwałę? A przecież tak postąpił Luter. Dlatego jako kontrprzykład podałem ks. Sopoćkę, choć mógłbym jeszcze kilka innych – np. o. Pio. Czy to jest równoznaczne z pogardą? Moim zdaniem nie. To raczej pewna wątpliwość. Czy oznacza to, że chciałbym palić protestantów na stosach? Również nie.
      Co do dostosowywania się Kościoła do ducha czasów masz rację. Sam pamiętam, jak „godziłem się” z teorią ewolucji. A poszło mi to nawet całkiem nieźle, bo wyprowadziłem prosty wniosek, że Bóg, tworząc życie i w ogóle cały kosmos, posłużył się ewolucją jako narzędziem, więc żadnej sprzeczności tu nie ma, a to, że opis stworzenia z Księgi Rodzaju jest, jaki jest, wynika z ograniczeń spisujących ją ludzi, do których Bóg mógł przemówić tylko w zrozumiały dla nich sposób, bo inaczej doprowadziłby do spalenia ich mózgów.
      Dostosowywanie jest dobre wtedy, gdy prowadzi do wzrostu wiary. To, o którym piszesz, i o którym wspominaliśmy też w kontekście polityki wirusowej, jest raczej konformizmem. Nie skutkuje na dłuższą metę przyrostem wiernych, czego dowodem są pustoszejące kościoły w krajach, w których hierarchie – zarówno katolickie, jak i protestanckie – zaakceptowały już właściwie wszystkie progresywistyczne żądania. I ja niestety upieram się, że ten proces jest możliwy na tak ogromną skalę między innymi dzięki postawie Lutra, a raczej jej późniejszym konsekwencjom, gdy np. Henryk VIII mógł sobie naginać zasady wedle swojego widzimisię i mieć w nosie upominających go. A dlaczego mógł? Bo Luter swoją butą mu pokazał, że jest to do pomyślenia.
      To wszystko są oczywiście pewne moje intuicje, wątpliwości i wnioski, oparte na powszechnie dostępnej wiedzy o Lutrze oraz poglądach tych, którzy wypowiadali się o nim przede mną. Nie wypieram się tego i jak najbardziej dopuszczam, że moja ocena jest przez te poglądy – oraz tradycję, z której wyrosłem – jakoś uwarunkowana. Co nie wyklucza wiary w to, że protestanci też idą do Nieba. Mam nadzieję, że Luter też się w nim znalazł. No właśnie – Niebo! Kolejne ludzkie słowo opisujące niedoskonale to, co dla zmysłów niepojęte.

      Polubienie

      1. Hej, wybacz może źle się w komentarzu wyraziłem. Wiesz, rozumiem Twój artykuł i nawet w wielu miejscach zgadzam się z tym co piszesz, skupiłem się jednak na czym innym. Nie uznaję wcale, że głównym problemem jest twoja pogarda wobec Lutra i jego spuścizny. Oczywiste jest, że – jak zauważasz – takie rozszczepienie na wiele wyznań, chrześcijaństwu zdecydowanie nie służy. Coraz częściej przekonuję się, że zwykle stoi za nim chęć samowoli i pogarda wobec zwierzchności o której pisał Apostoł Juda: „1, 8. A mimo to, ci tak samo ciało plugawią, zwierzchnością gardzą i majestat bluźnią. 9. Gdy Michał Archanioł rozprawiał się z diabłem, spierając się o ciało Mojżeszowe, nie śmiał rzucić nań bluźnierczego wyroku, ale rzekł: Niech Pan ci rozkaże! 10. A ci, wszystko, czego nie wiedzą, to bluźnią, a cokolwiek z przyrodzenia, jak nierozumne bydło, poznają, w tem się psują.”
