Ważna lekcja, której udziela katolikom Szymon Hołownia

Szczerze mówiąc, mam bardzo mieszane uczucia względem najnowszej publikacji tygodnika „Sieci” o Szymonie Hołowni. Z jednej strony rozumiem – Hołownia wszedł w dużą politykę, więc musi być przygotowany na to, że media dobiorą mu się do skóry i wyciągną przeszłość. Także tę, o której najwyraźniej chciałby zapomnieć. A że by chciał, najwymowniej świadczy jego reakcja na tekst Marka Pyzy i Marcina Wikły. A z drugiej styl, w jakim już post factum redakcja braci Karnowskich ciągnie temat – poświęcona Hołowni audycja i wywiad na portalu wPolityce z ks. prof. Pawłem Bortkiewiczem – wygląda mi na typowe grzanie. Mam nadzieję, że z równą gorliwością będą „rozbierać” polityków prawicy, jeśli zajdzie konieczność.

Gdyby komuś nie chciało się szukać, krótkie streszczenie. Otóż panowie Pyza i Wikło zrobili kwerendę cytatów z Hołowni z czasów, kiedy jako katolicki publicysta oraz autor poczytnych książek objeżdżał cały kraj, wygłaszając przemowy w kościołach czy bibliotekach. Cóż tam przemowy – to były raczej płomienne kazania, jakich nie powstydziłby się niejeden ksiądz lub – to porównanie zdaje się bardziej adekwatne – teleewangelista. Wiele z nich mogłoby mocno zdziwić dzisiejszych sympatyków Polski 2050, nie mówiąc o członkach takich jak Hanna Gil-Piątek. Dziennikarze „Sieci” próbują dociec, jak to się ma do poparcia, jakiego dziś Hołownia udziela Strajkowi Kobiet, czy jego deklaracji, że jako prezydent nie podpisałby żadnej ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne.

Ale ja właściwie nie o tym. Bo niezależnie od tego, jakie komu przyświecały tu intencje i jaki był faktyczny cel wzięcia Hołowni pod wnikliwą lupę akurat teraz – tak, wiem, coraz bardziej przychylne mu sondaże – jego przypadek powinien być dla ludzi wiary niezwykle pouczający. Dokładnie tak, wiary. Bo ja osobiście z takiej perspektywy wolę na całą kwestię patrzeć, niż przemyśliwać ją od strony czysto politycznej. Choć oczywiście polityka odgrywa tutaj pewną wtórną rolę jako katalizator ideowych zmian, które bohater tekstu Pyzy i Wikły prezentuje. A lekcja, która z tego wynika, jest istotna dla mnie osobiście jako kogoś, kto swego czasu był… może nie tyle zafascynowany Hołownią, co raczej przekonany, że proponowane przez niego podejście do katolicyzmu jest optymalne dla dzisiejszych czasów.

Zacznijmy od tego, że mnie ewolucja Hołowni wcale nie dziwi. Co więcej, wydaje mi się, że kiedy dziś mówi, że osobiście jest przeciwko aborcji, ale jako polityk nie poparłby dla dobra państwa, w którym nie wszyscy podzielają katolickie poglądy, projektów zmierzających do jej wyeliminowania, to jest w tym… z grubsza szczery. Tak jak szczery był wówczas, gdy w swoim „kaznodziejskim” okresie głosił, że aborcja to zabójstwo w każdym przypadku. Kiedy broni się, że już tak nie mówi, bo nie jest publicystą, to w zasadzie też gra fair, bo przyznaje, że kierują nim motywacje polityczne.

Wobec opisanego w artykule „Sieci” Hołowni sprzed kilku lat pojawia się zarzut – wybrzmiał on zresztą także we wspomnianej audycji – że cała chrześcijańska otoczka i kręcące się wokół niej show tak naprawdę służyły mu tylko do sprzedawania książek. Ale ja w to też nie wierzę. Nie zostaje się katolickim publicystą, żeby zrobić karierę. Są na to znacznie przyjemniejsze i generujące mniej negatywnego rezonansu sposoby. Myślę, że on wierzył w to, co wtedy pisał i mówił. I to przy wszystkich doktrynalnych lub innych zastrzeżeniach, jakie można by wobec tego mieć. Wierzę, że nie był w tym cyniczny. Nie inwestuje się aż takich ilości energii w coś, co robi się wyłącznie dla kasy. Nie w tym – kolokwialnie ujmując – interesie. Co więc stało się od roku 2013? Wbrew pozorom nie aż tak wiele, jak można by sądzić, i niekoniecznie winne jest tu wejście w politykę.

