Biopolityka i stan wyjątkowy jako nowa norma?

Świadomość, że wszystko – albo prawie wszystko – już było, zwykle przynosi mi ukojenie. A że jest to prawda, przekonuję się co jakiś czas przy okazji różnych lektur. Oczywiście żadne zjawiska nie powtarzają się w stosunku jeden do jednego, niemniej sam fakt, że każda rzecz, jaką jesteś w stanie sobie wyobrazić, bądź jaka dotyka cię we współczesności, gdzieś kiedyś już wystąpiła, a ludzie musieli się z nią mierzyć, odrobinę podnosi na duchu i daje nadzieję, że będzie jeszcze normalnie. I nie inaczej powinno być z teraźniejszą sytuacją pandemiczną. Wszak nie pierwsza to ani tym bardziej zapewne nie ostatnia zaraza, a i metody walki z nią wydają się nie aż tak obce pasjonatom historii.

Cały ich katalog wylicza Tomasz Cukiernik w najnowszym „Do Rzeczy”.  Choćby Lockdown – po raz pierwszy coś, co można by takim mianem określić, zastosowano prawdopodobnie we Włoszech przy okazji dżumy z połowy XIV wieku. Nie dość, że wprowadzono ograniczenia w przemieszczaniu się ludzi i przepływie towarów, to jeszcze próbowano wdrożyć śledzenie kontaktów osób zakażonych. Do tego ludzie byli izolowani w specjalnych ośrodkach przez 40 dni. Stąd właśnie wzięło się tak dziś popularne słowo „kwarantanna”. Nawiasem mówiąc, sam pomysł separowania zdrowych od chorych zrodził się – jak przypomina autor – w Cesarstwie Bizantyjskim już w V wieku naszej ery. Bo wtedy też po Europie szalała pandemia.

Idźmy dalej. Podczas kwarantanny zastosowanej we Florencji w 1637 roku mieszkańcy mogli wychodzić jedynie na balkony lub dachy swoich domów. Tworzono także kordony sanitarne uniemożliwiające przekraczanie granicy miasta, co całkowicie rozłożyło handel. Z kolei przy okazji słynnej hiszpanki sprzed dokładnie stu lat w niektórych miejscach pozamykano teatry, sale taneczne, kina, a nawet kościoły. Władze nakazywały opryski środkami bakteriobójczymi i stosowanie osłon na twarz. W San Francisco – o czym Cukiernik nie pisze, ale pamiętam to z jakiegoś innego artykułu – wybuchły nawet z tego powodu zamieszki. W Polsce też mieliśmy sytuację kryzysową – we Wrocławiu w 1963 roku.

Mógłbym, posiłkując się tekstem Cukiernika oraz wujaszkiem G, dociągnąć tę wyliczankę do czasów już nam współczesnych – uwzględnić choćby wybuch pierwszego SARS w Chinach w 2002 roku. Mógłbym wreszcie przypomnieć, że różnego rodzaju blokady oraz restrykcje były ordynowane z powodu ataków terrorystycznych – na przykład po zamachach z 11 września. I to rzeczywiście powinno uspokajać, czyż nie? Nic, tylko usiąść, odpalić Netflixa i grzecznie czekać, aż złe minie i wrócimy do upragnionej normalności. Tyle że jakoś nie mogę się na to zdobyć.

A nie mogę, ponieważ nigdy dotąd techniczne możliwości masowego ubezwłasnowolniania i kontroli całych krajów nie były tak rozwinięte. Nie występował też pewien nader specyficzny mindset, sprzyjający totalitarnym zapędom – przynajmniej nie w takiej skali, jak obserwujemy to dziś. Słusznie w artykule sąsiadującym z tekstem Cukiernika zauważa Rafał Ziemkiewicz: dokładnie taka sama pandemia, z jaką mamy do czynienia dziś, jeszcze 20 lat temu przeszłaby przez świat prawie niezauważona. Tak przecież było ze świńską grypą. Zgadzam się również z Ziemkiewiczem, że to, co dzieje się obecnie, nie jest w istocie kryzysem zdrowotnym, tylko społecznym i politycznym – sposób, w jaki zarządza się walką z SARS-CoV-2, nie wynika z natury samego wirusa, lecz z jakichś katastrofalnych przesunięć w ludzkiej mentalności.

Dowodów można znaleźć aż nadto. Na przykład włoski filozof Diego Fusaro wrzucił na swój blog informację o nowym projekcie planu zwalczania epidemii na lata 2020-2023, w którym znalazły się konkluzje, że skoro przy okazji walki z wiadomym wirusem dystansowanie oraz maski pomogły ograniczyć rozprzestrzenianie się grypy sezonowej, to może warto pomyśleć o tym również po formalnym zakończeniu pandemii. Takie opinie pojawiają się zresztą coraz częściej. Nie tylko w odniesieniu do chorób, ale choćby do ochrony środowiska – no bo skoro lockdowny pozytywnie wpłynęły na jakość powietrza w uprzemysłowionych rejonach oraz na czystość wód… Reszty łatwo się domyślić.