        ///
        Dobrze piszesz, że Lutrowi brakło pokory. W końcu doszło nawet przecież do tego, że nazwał papieża antychrystem. Gdybyśmy nawet uznawali Lutra za świętego, to wystarczy, że wspomnimy analogiczną sytuację z Biblii, oto apostoł Paweł jest sądzony przez najwyższego kapłana żydowskiego, który każe go bić. Wtedy apostoł złości się i mówi: „Uderzy cię Bóg, ściano pobielana. A ty siedząc, sądzisz mnie wedle Zakonu, a każesz bić mnie wbrew Zakonowi?”, lecz napomniany, że jest to najwyższy kapłan, reflektuje się i przeprasza: „Nie wiedziałem, bracia, że on jest najwyższym kapłanem; bo napisane jest: przełożonemu ludu twego złorzeczyć nie będziesz.” (Dziej. 23, 1-5.)
        ///
        Niestety wielu ludzi lubi złorzeczyć, kocha być niepokornym i buntować się. Luter mógł i powinien zachowywać się bardziej po chrześcijańsku.
        Z drugiej strony Leon X też mógł to lepiej rozegrać, zamiast dumnie uznawać, że nie ma o czym rozmawiać i przez dłuższy czas udawać, że nic się nie dzieje. Wielkość Apostoła Piotra polegała między innymi na tym, że gdy zganił go Paweł, nie odrzekł mu z pychą: „Milcz! Ja tu jestem głową kościoła!”, tylko pokornie przyjął naganę. Jeśli Luter miał w pewnych swych postulatach rację, co potem uznał przecież Kościół Katolicki, to dobrze byłoby gdyby wtedy papież szybko zareagował, nie dopuszczając do podziałów. Tak zaś nawet się z nim nie spotkał, tylko wydał bulę, w której autentyczność początkowo wątpiono, sądząc, że papież nie jest wcale przeciw Lutrowi…
        ///
        Trochę jeszcze poczytałem o Leonie X. Miał być on więc wielkim miłośnikiem teatru, wzywać Wenus, Pallas Atenę itd. Zarzuca mu się, że prowadząc wystawne życie doprowadził do bankructwa Kościół, roztrwoniwszy cały wielki majątek zgromadzony prze Juliusza II. Miał dwór czterokrotnie większy niż Pius II. Polowania, na których spędzał całe dnie, odbywał niekiedy w gronie 2000 jezdnych. A to wszystko w tym samym czasie kiedy w Europie dział się ten wielki przewrót religijny! Może gdyby podszedł do sprawy bardziej poważnie, przyjechał do Niemiec, zajął się sprawami Kościoła, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej… Może nawet gdyby wcześniej tak bardzo nie marnotrawił pieniędzy nie potrzebowałby sprzedawać odpustów, a cała reformacja w ogóle by nie zaistniała…
        ///
        Zgadzam się w tym co piszesz o Henryku VIII. W ogóle powstanie anglikanizmu to smutny żart, bo nie wynikało z żadnych przekonań religijnych czy sporów doktrynalnych, tylko z chęci samowoli króla – po prostu chęci cudzołóstwa. Cieszę się, że papież nie dał mu rozwodu. Mógł przecież pójść na ustępstwo i być właśnie taki konformistyczny, w imię tego by nie stracić wpływów w Anglii itd. Myślę, jednak, że na dłuższą metę, to zawsze nie działa. Poprzez takie ustępowanie nie da się zapobiec wojnie, można jedynie odłożyć ją na swoją niekorzyść. Ale widzisz – kiedyś królowi tak ciężko było uzyskać rozwód, że musiał aż zerwać z całym Kościołem – a teraz? Teraz jak wiele jest rozwodów i jak łatwo są przyznawane? – oto duch czasu.
        ///
        Bunt Lutra zapewne ośmielił Henryka VIII. Z drugiej strony, Luter mógł być zainspirowany Janem Husem. A do tez Jana Husa podważających autorytet papieży, zapewne by nie doszło gdyby nie wcześniejszy cyrk z dwoma papieżami, niewolą awiniońską itd. Może gdyby nie było wcześniejszego buntu większości kardynałów przeciwko Urbanowi VI; może gdyby sobór w Pizie nie musiał zdetronizować niemogących się dogadać papieży i ogłaszać ich jako heretyków; do takiego wielkiego podziału Kościoła by nie doszło. Wszystkie te przecież wielkie wcześniejsze wydarzenia musiały niewyobrażalnie wręcz nadszarpnąć autorytet Kościoła i papieża.