Problem Hołowni polega na tym, że od samego początku medialnej kariery usiłował lansować katolicyzm w wersji soft. Jego katolicyzm to był w zasadzie taki dobroludzizm z domieszką eschatologii. Robił to zarówno w swoich felietonach w „Newsweeku” – tak, miał tam rubrykę – jak i w Religia TV. A był to katolicyzm pozbawiony ostrych kantów, przyjazny, unikający mówienia zbyt trudnych rzeczy, oceniania, może wierny magisterium Kościoła co do zasady, ale sprowadzający je do jedynie osobistego wyboru bez konsekwencji społecznych. Bardziej niż drogą wytyczoną przez Chrystusa był on kojącym balsamem duszy, metafizyczną tabletką z krzyżykiem dla zabieganego współczesnego człowieka. To nie mogło się udać. A najlepiej świadczy o tym właśnie los zbudowanej na tym Religia TV. Ktoś w ogóle ją jeszcze pamięta?

Niestety tu muszę posypać głowę popiołem, bo – jak już nadmieniłem – wtedy uważałem, że to jest jedyna forma funkcjonowania Kościoła w świecie zdominowanym przez demokrację liberalną. Miał on towarzyszyć, ale nie narzucać się, głosić swoje prawdy, ale nie oczekiwać, że ktokolwiek będzie ich przestrzegał. Miał być po prostu jednym z wielu równoprawnych głosów na szwedzkim stole idei lub – jak kto woli – towarów w kolorowym hipermarkecie, w jaki przeistoczyła się zachodnia cywilizacja po końcu historii. Mógł więc sobie Kościół i jego oferta istnieć, byle nie naruszał liberalnego status quo. A Hołownia stał się polską twarzą tego myślenia. I właśnie dlatego tak szybko zyskał tak niesamowitą popularność.

Później został nieco przeczołgany przez los. Przekonał się, że liberalna tolerancja ma swoje granice, kiedy zmuszono go – niestety w tej chwili nie pamiętam, w jakich okolicznościach – do odejścia z „Newsweeka”. To jednak niewiele go nauczyło, bo nadal próbował godzić bycie katolikiem z kompromisami na rzecz ducha czasów. Stąd, jak sądzę, praca w TVN. Nie chcę bawić się tutaj w psychologizowanie, ale podejrzewam, że starał się zażegnać tę sprzeczność przede wszystkim w sobie. Może bycie katolikiem – niełatwe przecież, gdy się chce dochować wierności – ciążyło mu. Może miał już dosyć protekcjonalnych żarcików Marcina Prokopa. A może po prostu krzyż mu się przejadł. Bywa i tak.

W każdym razie przypadek Hołowni jest – według mnie – bardzo spektakularną ilustracją słów Jezusa z Ewangelii św. Mateusza, że nikt nie może dwóm panom służyć, bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Ewentualnie można przywołać jeszcze inny cytat, z listu do Kościoła w Sardes w Apokalipsie św. Jana: „Obyś był zimny albo gorący. A tak, skoro jesteś letni, i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust.” Szpagat – a tym właśnie zawsze była działalność Hołowni – da się wykonywać do pewnego momentu, jednak w końcu któraś strona musi przeważyć.

I w tym sensie kazus Hołowni to też poniekąd pars pro toto tak zwanego Kościoła otwartego. Nieprzedłużenie stanowiącemu jego forpocztę „Tygodnikowi Powszechnemu” umowy najmu lokalu w budynku krakowskiej kurii jest pod tym względem nader symboliczne. Katolicyzm letni, czyli de facto bezobjawowy, nie jest tak naprawdę nikomu do niczego potrzebny. Wręcz stanowi zaprzeczenie tego, jak rolę Kościoła kreślił Chrystus. Tym się właśnie kończy próba przypodobania się duchowi świata. Prędzej czy później, by móc sprostać jego oczekiwaniom, najpierw chowasz poglądy do kieszeni, a potem pozbywasz się ich, redefiniujesz. Tak zrobił Hołownia i tak też czynią katolicy otwarci, którzy po okresie hamletyzowania koniec końców zawsze wystąpią przeciw ortodoksji, usprawiedliwiając się właśnie ową mityczną otwartością.

Hołownia postępuje identycznie w obszarze polityki. Twierdzi, że jego osobiste przekonania – oby wciąż szczere – nie mogą przesłaniać mu prostego faktu, iż nie wszyscy w społeczeństwie je podzielają, a zatem on nie może się nimi kierować w działalności publicznej. To doprawdy paradne. Politycy o orientacji lewicowej takich skrupułów bynajmniej nie mają. Nie tylko nie liczą się ze zdaniem tych, którzy nie współdzielą z nimi ich wizji świata, ale wręcz ich sekują. Zresztą tak funkcjonuje każdy polityk – każdy poza politykiem katolickim, bo on jako jedyny ma swoich poglądów się wyprzeć i podzielić swoje życie na to, w co wierzy prywatnie, i to, jak głosuje czy jakie prawo tworzy.

