Zmieszany katolik patrzy na popkulturę

Z wyjątkową regularnością co jakiś czas powraca w różnych miejscach temat stosunku ludzi wierzących, czy szerzej – konserwatystów, do popkultury. Narzeka się, że jest on zazwyczaj negatywny – nastawiony głównie na wyłapywanie w niej wrogich nam treści i ostrzeganie, że te wszystkie Netflixy tylko piorą mózgi – oraz że sami nie bardzo umiemy w niej cokolwiek sensownego zrobić i przedstawić jako kontrpropozycję. A nawet jeżeli umiemy, to i tak nie mamy takich środków jak dominujące na rynku media i wielkie korporacje, które propagują lewicowo-liberalną wizję świata. Tym razem nad zagadnieniem postanowił się pochylić Klub Jagielloński, który ostatnio uruchomił poświęcony mu podcast.

Nosi tytuł „Kultura poświęcona” i – jak jego założenia przedstawiają sami autorzy: Konstanty Pilawa, Bartosz Brzycki i Piotr Kaszczyszyn – ma traktować o tym, czego katolik potencjalnie mógłby szukać w kulturze postchrześcijańskiej. Przy czym warto tutaj zwrócić uwagę, jak oni  ją definiują. Bowiem według nich kultura postchrześcijańska, choć usilnie stara się zapomnieć o Bogu, to jednak nie jest w stanie. W związku z tym bezustannie poszukuje głębszego sensu i wyraża tęsknotę za wielką opowieścią i wspólnotą. Dlatego, mimo iż nie używa już języka religijnego, wciąż niesie w sobie pragnienie transcendencji i duchowości. Zatem – postulują – katolik, zamiast potępiać Netflixa czy HBO, powinien wejść z ich ofertą w ożywczy dialog.

Sypią też przykładami. Choćby serialu „Twin Peaks”, którego główny bohater, detektyw Dale Cooper, może być interpretowany jako figura zsekularyzowanego mesjasza, usiłującego – jak Jezus w przypowieści o zaginionej owcy – uratować Laurę Palmer. Pojawia się też znany mi i dosyć wysoko przeze mnie oceniany film „Nowy początek”, w którym prowadzący dopatrzyli się przypowieści o w pewnym sensie chrystusowym poświęceniu, mimo pozyskanej w sposób nadnaturalny – od znających przyszłość kosmitów – wiedzy, że finalnie przyniesie ono jedynie ból. W zestawie nie mogło zabraknąć „Matrixa” – ostatniej tak znaczącej dla popkultury sagi z bezpośrednimi odniesieniami do chrześcijaństwa.

Krytykują ponadto eskapizm, z jakim wielu katolików – a już na pewno przyznających się do katolicyzmu komentatorów – podchodzi do tego typu dzieł. Zgodnie z ową strategią albo dany film, serial czy książka są jawnie chrześcijańskie, albo – na zasadzie prostego manichejskiego podziału na czerń i biel – nadają się tylko do potępienia. W praktyce, niczym w słynnej „Opcji Benedykta” Roda Drehera (u mnie wciąż do nadrobienia), kończy się to odejściem ze świata i budową zamkniętej, ekskluzywnej wspólnoty, w której czyta się tylko starych mistrzów, pijąc drogie trunki. Jako przykład prowadzący podają portal „kultura dobra” (nieznany mi póki co), gdzie recenzowanym filmom przyznaje się gwiazdki lub… trupie czaszki.

Tej postawie przeciwstawiają wspomnianą tu już strategię dialogu. Zdają sobie – jak deklarują – sprawę z tkwiących w niej niebezpieczeństw: choćby szukania konsensusu albo wartości na siłę. By ich uniknąć, proponują twarde stanie na gruncie chrześcijaństwa i patrzenie na kulturę masową z dystansem. Aczkolwiek bez niechęci i z nastawieniem na szukanie przysłowiowych okruchów prawdy w nawet najbardziej niechrześcijańskich lub antychrześcijańskich dziełach. Ale też – jak zastrzegają – bez wciskania Jezusa i Ewangelii tam, gdzie ich nie ma. Pozwoli to dostrzec pewne wspólne punkty i przeżycia, które mają zarówno wierzący, jak i niewierzący. Wszyscy przecież borykamy się z wyzwaniami, które stawia przed nami współczesny świat.