        ///
        Sztucznym wydaje mi się takie przypisywanie wszystkich zmian Lutrowi. Co może w końcu zrobić jeden człowiek, choćby i najbardziej podły i podstępny? Gdyby Kościół był silny, zdrowy, dobrze zarządzany i cieszył się powszechnym zaufaniem, Luter choćby nawet bardzo chciał, nie potrafiłby go rozbić. Papież nie musiałby wtedy nawet nakładać na niego żadnych sankcji, bo nikt by go wtedy po prostu nie chciał słuchać. Ponieważ jednak w chrześcijaństwie działo się źle, powstawało wielu, dobrych i złych, reformatorów. A dobre i złe postulaty mieszały się i dzieliły ludzi, prowadząc do wojen i rozpadu.
        ///
        Jestem zwolennikiem jedności chrześcijaństwa i szacunku wobec wszelkiej (zwłaszcza religijnej) zwierzchności. Rozumiem jednak też tych, którzy dążyli do odnowy chrześcijaństwa i poprawy obyczajów. Wszak dobrze mówi Pismo Święte, że trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi. W sytuacji w której religia zmienia się w kabaret służący celom politycznym, człowiek wierzący musi słuchać swego sumienia. Nie możemy by się usprawiedliwiać naginać Boga do swoich celów i nie możemy również naginać Boga do celów innych ludzi, choćby byli to ludzie wysoko postawieni; choćby nawet siedzieli na stolicy Piotrowej…
        ///
        Przepraszam za ton. Nie chciałem zarzucać Ci, że pogardzasz protestantyzmem. Chciałem trochę napomnieć, że nieszczególnie służy wszelkiej dyskusji mówienie o rozwiązłości Lutra, bo wtedy narażasz się na kontrargument w rodzaju wymawiania domniemanych masy grzechów i rozwiązłości papieży. A wszystko może skończyć się kłótnią o to kto był bardziej niegodziwy i wszeteczny…
        Jeśli też domniemana niemoralność Lutra przeszkadza Ci zrozumieć protestancką ideę „zbawienia przez łaskę” – a o tym trochę świadczy tekst – to też źle. Nie musisz się z nią zgadzać (sam się z nią nie zgadzam) ale głupio jest trywializować ją w taki sposób, jak zrobiłeś to w tekście.
        ///
        Sama zaś idea i główna myśl Twojego felietonu wydaje mi się słuszna i naprawdę odkrywcza. Im więcej myślę o tym tym bardziej zdaje mi się, że masz rację, że wtedy właśnie zaczęły się te szalone zmiany w naszym świecie. Relatywizm moralny. Podważanie i zniszczenie ról społecznych oraz zwierzchności. Anarchistyczne przekonanie, że każdy może mieć swoje zdanie i rządzić się po swojemu, bo nikomu nie musi okazywać szacunku czy się go słuchać. Jednocześnie oczywiście, paradoksalnie, nie przyniosło to większej wolności ani nawet swobody. Widzimy przecież jak niezwykle liberalny świat, dający każdej kobiecie wolność zabicia swojego dziecka, nie chce dać nikomu wolności wyjścia z domu…
        ///
        Dawny system społeczny był sensowny, bo opierał się na pewnej hierarchii, zaufaniu i pracy dla wspólnego dobra. W pewnym momencie jednak zmieniło się to: w każdy sobie, rzepkę skrobie. Nie ma Boga, nie ma króla, każdy jest sobie bogiem i królem itd.
        ///
        Myśl protestancka, zawierająca wieczny protest/bunt, w pewnym sensie zniszczyła chrześcijański świat i uczyniła go podatnym na niewolę o wiele bardziej zwodniczych nauk, które później zatryumfowały i dalej tryumfują, niewoląc wszystkich pod swym jarzmem. To wszystko prawda. Tyle, że ja winę nie przypisuję samemu tylko Lutrowi, jednemu tylko niepokornemu człowiekowi, lecz całemu chrześcijaństwu. Także Kościołowi Katolickiemu z jego niedopatrzeniami, błędami, złymi decyzjami itd.