Czyli, poszerzając spektrum, według Hołowni katolik to jedyny typ człowieka lub obywatela, który na rzecz dobra wspólnego, żeby nie wprowadzać zamieszania i sporów, ma wyrzec się swojej integralności. Bo jednak, co by nie mówić, zazwyczaj człowiek i jego światopogląd, a co za tym idzie – również wynikające z niego decyzje i działania, to nierozerwalna i spójna całość. Jeśli zostaje ona zaburzona, popadamy w moralną schizofrenię, stajemy się po prostu dwulicowi. Czy do tego zachęca Szymon Hołownia?

Grafika: wPolityce.pl

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

9 myśli na temat “Ważna lekcja, której udziela katolikom Szymon Hołownia

  1. Panie Marcinie, bardzo mi miło, że odkryłem ostatnio Pana blog i w ogóle Pana publicystykę. Pański punkt widzenia na współczesny świat jest bardzo bliski mojemu, być może dlatego, że przebywam podobną drogę odnośnie wiary i swojego miejsca w Kościele.
    Chciałbym jednak wprowadzić ciut polemiki do tematu Szymona Hołowni. Pomimo, że nie jest i nigdy nie był to gość z mojej bajki, raczej bardzo na pewno głosu na niego nie oddam, to czytając Pana tekst, wkradła mi się do głowy obronna dla Hołowni myśl – hipoteza taka, że może jego otwarte podejście do wiary nie spowodowało rozmycia jej, lec schował on ją przed światem zupełnie świadomie i co najważniejsze uczciwie.
    Bo jeśli, publicysta, czy kaznodzieja może sobie pozwolić na wyrażanie spolaryzowanych, bezkompromisowych myśli, opinii, poglądów, gdyż i tak w większości mówi już do ludzi przekonanych, a werbunek nowych dusz ogranicza się do tych wątpiących, poszukujących, których nie złapało jeszcze pole magnetyczne przeciwnej strony, to dla polityka w demokratycznej rzeczywistości, taka strategia oznacza większą lub większą marginalizację. A w polskiej polityce prawicowe kanapy są już wygodnie „obsiadnięte”, miejsca tam tyle co nic. Hołownia chce więc powalczyć o centrum, w którym podejście do religii jest co najwyżej letnie, jeśli nie obojętne czy nawet chłodne. Nie odniósłby więc tam żadnego wyniku stosując scholastyczne pouczania czy głosząc „katolskie” widzenie świata. Postanowił więc Hołownia, według mojej przytoczonej tu hipotezy, schować swoją wiarę w kieszeń, tak jak medalik na piersi czasem chowa się pod kurtkę czy koszulę. Będąc fajny, taki za, a nawet przeciw, dać się wybrać, może nawet przejąć władzę i wtedy po maluchu ideały chrześcijańskie przekuwać w czyn. Może Hołownia pomyślał, że np. choćby w sprawie aborcji, nie negując publicznie do niej prawa, innymi sposobami może spowodować, że na sto dziś zabijanych płodów, jest w stanie uratować ich pięćdziesiąt, zmienić trochę postawę społeczną w tej kwestii i tym samym czyniąc jakoś ten świat lepszym.
    Bardzo prawdopodobne, że taki przytoczony tu wallenrodyzm Hołowni bardziej faktycznie pasuje do tworu literackiego, niż rzeczywistości i nijak ma się do niej. Nie wiem też, czy człowiek jest w ogóle w stanie mentalnie udźwignąć taką aberrację, ale jeśli wiara Szymona Hołowni jest głęboka i prawdziwa, a za jego czynami stoi prawdziwa wiara i Opatrzność Boża to kto wie?

    Polubione przez 1 osoba

  2. Panie Piotrze, dziękuję za miłe słowa i przepraszam za zwłokę w odpowiedzi – trochę byłem wyłączony, więc tylko zaakceptowałem, a odpowiedzieć postanowiłem później. Czy Hołownia świadomie ukrył swoją wiarę? Hmm… wydaje mi się to dość karkołomne, choć oczywiście nie niemożliwe. A karkołomne dlatego, że jako wierzący i otwarcie o tym mówiący publlicysta, i to jeszcze z jego zasięgami, miałby, paradoksalnie, szansę znacznie więcej zdziałać w sensie szerzenia bliskich mu wartości wśród ludzi niż jako zmuszony kombinować polityk. Każdy, kto obserwuje politykę partyjną i parlamentarną, wie, że jest ona dziś w zasadzie zablokowana i nieskuteczna – kryzys demokracji, postpolityczność, która zastępuje idee, i inne tego typu sprawy, o których długo by tu pisać. Dziś naprawdę o wiele lepiej kształtuje się zbiorowe nastroje i kierunki rozwoju społeczeństw poprzez media. Zostając zawodowym politykiem, de facto skazujemy się na dobrowolny paraliż. Więc jeśli Hołownia faktycznie taką taktykę przyjął, to obawiam się, że źle to skalkulował. Polityka prędzej zmieni jego, niż on ją. Nam pozostaje się za niego modlić, do czego zachęcam.

