Czy to już koniec konserwatywnej rewolucji?

Przystępując do pisania tego tekstu, na wszelki wypadek, choć bez jakichś większych nadziei, sprawdziłem, czy Twitter przypadkiem nie odblokował konta Donaldowi Trumpowi. Niestety jak było zawieszone, tak nadal jest. Na laptopie wygląda to znacznie bardziej przygnębiająco niż na smartfonie – w androidowej apce przynajmniej wciąż wyświetla się zdjęcie profilowe, opis i liczba śledzących, a w wersji przeglądarkowej jest tylko pusty ekran z komunikatem o zawieszeniu. Ten obrazek niesie w sobie coś symbolicznego. Jest smutnym podsumowaniem naszych czasów. A może zwiastunem epoki, w którą dopiero wchodzimy?

W ślad za Trumpem poleciało wiele innych nieprawomyślnych (czytaj – konserwatywnych) kont. Jego samego przed uciszeniem obwołano podżegaczem do nienawiści i oskarżono, że ma krew na rękach, i to mimo iż apelował – właśnie za pośrednictwem Twittera – do ludzi pod Kapitolem o rozejście się. No ale przecież w naszym świecie fakty się nie liczą. Ważne, kto i jak o nich opowiada. A widać, że krucjata przeciwko Trumpowi – a tak naprawdę przeciwko czemuś większemu, co on reprezentuje – idzie już otwarcie na tak zwany rympał. Nikt się już nie szczypie i nie bawi w dyplomację. Twitter, co stanowi tu niewielki akcent humorystyczny, w ferworze walki utrupił nawet hashtag #1984.

Ale zostawmy politykę – przynajmniej na poziomie partyjno-personalnych rozgrywek, bo od polityki rozumianej szerzej, jako oddziaływanie na zbiorowość, nie uciekniemy. Dajmy sobie też spokój z jałowymi na dłuższą metę dywagacjami o tym, czy prywatna firma może ot tak wyłączyć prezydenta USA, kierując się wyznaczonymi przez siebie kryteriami – przecież i tak wszyscy wiedzą, o co w tym chodzi. Kluczowe jest pytanie, które postawiłem w tytule, a więc pytanie o to, czy wraz z przegraną Trumpa następuje kres marzeń o odwojowaniu Stanów, a z nimi także reszty zachodniego świata, dla normalności.

Trump został twarzą wielkiego konserwatywnego przebudzenia, które w połowie poprzedniej dekady przeorało lewicowo-liberalne status quo w USA i Europie, w gruncie rzeczy trochę przypadkiem. Ani jego wcześniejszy życiorys, ani tym bardziej fakt, że wbrew kreowanemu usilnie własnemu wizerunkowi buntownika wywodzi się z twardego jądra amerykańskiego establishmentu, który potem zaczął go hejtować, nie predestynują go do bycia modelowym konserwatystą. Bo jednak samo stanie po stronie kapitalizmu to trochę za mało – w każdym razie w oczach takich ludzi jak ja, którzy konserwatyzm definiują nie poprzez ekonomię, a bardziej przez wartości chrześcijańskie, dla których wolny rynek nie stanowi dogmatu.

Trump po prostu, brzydko mówiąc, załapał się na nastroje. Mnóstwo zwykłych Amerykanów miało już najzwyczajniej dość pogardy okazywanej im przez liberalne elity, rozmiłowane w homoseksualistach, czarnych, Meksykanach i innych mniej lub bardziej wyimaginowanych mniejszościach. W Polsce przecież bardzo podobny mechanizm społecznej dźwigni wyniósł do władzy PiS. Trump to wykorzystał i zrobił to bardzo umiejętnie. Czy i na ile wierzył w głoszone przez siebie hasła, nie ma większego znaczenia. Choć zakładam, że przynajmniej częściowo wierzył.

A jeżeli nawet nie wierzył, to po wyborze na pewno starał się doskoczyć mentalnie do roli, w jakiej postawiła go historia. Przed nim żaden amerykański prezydent tak otwarcie nie wsparł choćby ruchu pro-life. I znów pomijam w tym momencie kwestię tego, na ile jego działania wynikały z czystego koniunkturalizmu. Wszak niezależnie od intencji liczy się wydźwięk, a ten był jednoznaczny. Za Trumpem szedł jasny komunikat, że teraz konserwatyzm wreszcie ma głos i że istnieje szansa, by na trwałe zmienił stosunek sił w wojnie o dusze. Nie dziwota więc, że dla wielu konserwatystów rządzone przez Trumpa Stany stały się czymś w rodzaju poletka doświadczalnego. Jeśli tam się uda, może się udać wszędzie.

