Spowiedź po latach i chrzest dorosłych mają coś wspólnego

Mija właśnie miesiąc od mojej pierwszej po wieloletniej przerwie spowiedzi. Poświęciłem temu tematowi osobny felieton i właściwie miałem już do niego nie wracać, lecz zmieniłem zdanie pod wpływem lektury niedawnego numeru tygodnika „Idziemy”, w którym tematem okładkowym był chrzest osób dorosłych. Składają się nań dwa teksty – wywiad z ks. drem Robertem Skrzypczakiem pt. „Narodzeni w Chrystusie” oraz reportaż Ireny Świerdzewskiej „Dłuższa droga” opowiadający historie kilkorga ludzi, którzy chrzcili się dopiero jako dorośli lub właśnie się do tego sakramentu przygotowują.

Kiedy przeczytałem artykuł Świerdzewskiej, uderzyło mnie, jak wiele analogii taki chrzest w dojrzałym wieku wykazuje ze spowiedzią po latach. Oczywiście istnieje między nimi jedna fundamentalna różnica – w pierwszym przypadku mówimy o włączeniu w Kościół od zera, a w drugim o powrocie i odbudowywaniu więzi, którą już się kiedyś miało, ale się ją na własne życzenie zniszczyło. Bardzo podobne są jednak przeżycia towarzyszące obu wydarzeniom. Chodzi mi przede wszystkim o duchową intensywność i poczucie, że – jak to ujął cytowany przez autorkę Jerzy Zelnik, ochrzczony w wieku 24 lat – życie już zawsze będzie się dzielić na czas przed i po.

Kolejną sprawą jest sam stosunek do Kościoła. Ludzie, którzy dopiero jako dorośli odkrywają drogę do Boga, traktują Kościół z ogromną, nieomalże mistyczną czułością. Jest on dla nich czymś zupełnie nowym, w czym się rozsmakowują. Nie podchodzą do niego jak do instytucji, lecz jak do żywego Ciała Chrystusa, w którym cały widzialny ziemski wymiar stanowi tylko niewielką część. Przy nawróceniu wygląda to dość podobnie. U mnie może nie przebiegało aż tak intensywnie jak u niektórych, bo moje wracanie do Kościoła było rozłożone w czasie, ale świetnie znam ów głód przylgnięcia, który odczuwają zarówno neofici, jak i katechumeni.

Poza tym w obydwu przypadkach występuje pewna prawidłowość, rzekłbym, biograficzna. W przytoczonych przez Świerdzewską historiach wspólnym motywem jest wychowywanie się w rodzinie albo nie mającej nic z wiarą i Kościołem wspólnego, czy nawet wobec nich wrogiej, albo w najlepszym razie pod tym względem letniej. Myślę, że nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że u osób, które od Kościoła odeszły, sytuacja dość często przedstawia się podobnie. W ich rodzinach – w mojej na pewno miało to miejsce – stosunek do religii na ogół wygląda czysto tradycjonalnie.

Skutek zawsze jest taki sam – wykrzywiony lub skrajnie uproszczony obraz Boga oraz wizja Kościoła jako po prostu jeszcze jednej wyłącznie ziemskiej organizacji, w której ma się coś do załatwienia (komunie, śluby, pogrzeby itp.) bądź którą obarcza się winą o całe zło (ach, ci pazerni, wtrącający się w prawo do decydowania o własnym ciele i straszący tęczową zarazą biskupi, ci księża pedofile, których biskupi kryją, ta inkwizycja, te krucjaty). Z tak pojętego Kościoła rzeczywiście łatwo jest odejść albo w ogóle do niego nie wejść. Łatwo się zrazić lub przywdziać pancerz całkowitej obojętności. Nawet wówczas, gdy – tak jak ja – próbujemy nie ulegać łopatologicznym stereotypom.

Tymczasem zarówno u podłoża podjętej dojrzale decyzji o chrzcie, jak i o spowiedzi znajduje się głębokie poczucie, że ponad tym wszystkim jest coś więcej… Ktoś więcej, kto nas woła i pragnie nadać naszemu życiu nowy kierunek. A raczej nas samych uczynić kimś nowym. I na dodatek bardzo wyraźnie wskazuje, że narzędzia, za pomocą których zamierza tego dokonać, są nie gdzie indziej jak właśnie w Kościele. On je tam umieścił i chce, żebyśmy się na dalszej drodze nimi wspomagali. Czeka tylko na nasze „tak”.

I ochrzczeni dorośli i ci, którzy postanowili wrócić po latach, mogą wkroczyć w tę świeżą dla nich rzeczywistość z pełną świadomością tego, co na siebie biorą. Dzięki temu mają zaś, jak sądzę, szansę uniknąć wielu pułapek, które czyhają na będących w Kościele „od zawsze”. A najgorszą z nich wcale nie są jakieś ciężkie grzechy, lecz duchowe wystygnięcie, religijna rutyna, skamienienie w tradycji. Są też – a przynajmniej potencjalnie mogą być – dużo lepiej przygotowani na chwile, gdy spadną na nich trudności. Wszak ani chrzest, ani spowiedź, choć gładzą grzechy, nie są magicznymi rytuałami. Wlewają w ciebie łaskę, ale nie zdziała ona nic bez twojej współpracy.