    Polubienie

  3. Myślę że pominął Pan jeszcze bardzo ważne kwestie w zakresie tego co się stało od roku 2013… A trochę się jednak stało, chociażby ślub oraz narodziny córeczki, której przyszłość była jedną z jego głównych motywacji do wejścia do polityki.
    Jeśli chodzi o aborcję to jestem przekonana, że nie raz musiał sobie zadawać to pytanie, a co jeśli jednej z najbliższych mu w życiu kobiet by się to przytrafiło – płód obciążony poważnymi/letalnymi wadami. Oczywiście udzielił by możliwie jak największego wsparcia, ale czy byłby w stanie powiedzieć jej, że musi urodzić bez względu na wszystko? A teraz jeszcze przełóżmy sobie to na grunt społeczny, wyobraźmy sobie, że to spotyka kobietę w dużo gorszej sytuacji życiowej niż Hołowni…
    Podejrzewam, że założenie i działalność w fundacjach również nie pozostały bez wpływu, obcowanie z ludźmi zupełnie innych kultur może mocno wpłynąć na zmianę perspektywy.
    Natomiast z mojej perspektywy (jako osoby z zewnątrz, bo już dawno Kościół Katolicki stracił dla mnie jakąkolwiek wiarygodność) Hołownia jest z pośród katolików jakich znam, chyba najlepiej realizującym nauki Jezusa. Podobnie jak On wychodzi do ludzi, naucza, daje przykład jak być dobrym człowiekiem. Przy czym chciałabym zauważyć, że Jezus nigdy nie nawoływał swoich uczniów do szerzenia wiary i narzucania boskich przykazań siłą, nie wysyłał ich aby przejmowali władzę i przekształcali przykazania w prawo świeckie. Apostołowie tak jak On mieli porzucić wszystkie dobra materialne, chodzić i nauczać tych co chcą słuchać, a po prostu nie przejmować się tymi co słuchać nie chcieli – tych miał osądzić Bóg. Cały czas odnoszę wrażenie, że do właśnie Kościół i to już od bardzo dawna przestał podążać śladami Chrystusa…
    Z drugiej strony myślę, że Pan Piotr ma sporo racji z tym schowaniem wiary do kieszeni, musiał to zrobić, bo chce znaleźć sposób by zjednoczyć ten naród, a niestety religia to jest jedną z tych sfer, które nas obecnie dzielą. Jak polityka wpłynie na kwestie duchowe Hołowni tego nie wiem, ale nie sądzę żeby miał porzucić swój system wartości, natomiast, jasno zdeklarował i za to go szanuję, że nie ma zamiaru narzucać się z tym systemem wartości wszystkim rodakom, że może jedynie dawać przykład. W końcu już wcześniej zdecydował, że księdzem nie będzie, że jednak to nie jego powołanie, a i tak podejrzewam, że w praktyce dużo więcej zdziałał dla szerzenia wiary katolickiej niż niejeden duchowny. Nie rozumiem więc pretensji o to, że teraz zdecydował się działać na trochę innym polu w interesie swojego kraju i swojej rodziny, a nawet też Kościoła, bo przy obecnych tendencjach nie wykluczony jest scenariusz irlandzki, czyli przeskoczenie wahadła z prawej strony na lewą, Szyman stara się zatrzymać to wahadło gdzieś po środku.
    I tak jak Pan Piotr napisał, tak Szymon chce zmieniać ten świat na lepsze po kawałku, sam to wielokrotnie powtarzał. Nikt nie ma takiej mocy, żeby naprawić cały świat, ale jeśli każdy dobry człowiek zmieni na lepsze chociaż kawałek tego świata, to już wtedy ten świat stanie się dużo lepszy. I to są słowa za którymi wspólnie mogą pójść ramię w ramię i lewicowiec i katolik. Z resztą z taką intencją zakładał też swoje fundacje.
    Polecam też sięgnąć po ostatnią książkę Hołowni, co prawda w większości jest ona bardziej o technicznych aspektach kampanii i przygotowań, ale można się też trochę dowiedzieć o motywacjach.