Fusaro swój krótki wpis kwituje stwierdzeniem, że stan wyjątkowy staje się normą, a wyjątek – regułą. Nie jest to jego oryginalna refleksja. Koncepcję permanentnego stanu wyjątkowego jako metody zarządzania ludźmi już od dawna rozwijał w swoich pracach inny włoski filozof – Giorgio Agamben. Nawiasem mówiąc, już wiosną ubiegłego roku stał się on we Włoszech wrogiem publicznym numer jeden, bo jako jeden z nielicznych intelektualistów – a w każdym razie jedyny z cieszących się powszechnym autorytetem – sprzeciwił się wprowadzanym tam ograniczeniom, nazywając je wariackimi, irracjonalnymi i absolutnie nieuzasadnionymi. A do tego, niczym rasowy foliarz, ośmielił się określić pandemię jako „domniemaną”.

Agamben jest ponadto twórcą pojęcia „biopolityki”, czyli konkretyzującego się chyba właśnie na naszych oczach systemu, w którym społeczeństwo przestaje być wspólnotą osób, a zmienia się w populację – poruszającą się, gadającą i generującą zysk kupę zdehumanizowanego mięsa i narządów, którą zarządza się za pomocą drobiazgowych metod nadzoru i „wyszczepia” jak, nie przymierzając, bydło, kiedy zachodzi taka konieczność. Brzmi jakoś podejrzanie znajomo, prawda?

Nawet najzagorzalsi krytycy nie śmieli odmówić Agambenowi słuszności, gdy wskazywał, że dawniej ludzkość nękały poważniejsze epidemie, a mimo to nigdy dotąd nie wprowadzono aż tak drakońskich restrykcji, i to praktycznie na całym globie równocześnie. Dlaczego tak jest? Według koncepcji Agambena – do roku 2020 brzmiących jeszcze bardzo ezoterycznie, a dziś boleśnie namacalnych – to wina nowoczesnych państw, które zamiast produkować porządek i służące obywatelom prawo, zajmują się zarządzaniem chaosem i uprawianiem propagandy niepokoju. Robią tak zresztą poniekąd na życzenie samych obywateli, którzy doprowadzani do histerii przez goniące za klikalnością media domagają się, żeby „coś zrobić”.

Ja, jako osoba wierząca, patrzę na tę kwestię w kategoriach bardziej metafizycznych. I znów muszę się zgodzić z przywoływanym już Ziemkiewiczem, gdy konstatuje, że jest to w dużej mierze wina wylansowanego i wtłoczonego ludziom przez proroków demokracji liberalnej modelu życia zastępującego wiarę w Boga wiarą w to, że na każdy problem musi znaleźć się pigułka dająca szybkie rozwiązanie, a co najmniej ulgę. W ciągu ostatnich miesięcy do rangi takiej „pigułki” awansował reżim sanitarny i aplikujący go nam lekarze-kapłani w rodzaju panów Horbana, Guta czy Simona.

No tak, ale zdiagnozowanie przyczyn to jedno, a mierzenie się z ich konsekwencjami – drugie. Czy więc rzeczywiście grozi nam przyszłość, w której już zawsze będziemy nosić maseczki i uciekać od siebie na ulicy i w sklepach jak od trędowatych, a byle grypka albo inna infekcja, którą jeszcze niedawno każdy lekarz zaleciłby leczyć sokiem malinowym, zacznie stanowić powód do ogłaszania lockdownów i zapędzania ludzi do izolacji jak, nie przymierzając, świń do chlewu? Chciałbym móc powiedzieć, że taka opcja wydaje mi się przesadzona, że mimo wszystko zdołamy się jakoś z tego amoku otrząsnąć, ale niestety pozostaję w tym względzie pesymistą. Zbyt wiele sił odkryło, że biopolityka i stan wyjątkowy to wymarzone narzędzia administrowania biomasą, w którą pozwalamy się zmieniać.

Choć przez to tym bardziej cieszy mnie każdy gest oporu. Kiedy w tym samym „Do Rzeczy”, w którym znajdują się przywoływane powyżej artykuły Ziemkiewicza i Cukiernika, czytam w wywiadzie z liderem Góralskiego Veta Sebastianem Pitoniem, że prowadzona obecnie przez rząd covidowa polityka depcze ludzką godność, mogę tylko przyklasnąć. Dobrze, że w ogóle ktoś jeszcze się tym terminem posługuje – zwłaszcza w przykrej dla mnie osobiście sytuacji całkowitej dezercji hierarchów Kościoła, którzy bez przerwy gardłują o tak „bezpiecznych” tematach jak aborcja czy śmierć Polaka w szpitalu w Plymouth, jednak tu tragedii nie widzą.

Więc owszem, jestem sceptyczny. Ale jestem też – przynajmniej staram się być – człowiekiem zawierzenia. A co za tym idzie – także nadziei. W końcu nic nie zostało wyryte w kamieniu – komunizm też przecież miał trwać wiecznie. Aczkolwiek po cichu liczę, że obalanie „nowej normalności” zajmie trochę mniej czasu. Tak jak liczę, że doczekam dnia, w którym wszyscy Horbanowie (kup se hantle za parę groszy) i Gutowie tego świata zajmą należne im w historii miejsce jako… nie, resztki przyzwoitości nie pozwalają mi dokończyć.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s