Świerdzewska nie podaje, na ile jest rozpowszechnione zjawisko chrztu w dojrzałym wieku ani jak wygląda obecnie na tle minionych lat, jednak tak czy inaczej stanowi ono niezwykły fenomen. Świadczy bowiem, że Kościół cały czas żyje, a Bóg nieustannie znajduje sposoby na dotknięcie serca człowieka. Ci, którzy podejmują ten krok, uczą zarówno osoby takie jak ja, którym na pewnym etapie powinęła się noga, jak i ludzi w Kościele zasiedziałych, może czasem nawet nim zmęczonych czy znudzonych, że on wciąż się odradza, wciąż przyciąga.

Ma to szczególne znaczenie w dobie galopującego sekularyzmu. Również zresztą w Polsce, gdzie argument tradycji znaczy już coraz mniej, a dla najmłodszego pokolenia – tego, które jesienią najgłośniej protestowało na ulicach pod znakiem czerwonego pioruna – jawi się jako wręcz archaiczny. To także, jak przypuszczam, odpowiedź Ducha Świętego na doktrynalny i duchowy kryzys kościelnych instytucji, który wielu katolików zniechęca lub napawa lękiem czy nawet zwątpieniem. Ci ludzie przypominają o obietnicy Chrystusa, że powołanego przez Niego do życia Kościoła bramy piekielne nigdy nie przemogą.

I tu chciałbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Ten tekst nie jest żadną apologią ani chrztu w dorosłym wieku, ani – tym bardziej – porzucenia Kościoła, żeby po latach do niego wrócić i ujrzeć go nowymi oczami. Owszem, cieszę się, że wróciłem, i dostrzegam wiele płynących z tego faktu korzyści, ale zapewniam, że byłoby o wiele lepiej, gdybym w ogóle nie odchodził. Mógłbym uniknąć w ten sposób wielu głupstw, które poważnie zwichnęły mi życie, choć nie musiało do tego dojść. Nie zamierzam też nikogo przekonywać, że lepiej się ochrzcić, kiedy jest się już na tyle dojrzałym, by świadomie i samodzielnie podjąć decyzję.

Mówi to we wspomnianym na początku wywiadzie ks. dr Skrzypczak, zaznaczając, że chrzest dzieci należy traktować jak wyraz troski rodziców o to, żeby na start dostały to, co najlepsze. Jednocześnie podkreśla, że za często dziś spotykanym myśleniem „dziecko zdecyduje, kiedy dorośnie” kryją się wpływy niektórych protestanckich sekt. Podobną argumentacją posługują się też – jak wyjaśnia – środowiska skrajnie lewicowe, mające nadzieję na oderwanie młodego pokolenia od wpływu Kościoła. Tym bardziej że chrzest to – poza wszystkim innym – również element wychowania.

Przeciwnicy chrzczenia dzieci często podnoszą fakt, historyczny skądinąd, że w pierwotnym Kościele taki zwyczaj nie istniał. Zapominają jednak – lub celowo ignorują – że zaczęło się to zmieniać nie pod wpływem żadnych dekretów, reform bądź ustaleń teologów, ale dlatego, że sami wierni coraz częściej zaczęli prosić księży o ochrzczenie nowonarodzonego potomstwa. Postępowali tak, wychodząc z bardzo logicznego założenia, że człowiek już od najmłodszych lat powinien otrzymywać wsparcie w kroczeniu przez życie. A cóż w końcu może być lepsze dla chrześcijanina niż moc wynikająca z otwarcia drogi do zbawienia, którą można rozwijać i udoskonalać już od najwcześniejszego dzieciństwa?

Cały szkopuł w tym, że po drodze można się zagubić. Sprzyja temu zarówno ułomna ludzka natura, jak i logika świata. Nie mówiąc o tym, że wielu chrześcijanom ich religia zwyczajnie powszednieje, co poniekąd jest procesem naturalnym. Zapewne właśnie to stanowi przyczynę wielu odejść. Wiążą się one, ponad wszelkimi innymi, mniej i bardziej zasadnymi, powodami, z zanikiem poczucia sacrum. Proces powrotu, podobnie zresztą jak dojrzale podjęta decyzja o chrzcie, zaczyna się od ponownego – albo, jak w przypadku bohaterów tekstu Świerdzewskiej, w ogóle pierwszego – rozbudzenia tego poczucia. Reszta zależy już od determinacji.

Z ludźmi podejmującymi w dojrzałym wieku decyzję o otwarciu się na Chrystusa jest – przy zachowaniu wszelkich proporcji – trochę jak z męczennikami. Mogą stanowić dla nas dobry przykład, inspirować nas, umacniać duchowo, odradzać wiarę, ale nie powinni stać się regułą. I absolutnie nie piszę tego po to, żeby się wywyższać. Naprawdę – powtarzam to jeszcze raz – wolałbym, żeby tej wyrwy w moim życiu religijnym nigdy nie było. Podejrzewam, że wiele osób ochrzczonych jako dorośli powie wam to samo. Owszem, sporo zyskaliśmy, ale mamy też świadomość, co straciliśmy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s