    Polubienie

    1. Dziękuję, że Pani o tym przypomniała. Hołownia rzeczywiście mówił w kilku wywiadach o ślubie i narodzinach córeczki jako motywacjach. Pamiętam też jego felietony, w których pisał o Afryce. Natomiast powiem Pani szczerze, że mnie się ta kwestia wydaje średnio istotna dla tego, nad czym się tu zastanawiamy. Bo z tego, co Pani piszę, rozumiem, że chce Pani wykazać, iż przy takich doświadczeniach, jakie miał Hołownia – zetknięcie z innymi kulturami, ślub, ojcostwo – każdy by przeszedł taką przemianę jak on. Czyli że są to doświadczenia uniwersalne. Nie jestem co do tego przekonany. Tak jak trochę ciężko mi sobie wyobrazić, że przyszły ojciec zastanawia się akurat nad tym, co się stanie, jeśli jego dziecko będzie miało śmiertelną wadę, i czy ma prawo zmusić żonę do jego urodzenia, po czym dochodzi do wniosku, że takiego prawa nie ma. Rodzice chyba jednak zakładają / mają nadzieję, że dziecko urodzi się zdrowe, a jeśli tak się nie dzieje, to je przyjmują. Ja jestem takim dzieckiem, proszę Pani. Poza tym jak to właściwie jest z tymi wadami letalnymi – w sensie ile procent wśród poczętych dzieci one rzeczywiście stanowią? Chyba dość znikomy. A jednak nagle to one są głównym argumentem w ustach zwolenników liberalizacji prawa aborcyjnego. Dziwne.
      Co do Kościoła. Myli się Pani, pisząc, że Jezus nigdy nie nawoływał do szerzenia wiary. „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.” (Mt 28,19-20) „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście.” (J 14,6-8) Aczkolwiek domyślam się, że chodzi Pani bardziej o formę tego szerzenia, niż o sam fakt, że Kościół ma takie posłannictwo. Na usta cisną mi się same banały o tym, że Kościół rzeczywiście nie zawsze potrafił to robić w duchu Chrystusa itp. Ale to są truizmy, więc nie będę tego rozwijał. Natomiast nie można powiedzieć, że ludzie wiary nie są do takiej działalności posłani. Są. I dlatego Hołownia pisał swoje książki, a ja założyłem ten blog. Bo posłannictwo jedno, choć wiele dróg. I wiele sposobów.
      Pewnie odpowie mi Pani teraz, że dobrze, ale to nie znaczy, że Kościół powinien kształtować prawo aborcyjne. Tylko że Kościół to ludzie, czyli m.in. zwykli obywatele Polski, tacy jak Pani i ja, którzy przygotowywali projekty ustaw zaostrzających to prawo lub podpisywali się pod nimi. Wszystkie zresztą tak rzekomo katolicki PiS i tak odesłał do zamrażarki. W tym sensie z pewną dozą ironii mogę powiedzieć, że TK wyciął Kaczyńskiemu niezły numer. Ja też się pod jednym takim projektem podpisałem. Nie może mieć Pani do nas pretensji, że próbujemy wpływać na rzeczywistość w sposób, który uważamy za dobry. I który – jak z głębi serca wierzymy – wynika z nauk samego Jezusa. Robi to każdy, komu na czymś zależy. To, przynajmniej co do samej zasady, tak jakby Pani miała pretensje do ruchów LGBT, że walczą o swoje równouprawnienie.
      Mój zarzut do Hołowni w tym zakresie sprowadza się do tego, co napisałem na końcu mojego tekstu. Do tego, że albo się jest katolikiem konsekwentnie i integralnie – co wyraża się również w życiu społecznym czy politycznym, jeśli ktoś do niego przystępuje – albo nie. „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.” (Mt 5,33-37) I w myśl tej zasady nikt nie może powiedzieć, że aborcja nie jest zabójstwem. Jedyne, o co można tu ewentualnie toczyć spór, to to, jak sprawić, by było ono dokonywane jak najrzadziej. „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było.” (Mt 19, 8-9) Tu akurat jest o żonach, ale chodzi ogólnie o to, że Jezus rozumie, że ludzie nie zawsze są w stanie być heroiczni, więc dotyczy też aborcji. Przykro mi, że Hołownia jako mój brat w wierze – przynajmniej mam taką nadzieję – tak do tego nie podchodzi.