Co prawda w Polsce mieliśmy pod tym względem kilka zgrzytów – spowodowanych głównie przez obecność pani ambasadoressy Mosbacher, tudzież niekoniecznie taki, jak byśmy sobie życzyli, stosunek amerykańskiej administracji do LGBT czy żydowskich roszczeń – jednak w ogólnym rozrachunku można było śmiało pokusić się o stwierdzenie, że tworzymy wspólny front. I absolutnie nie chodzi mi tu o kwestie stricte polityczne, czyli wiernopoddańczy sojusz PiS z Trumpem – raczej o szeroko pojętą aksjologię.

Czy więc teraz to wszystko miałoby zostać zaprzepaszczone, przekreślone? Pojawia się sporo takich głosów. Potęgują je niepokojące z naszego punktu widzenia informacje o Joe Bidenie i jego ekipie. Sam Biden, choć deklaruje się jako katolik, jest zwolennikiem aborcji i uważa, że ochrona mniejszości seksualnych to filar praw człowieka. W gronie jego współpracowników najwięcej emocji budzi Kamala Harris – też przecież orędowniczka zabijania nienarodzonych, a do tego młot na rasizm. Jako prokurator w San Francisco podobno wymusiła wypuszczenie wielokrotnego recydywisty tylko dlatego, że był emigrantem z Meksyku. Zaraz po wyjściu z aresztu człowiek ten ukradł broń i zastrzelił dwudziestokilkuletnią dziewczynę.

Ciężko sobie wyobrazić, żeby z takimi ludźmi dało się zawalczyć o konserwatywne wartości. Tym bardziej, że Joe Biden już zdążył pokazać, co myśli o zmianach, jakie w ostatnich latach zaszły w Polsce i na Węgrzech. Na płaszczyźnie politycznej dotychczasowe relacje być może nadal będą się jakoś kleić – Amerykanie sporo w Polskę zainwestowali i jeśli skalkulują sobie, że im się to opłaca, zostaną tu; może tylko oficjalne stosunki ulegną ochłodzeniu – jednak na poziomie aksjologii nastąpi rozbrat, a tęczowe flagi na ambasadzie w czerwcu oraz teksty, że w kwestii LGBT stoimy po złej stronie historii, okażą się naszym najmniejszym problemem.

Ciężko też do końca wyrokować, jakie będą Stany Zjednoczone pod przewodnictwem Bidena i jego ekipy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa  można jednak przewidywać, że ideologiczny walec ruszy pełną parą, by odrobić straty ostatnich lat. Odstawieni od sterów liberałowie będą chcieli się odkuć, a może nawet zapanują u nich i w szeroko pojętym obozie ich sympatyków nastroje rewanżystowskie. Pewne drobne symptomy chyba już majaczą na horyzoncie. Mamy przeforsowanie w Izbie Reprezentantów „neutralnych” płciowo określeń, które zastąpią ojca i matkę. Zbanowanie Trumpa też można interpretować jako pierwszy znak nadchodzącej nowej polityki.

Ale z drugiej strony polityka to przecież tak naprawdę tylko lukier na torcie. Konserwatywny przełom, który cztery lata temu wyniósł Trumpa do władzy, miał podłoże kulturowe. W ogóle zresztą najważniejsza walka toczy się w sferze kultury, języka. Obóz progresywistyczny pojął to już dawno i dla nich zdobywanie kolejnych politycznych przyczółków to tylko kropka nad i. Dla konserwatystów takie myślenie to wciąż nowość. Ale też szansa. Trump, choć przegrał, może dopiero rozwinąć skrzydła. Dlatego najbliższe lata pokażą, czy rzeczywiście chodzi mu o coś więcej, czy też prezydentura była dla niego jedynie kolejnym trofeum.

Na razie odgraża się, że nie pozwoli się uciszyć i stworzy własną platformę społecznościową, na której nie będzie lewicowej cenzury. Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Choć moim zdaniem o wiele lepiej by zrobił, gdyby zainwestował w przemysł filmowy. Dzisiaj wojna o dusze toczy się wszak na Netflixie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s