        ///
        Co się tyczy teorii ewolucji, słuchałem raz wa radiu prostą bajkę przedstawiającą jej założenia. Bez problemu potrafi ją zrozumieć nawet dziecko. Absurdalne wydaje mi się traktowanie ludzi dawnych jako nieskończenie ograniczonych i ciemnych. Nie byłoby nic trudnego gdyby w księdze Rodzaju zamiast opowieści o stwarzaniu, takiej jakiej mamy, była wzmianka o tym, że Bóg uczynił z jednych organizmów drugie; pozwolił im się rozwijać, by przekształcały się w bardziej wyrafinowane formy itd. Nie jest to z pewnością nic, czego by nie potrafił pojąć umysł człowieka dawnych wieków. Jeśli takiej nauki nie znajdujemy to zapewne dlatego, że nie jest ona prawdziwa.
        ///
        Istnieje zresztą szereg negatywnych konsekwencji wynikających z wiary w postęp i ewolucję. Istnieje różnica między postrzeganiem świata jako skończonego dobrego i pięknego, stworzonego i doglądanego przez dobrego i miłosiernego Boga, który uczynił ład i porządek w przyrodzie, który nie podlega zmianom. A postrzeganiem świata, jako wynik losowych zmian w kodzie DNA; świata wciąż się zmieniającego i ewoluującego, w którym nie ma z góry określonego doskonałego ładu i porządku; w którym przetrwają tylko najsilniejsi i najlepiej przystosowani.
        ///
        Myślę, że dostosowywanie się nigdy nie prowadzi do wzrostu wiary, bo nie taka jest rola religii. Sądzę, że konformistycznie ustępowanie i dostosowywanie się do świata, wynika nie z chęci wzrostu wiary, lecz rozpaczliwej próby zachowania poważania wśród wierzących. Ateiści nie nawrócą się na wiarę, gdy Kościół będzie przyklaskiwał zmianom, które i tak już się dzieją, ale gdyby Kościół tego nie robił mogliby tym „zgorszyć się” ci letni i powątpiewający, którzy nie chcą by religia pozostawała w jakiejś sprzeczności z tym co najbardziej popularne czy wychwalane – a więc z tym w co i sami wierzą. Duża część ludzi oczekuje, że Kościół nie będzie się wtrącał, więc Kościół się nie wtrąca. Ludzie oczekują, że będzie przyklaskiwał, więc przyklaskuje. Traci jednak na tym własną autonomię i sens istnienia.
        ///
        Religie zatem stają na głowie by pokazać się jako najbardziej nowoczesne i postępowe, aby kościoły nie pustoszały, co jest wynikiem krótkowzroczności, bo właśnie dlatego pustoszeją. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli papież nie ma mi nic więcej do powiedzenia niż ateistyczny „ekspert” naukowy, to w ogóle po co mam chodzić do kościoła czy słuchać papieża? Pójdę raczej do tego eksperta bezpośrednio bez niepotrzebnego pośrednictwa Kościoła.
        ///
        Chrześcijaństwo musi zrozumieć, że ma coś światu do przekazania. Ma wielką Naukę i plan dla świata – a więc jest potrzebne. Nauka Chrystusa mogłaby światu wiele dać i zmienić go na lepsze. Kościół powinien uświadomić sobie, że nie musi ze wstydem dreptać za duchem czasu, Kościół może wyznaczać drogę i oświetlać ją światłem ewangelii.
        ///
        Chrześcijaństwo byłoby silne i atrakcyjne – gdyby było chrześcijaństwem. Chrześcijaństwo jednak jest współcześnie słabe i mierne, bo usilnie stara się być wszystkim innym tylko nie chrześcijaństwem. Duchowni nieledwie, że boją się głosić nauki Chrystusa w przekonaniu, że jest zbyt stara i nie atrakcyjna, wolą zatem podeprzeć się nauką Fromma czy Freuda. I tak mamy proces ciągłego rozwadniania nauki Bożej naukami ludzkimi, aż religia w ogóle staje się zbędna, bo nie mówi w sumie nic nowego poza tym co i tak mówi już cały świat.
        ///
        Pozdrawiam serdecznie 🙂

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s