      Polubienie

      1. Hołownia cały czas wyraża się jasno co do swoich poglądów, uważa że aborcja zawsze jest złem i w tej kwestii swojego zdania nie zmienił. Zmienił się tylko jego stosunek co do konieczności wprowadzania odgórnych prawnych obostrzeń i to jest moim zdaniem bardzo słuszne, bo jak zauważyłam wcześniej Jezus nigdy nie był za szerzeniem swoich nauk przymusem, jedynie słowem. Ja uważam, że każdy katolik ma pełne prawo mówić o tym że uważa aborcje za zło, ale tylko mówić, tłumaczyć, debatować, a nie zmieniać na siłę świeckie prawo, które dotyczy wszystkich nie tylko katolików. Prawo musi traktować równo wszystkie światopoglądy.
        Nikt nawet z najbardziej skrajnej lewicy nie będzie zmuszał kobiet katoliczek do przerywania ciąży, ale też katolicy nie mają prawa zabraniać tego kobietom niewierzącym. Tak samo np. co do LGBT, katolickie władze wprowadzają zakazy parad równości, to dlaczego nie wprowadzić też zakazu procesji na Boże Ciało (mnie jedne i drugie irytują w podobnym stopniu)?
        Różnica polega na tym że ruchy LGBT walczą tylko o swoje równouprawnienie, walczą z wykluczeniem, stygmatyzowaniem, a Kościół chce narzucać swoje kościelne prawo osobom niewierzącym. Hołownia zauważył że takie podejście bardzo łatwo już może doprowadzić do odwrócenia sytuacji, może się okazać że zaraz to Kościół zostanie zepchnięty na margines.
        Natomiast wracając do tematu aborcji, Hołownia (jak już Pan Piotr wcześniej zauważył) chce podejść do tematu od zupełnie innej strony, chce dążyć do tego aby było jak najmniej takich sytuacji, że kobieta chce/potrzebuje tej aborcji. I to nie jest jakieś gdybanie, bo obserwuję i analizuję już poczynania i poglądy Szymona od prawie roku, dzięki czemu mogę powiedzieć że Pan Piotr bardzo dobrze rozpoznał jego intencje.
        Mimo, że sama jestem osobą niewierzącą i moje poglądy kierują się bardziej w lewo, to uważam, że religia wielu ludziom jest potrzebna i takie gwałtowne odwrócenie w stronę lewicy w cale nie jest szczególnie dobre. Dlatego bardzo doceniam to co robi Hołownia żeby przyhamować ten proces i łagodzić podziały. To czego się podjął jest olbrzymim wyzwaniem i poświęceniem. Jeśli bym nadal wierzyła w Boga to zdecydowanie uznałabym, że to On właśnie nim kieruje. Lidzie z jednej strony tak inteligentni, a z drugiej z taką wrażliwością i olbrzymim pokładem zaangażowania i energii do działania, do zmieniania świata na lepsze, są rzeczywiście rzadkością, którą łatwiej znaleźć w powieściach. Ale wydaje mi się jednak, że to właśnie osoby religijne powinny być bardziej skłonne do uwierzenia w rzeczy z pozoru niemożliwe a przynajmniej mało prawdopodobne. Niestety taki chyba los ludzi wyjątkowych, że za życia często są krytykowani, wyśmiewani, a ich zasługi są doceniane dopiero po ich śmierci.
        Ironią jest, że w czystość i szczerość intencji Szymona, w większości wierzą ludzie o bardziej lewicowym światopoglądzie…

        Polubienie

      2. Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz. Co do tej szczerości Hołowni… tu mogę mówić tylko za siebie i mówię, że ja mu jej nie odbieram. Mój tekst w ogóle nie był o tym. Był raczej krytyką / wyrazem niezrozumienia jego postawy z punktu widzenia osoby wierzącej i zasad, które ta wiara niesie. O tym, czy jest szczery, czy tylko coś udaje, nie mogę wyrokować, bo nie siedzę w jego umyśle. A dlaczego prawa strona mu nie wierzy? Myślę, że pomijając obecne także u mnie niezrozumienie postawy, wynika to po prostu z typowego przekonania, że z chwilą wejścia do polityki człowiek zaczyna grać.
        Dlatego też tym bardziej upieram się przy tym, co napisałem Panu Piotrowi. Jeśli Hołownia nadal wierzy, że aborcja jest złem, to zdecydowanie więcej by zrobił, lobbując za tym poglądem jako cieszący się sporą rozpoznawalnością i niezależny od nikogo publicysta czy nawet działacz społeczny, niż jako polityk. Tylko że moim zdaniem on nie chce. A nie chce, bo – tak jak napisałem w tekście – wywodzi się z pewnej specyficznej formacji intelektualnej zwanej katolicyzmem otwartym, której cechą charakterystyczną jest niechęć do kategorycznego oddzielania dobra od zła i skłonność do zawierania kompromisów z duchem świata kosztem wierności Chrystusowi.
        Co zaś tyczy się samej aborcji czy narzucania swojego poglądu innym: wie Pani, to jest tak, że my oczywiście nie musimy, a być może nawet nie powinniśmy naciskać na zmianę prawa, a zamiast tego – wzorem Chrystusa, który nie był politykiem – przekonywać jedynie słowem; tyle że to przekonywanie ma gdzieś, w jakiejś bliższej lub dalszej perspektywie, na celu jednak zmianę powszechnej świadomości. To zaś może poskutkować – i oby tak się stało – dojrzeniem do zmiany prawodawstwa w tym zakresie. Dziś rzeczywiście trudno to sobie wyobrazić – głównie ze względu na tę wspominają przez Jezusa zatwardziałość serc plus usilne lansowanie innych wzorców – ale… za pięć lat? za dziesięć? Kto wie.
        I polityk naprawdę nie musi tu tkwić w aksjologicznym rozkroku. Przykładem choćby Marek Jurek, który pozostał konsekwentny w swoich wartościach. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że na tym przegrał. Tyle że długofalowo może jednak wygrał, bo cały czas funkcjonuje w polityce i o tych wartościach przypomina, co jest przysłowiową kroplą drążącą skałę.

