Paradoks amerykańskiego katolicyzmu i lekcja dla nas

Przy okazji rozpoczynającej się właśnie prezydentury Joe Bidena dość dużo mówi się o jego katolicyzmie. I słusznie – w końcu to dopiero drugi przywódca Stanów Zjednoczonych, który deklaruje przynależność do tego wyznania. I nie tylko, jak się zdaje, deklaruje, lecz również publicznie manifestuje, uczęszczając regularnie na mszę czy opowiadając o swoim wielkim szacunku dla różańca. Na dodatek tuż przed uroczystością jego zaprzysiężenia amerykańskie media podały, że poprosił on jezuitę i byłego prezydenta Uniwersytetu Georgetown, ojca Leo O’Donovana, o otwarcie tej ceremonii modlitwą. Specjalne oświadczenie wystosował również amerykański episkopat.

Tylko że temu wszystkiemu towarzyszy dostrzegalny już na pierwszy rzut oka i podnoszony przez część zorientowanych konserwatywnie komentatorów paradoks. Otóż to odchodzący z urzędu Donald Trump – niekatolik i w przeszłości raczej antyteza chrześcijańskich cnót – ogłosił 22 stycznia Narodowym Dniem Świętości Ludzkiego Życia, podczas gdy katolik Biden wszędzie, gdzie tylko może, podkreśla swoje wsparcie dla zabijania nienarodzonych dzieci czy pozostających w jawnej sprzeczności z katolicyzmem postulatów ruchu LGBT. Bez względu na to, jak ocenimy tę pożegnalną decyzję Trumpa – czy zobaczymy w niej jego ideowy testament, czy jedynie wyraz złośliwości – ta sytuacja musi budzić zastanowienie.

Intrygująco wygląda też kwestia wspomnianego na początku oświadczenia biskupów. Nie jest ono jakoś szczególnie przychylne Bidenowi. Hierarchowie wypominają mu otwartym tekstem zaangażowanie się w działania, które sprzyjałyby moralnemu złu i zagrażały życiu i godności człowieka. Autorów niepokoi też kwestia wolności Kościoła i wolności wierzących do życia w zgodzie z własnym sumieniem. Czy tak piszą duszpasterze do swojego prezydenta? Chyba nie. Dodajmy jeszcze grudniową wypowiedź byłego arcybiskupa Filadelfii Charlesa Chaputa, iż Biden poprzez swoje poparcie dla aborcji i związków osób tej samej płci nie jest w pełnej jedności z Kościołem, a zatem nie może przystępować do komunii.

Gdzie wobec tego leży problem? Ma go Biden, czy może jednak amerykański Kościół? Tutaj na marginesie wypada uzupełnić, że także z tym oświadczeniem biskupów były kontrowersje, bo nie wszyscy hierarchowie poparli jego treść. Ostro zaatakował ją kardynał Blaise Cupich, który zaliczany jest do tzw. liberalnego skrzydła. Pokazuje to niestety bardzo przygnębiający obraz rozłamu, w którym nie dziwi, że katolikiem może się mienić zarówno opowiadający się za aborcją Biden, jak i krytykujący go arcybiskup Gomez – inicjator i główny autor spornego oświadczenia. I o ile nie żywię wątpliwości, że w tym klinczu to Gomez ma rację, o tyle sam fakt zaistnienia takiego rozdźwięku jest znamienny.

Inny przykład z ostatnich dni to atak ojca Jamesa Martina – też jezuity – na Polskę za rzekomą – jakże by inaczej – homofobię. Dostało się nam od zakonnego współbrata papieża Franciszka za aktywistki, które w połowie stycznia stanęły przed płockim sądem za rozklejanie nalepek z Matką Boską w tęczowej aureoli. W serii tweetów Martin udowadniał, że Maryja jest przecież dla wszystkich, a tworzenie jej portretów przez przedstawicieli odmiennych – jak to zgrabnie ujął – społeczności wierzących ma długą historię. Na moje pytanie, jak to możliwe, że Jezus, będący samą miłością, nigdzie nie zanegował biblijnego podejścia do homoseksualizmu, o. Martin nie odpowiedział. Może nie zauważył.

Oczywiście gdzieś w tle tego wszystkiego pobrzmiewają echa afery z byłym już kardynałem McCarrickiem, głośnych w ostatnich latach skandali seksualnych w amerykańskim Kościele i wypłacanych ofiarom księży pedofilów bajońskich odszkodowań, które doprowadziły między innymi do spektakularnego bankructwa diecezji Harrisburga w Pensylwanii. Co ma piernik do wiatraka? – zapyta ktoś. Jakimż to karkołomnym wysiłkiem intelektu można doprowadzić do połączenia bestii w ludzkiej skórze McCarricka i jego zboczonych koleżków w koloratkach z nawołującym do tolerancji Martinem i obnoszącym się ze swoim katolicyzmem prezydentem, który popiera aborcję? Otóż można. A nawet, jak się wydaje, chyba trzeba. Ku przestrodze.