        Polubienie

  4. W Pana rozumowaniu jest dużo sprzeczności. Wynikało by z niego, że żaden katolik nie może być dobrym politykiem. Bo dobry polityk nie może narzucać swojego światopoglądu i religii ludziom innych wyznań, czy też niewierzącym, może jedynie wyrażać swoje stanowisko w DEBATACH jako reprezentant ludzi o takim, a nie innym światopoglądzie. A obnoszenie się ze swoją wiarą publicznie jest wysoce niewskazane, w szczególności jeśli chce się reprezentować interesy wszystkich obywateli kraju, a nie tylko katolików (ale czy tak na prawdę katolik ma obowiązek się obnosić ze swoją wiarą?).
    To co robi obecna władza jest przeciwskuteczne temu do czego chcecie dążyć. Narzucanie siłą ludziom praw kościelnych powoduje tylko, że ludzie będą od niego tylko coraz bardziej odchodzić. To nie jest kropla drążąca skałę, tylko powódź, przed którą ludzie uciekają, która niweczy działalność tych wszystkich „kropli”.
    Polityka i religia to są dwie oddzielne sprawy i nie można ich łączyć, nie może być tzw. „sojuszu tronu z ołtarzem”, bo to tylko szkodzi i jednej i drugiej stronie.
    Natomiast co do szerzenia wiary, poza słowem jest jeszcze inny sposób – można to robić przykładem. I tą drogę obrał Szymon, z resztą nie raz się na ten temat wypowiadał:
    https://www.youtube.com/watch?v=pf7T7QkUZO0
    https://www.youtube.com/watch?v=aIUmsPd83FQ
    Więc on nie będzie lobbował za zakazem aborcji nie dlatego, że zmienił zdanie na jej temat, tylko dlatego że zrozumiał, że nie tędy droga. I uważam w przeciwieństwie do Pana, że na tej którą wybrał jest w stanie dużo więcej zdziałać dla Kościoła niż tylko słowem.
    Za to ma Pan rację w tym, że chodzi przede wszystkim o zmianę świadomości społecznej, ale żeby to zrobić trzeba rozmawiać i to nie z tymi którzy już są przekonani, tylko właśnie z tymi których poglądy są odmienne. I to obie strony muszą chcieć rozmawiać, a nie przekrzykiwać się i obrażać wzajemnie, natomiast obecna polaryzacja w społeczeństwie na to nie pozwala i to wcale nie jest wina społeczeństwa, tylko właśnie m.in. polityki obecnego rządu, a także Kościoła. Dlatego Szymon poszedł naprawiać politykę, żeby zatrzymać pogłębianie tej polaryzacji, żeby stworzyć grunt do dialogu.
    Oczywiście pytanie kto kogo w tym dialogu ostatecznie przekona, ale prawdziwie wierzący katolik chyba nie powinien się obawiać, że go jakiś „lewak” skłoni do porzucenia wiary. W każdym razie tylko dialogiem (lub przykładem) macie szansę przyciągnąć owieczki do Kościoła, nigdy przymusem. Nie wiem ile osób wam się uda przekonać (ja na przykład mam swój wykształcony światopogląd i nie do końca pokrywa się on z chrześcijańskim, ale to temat na zupełnie osobną dyskusję), sądzę że jest sporo osób które mimo wszystko czują się zagubione, problem polega jednak na tym jak będziecie z nimi rozmawiać, bo w dzisiejszych czasach to nie jest takie proste jak kiedyś. Możecie próbować, choć nie wróżę wam wielkiego sukcesu w rechrystianizowaniu Europy, ale to też Jezus mówił, że każdy jeden nawrócony jest cenniejszy od iluś tam już wierzących. Na początek sugerowałabym jednak skupić się na tym, żeby przestać te owieczki tracić.

    Polubienie

    1. No to ja też przyznam Pani w czymś rację. Otóż zgadzam się z Panią – i nie tylko ja zresztą, bo jest w naszych kręgach taka refleksja – że obecna władza szkodzi naszej sprawie, powołując się w sposób nieuprawniony na autorytet Kościoła. Ma Pani też słuszność, że żaden wierzący katolik nie obawia się, iż jakiś „lewak” przekona go do porzucenia wiary. My, przynajmniej w kontekście aborcji, obawiamy się czegoś innego – mianowicie tego, że na skutek jej propagowania, afirmowania zmieni się pewne, że tak je nazwę, kulturowe powietrze, dzięki czemu wielu ludziom o wiele łatwiej przyjdzie podjąć decyzję o zabiciu dziecka. Tyczy się to zresztą tez choćby eutanazji, bo w opinii sporej części z nas są to dwie strony tej samej monety.
      A czy katolik może być dobrymm politykiem? Nie sądzę, żeby w moim rozumowaniu tkwiła tu jakaś sprzeczność. Każdy wchodzi do polityki nie tylko z własnym światopoglądem, ale tez z pragnieniem dokonania konkretnych zmian. Często przecież właśnie od tego zaczyna się u ludzi politykowanie. Przecież politycy lewicowi też prą do zmieniania społeczeństwa na bliska im modłę. Nie widzę więc powodu, by katolik nie miał robić tego samego.
      Człowiek jest – a przynajmniej powinien być – integralny, zawsze i wszędzie taki sam. Nie może w jednych sytuacjach kierować się wyznawanymi przez siebie wartościami, a w innych nie. Jeśli tak robi, staje się fałszywy – przysłowiowym dwóm panom służy.
      Co zaś tyczy obnoszenia się… dlaczego Pani zakłada, że każdy, kto głośno mówi o swojej wierze, zaraz się z nią obnosi? Ja np. robię to, bo fakt bycia blisko Boga (po długiej przerwie zresztą) napawa mnie radością i chcę się tym dzielić. Czuję też, że z tego tytułu ciąży na mnie apostolski obowiązek, który Jezus nakłada na każdego, kto w niego wierzy. „Z obfitości serca mówią usta” (Łk 6)
      A ilu się nawróci? Ilu się uda przyciągnąć? To już Bóg wie.

      Polubienie

      1. Oczywiście, że mówić o tym w co się wierzy można i przecież Hołownia to robi. Wcale nie ukrywa tego, że jest katolikiem i że jego poglądy są bardziej konserwatywne. W szczególności jak wspomniałam we wszelkiego rodzaju dyskusjach i debatach jest to wręcz wskazane aby swoje stanowisko jako grupy społecznej przedstawić i jestem pewna, że wewnętrznych rozmowach Polski 2050 to stanowisko katolików reprezentuje. Ale jako lider ruchu zrzeszającego ludzi o bardzo różnych światopoglądach, nie może się publicznie wypowiadać jako on sam, bo jest głosem nas wszystkich, dlatego publicznie wyraźnie zaznacza, że w kwestii aborcji nie ma jednomyślności w naszym ruchu, więc po prostu mówi prawdę, nie widzę tu żadnego naruszenia integralności. Zapyta Pan, dlaczego w takim razie nie prowadzi ruchu o poglądach katolickich? A dlatego chociażby, że ruch powstał w wyniku kampanii prezydenckiej Szymona, gdzie on zobowiązał się reprezentować cały naród. Wyborów co prawda nie wygrał, ale swoje zobowiązanie musi podtrzymać reprezentując tych co go wybrali.
        No a udział w strajkach, jak już wspomniałam, nie był wyrazem poparcia dla liberalizacji aborcji tylko sprzeciwu wobec polityki władzy. Szymon nigdy nie użył symbolu czerwonej błyskawicy, nigdy bezpośrednio nie popierał postulatów Strajku Kobiet.

        Natomiast obnoszeniem się jest np. pokazywanie publicznie jak się modlisz, czy też traktowanie swojego światopoglądu z wyższością i pogardzanie innymi.
        Oczywiście skrajna lewica popełnia dokładnie ten sam błąd.

        Ale podsumowując powyższe może sformułuję to stwierdzenie trochę inaczej, według Pana założeń katolik nie może być dobrym prezydentem państwa, reprezentantem całego narodu.

        Co do aborcji (i eutanazji bo zgadzam się, że to zbliżone problemy), to z jednej strony ma Pan rację, że jest to kwestia zmian kulturowych, ale nie tylko, bo też to jest kwestia zmian cywilizacyjnych, no ale tu znowu byśmy zeszli na inny tor dyskusji (którą oczywiście możemy kiedyś przeprowadzić). Natomiast nie da się zatrzymać tych zmian siłą, przepisami, tak nie zmienicie ludzkich sumień, bo jak łatwo zauważyć przynosi to zupełnie odwrotny efekt. Z powodu decyzji TK i spowodowanych przez to protestów poparcie dla aborcji na życzenie tylko wzrosło. Jeśli chcecie zmieniać świadomość społeczną to jedynie od dołu. Tak działa ruch Polska 2050 (podobnie jak fundacje Hołowni), najpierw dzielimy się dobrem, wsparciem, dopiero potem może przyjdzie wiara. Natomiast tworząc (czy nawet popierając) prawo, które przynosi tylko cierpienie nie przyciągniecie nikogo do Kościoła.
        Jezus też przyciągał ludzi przede wszystkim dobrem, leczył chorych karmił głodnych i rozmawiał z grzesznikami.
        „Kto z was jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień”… a polskie prawo będzie teraz kamieniować te biedne kobiety, które stają przed dramatycznymi wyborami.
        Więc przede wszystkim prawo które wspiera, a nie które karze.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s