Ale zanim rozwinę tę myśl, chciałbym wspomnieć o dwóch książkach. Kilka, a właściwie już naście lat temu w ręce wpadła mi powieść „Grzechy kardynalne” Andrew M. Greeleya. Autor był, jak przeczytałem w sieci, księdzem. Sama książka odmalowywała obraz Kościoła w USA jako siedliska korupcji, dewiacji seksualnych i wszelkich innych możliwych do wyobrażenia patologii. W zasadzie mógłbym ją określić jako katolicką mutację „Ojca chrzestnego”. Proces deprawowania zaczynał się już na poziomie seminarium, gdzie alumni dostawali się w macki najczęściej homoseksualnych klik, a później byli przepychani przez kolejne szczeble kariery. Ci, którzy w te chore układy nie wchodzili, lądowali na marginesie.

W pierwszej chwili pomyślałem, że facet zdrowo przegiął. Rozumiem względy fabularne – to się musi czytać – rozumiem, że w Kościele też są ludzie zepsuci i że być może nawet zajmują wysokie stanowiska, ale bez przesady. A potem zaczęły się pojawiać pierwsze teksty księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego o tzw. lawendowej mafii, której wpływy sięgają najpewniej do samego Watykanu. Podobne rzeczy, jak się niebawem przekonałem, pisał również Greeley już nie jako powieściopisarz, lecz jako naukowiec badający sprawy nadużyć w amerykańskim Kościele. I wtedy zaczęło do mnie docierać, że jego powieść to najpewniej ubrane w kostium fikcji wspomnienia. Zaraz potem lawina ruszyła w Polsce.

Kolejna pozycja to reportaż Michaela S. Rose’a „Żegnajcie, dobrzy ludzie”. Rose pokazuje w nim, jak liberałowie i moderniści zniszczyli fundamenty amerykańskiego katolicyzmu przez wniknięcie do seminariów. Byli alumni i księża, którym jakimś cudem udało się przetrwać w tych wylęgarniach zboczeń i herezji, opowiadają o doskonale zorganizowanym mechanizmie wypychania z wykładanej tam teologii zdrowej katolickiej nauki, prześladowania tych, którzy nie chcieli się jej wyprzeć, i promowania patologicznych relacji seksualnych pod sztandarem tolerancji i otwartości na odmienność. Wychowankowie tych seminariów dziś są biskupami i kardynałami.

Taki klimat panuje w amerykańskim Kościele od pół wieku. Od pół wieku systematycznie są tam podcinane korzenie wypracowanej na przestrzeni stuleci ortodoksji, a w powstałą po nich próżnię implementuje się modernistyczny relatywizm i ubrane w teologiczny kostium hasła kontrkulturowej rewolucji lat sześćdziesiątych. Od pół wieku seminarzyści, a później wierni są uczeni, że Biblia to nie zapis Objawienia, lecz uwarunkowanego czasem oraz kulturą stanu świadomości tych, którzy ją stworzyli, a zmartwychwstanie Jezusa i dziewictwo Maryi to nie historyczne fakty, lecz metafory, symbole albo poetyckie figury. A wszystko sowicie podlane sosem liberalizmu obyczajowego.

Czy w takiej sytuacji może zaskakiwać, że podobno rozkochany w różańcu Biden faworyzuje aborcyjną agendę, a jezuita Martin nie ma nic do powiedzenia o negatywnym stosunku Jezusa do grzechu homoseksualizmu? Biorąc zaś pod uwagę przywoływaną przeze mnie w tekście o Marcinie Lutrze ankietę o coraz bardziej katolickim stosunku amerykańskich protestantów do podstawowych prawd wiary, stajemy w obliczu kolejnego paradoksu. Bo oto możemy dożyć czasów, kiedy to protestanci będą bronić honoru Maryi, podczas gdy starający się za wszelką cenę przypodobać duchowi tego świata katolicy zaczną ją marginalizować, nazywać metaforą i gnoić każdego, kto śmiałby twierdzić inaczej.

A jaka z tego lekcja dla nas, w Polsce? Właściwie jest ich kilka. Pomijając oczywisty fakt, że z katolikiem Bidenem nie będzie nam po drodze, omówione powyżej przykłady kolejny raz uzmysławiają, co się dzieje, kiedy człowiek stawia siebie i swoje pragnienia na pierwszym miejscu. Jest to też przestroga, abyśmy nie spali zbyt spokojnie, bo wybuchające również w polskim Kościele skandale świadczą, że jest on penetrowany przez te same procesy, które tak spektakularnie rozmontowały Kościół w USA. Może są utajone, przykryte, ale przez to chyba o wiele bardziej niebezpieczne. Nie lekceważmy ich.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s