I tyle tytułem streszczenia pilotażowego odcinka. Teraz spróbuję się do tego odnieść. Mogę w zasadzie podpisać się pod konstatacjami Pilawy, Brzyckiego i Kaszczyszyna. Też uważam, że katolik nie powinien się odwracać od dzisiejszej kultury. Też jestem zdania, że należy w niej szukać tego, co uniwersalne i dobre. Lub nawet złe, ale pozwalające lepiej zrozumieć, z czym zmaga się obecnie człowiek. Taką drogę proponuje zresztą sam Jezus, który wszak nauczał za pomocą przypowieści budowanych ze znanych Jego słuchaczom symboli i figur. I na dodatek odważnie do owych wcale niekoniecznie szlachetnych mas wychodził, zamiast zamykać się w jakimś elitarnym klubie.

Problem niestety w tym, że w mojej ocenie panowie ciut za bardzo skupiają się na działaniach reaktywnych – komentowanie, recenzowanie, ogólnie pojęte przyjazne przyjmowanie – a zbyt mało uwagi – tak po prawdzie w ogóle, w każdym razie w tym odcinku – poświęcają aspektom proaktywnym, czyli dawaniu czegoś od siebie. A przecież właśnie tak działał Jezus. Owszem, bazował na tropach typowych dla rzeczywistości, w której żył, lecz konstruował z nich swoje unikalne przesłanie. Jeżeli coś komentował czy wchodził w dyskusję z uczonymi w Piśmie, to też jedynie po to, by uwypuklić Bożą Prawdę lub, jeżeli zachodziła taka potrzeba, stanąć w jej obronie przeciwko wypaczeniom.

A nie, przepraszam – w podcaście padł jeden przykład. Niestety negatywny. Chodzi o „Obce ciało” Krzysztofa Zanussiego, którego ja osobiście nie widziałem, choć chyba przypominam sobie wspominaną przez autorów polemikę w „Do Rzeczy” pomiędzy Andrzejem Horubałą a Piotrem Semką, w której pierwszy wytykał filmowi obiektywną kiepściznę, a drugi bronił go ze względu na słuszność przesłania. Czyli wracamy do utrwalonego poglądu, że nasza strona nie umie w kulturę. Tylko pytanie, czy aby na pewno i czy w usilnym reprodukowaniu takiej opinii nie przejawia się mimo wszystko jakiś kompleks wobec tej zsekularyzowanej kultury, z którą, z braku własnej mogącej z nią konkurować, tak usilnie chcemy wchodzić w dialog.

Przy czym chcę zostać tutaj dobrze zrozumiany. Nie opowiadam się za naszkicowanym przez prowadzących modelem gry na własnym boisku. Nie zamykam się w zakurzonej bibliotece z lampką koniaku, aby czytać Tomasza z Akwinu po łacinie. Też oglądam Netflixa i zdarza mi się czytywać Stephena Kinga lub Lee Childa. Czy raczej zdarzało się, bo odkąd wróciłem do wiary, na pewne treści po prostu szkoda mi czasu. Ale tu właśnie tkwi sedno tego, co pragnę wyrazić. Bo sęk nawet nie w tym, że będąc katolikiem, muszę z zasady popkulturę potępiać, ile raczej w uczciwym zapytaniu samego siebie i własnego sumienia, czy koniecznie w tej nie mojej przestrzeni muszę partycypować.

Mógłbym sięgnąć po najnowszą powieść Remigiusza Mroza i przeczytać ją, nakładając na nią analityczny filtr, który pozwoli mi wyłuskać z niej ziarna wartości. Potrafię to robić. Tylko że ja wolę poczytać kazania pokutne św. Wawrzyńca z Brindisi. Po prostu mam poczucie, że ich lektura uwzniośla mnie duchowo bez dokonywania takich akrobacji. Mogę znaleźć sobie na HBO jakiś serial i na siłę wygrzebać w nim ważne dla mnie treści, tylko po co, skoro w tym czasie z większym duchowym pożytkiem obejrzę coś, co pogłębi moją wiedzę religijną. Mam przecież tylko jedno ziemskie życie. Czy to czyni mnie uprawiającym eskapizm katolickim dziadersem?

Okej, moja perspektywa może być, przyznaję, trochę wyostrzona. Może po prostu zachowuję się jak każdy nawrócony po dość długiej przerwie. Tylko że nawet będąc już praktykującym katolikiem, próbowałem uskuteczniać tę postawę otwartości na popkulturę. I chyba w sumie z niezłym skutkiem – a przynajmniej jeśli chodzi o konsumowanie dokonań innych, bo z własną twórczością to odrębna kwestia. Jednak w pewnym momencie dotarłem do punktu, w którym poczułem, że najzwyczajniej w świecie już nie chcę mi się naciągać kolejnego filmu. Miałem za to potrzebę obcowania z tekstami kultury, w których religia pojawia się wprost. To zresztą chyba naturalne, że pragnie się zgłębiać to, co się kocha.

I tak oto dochodzimy do zasygnalizowanej wcześniej sprawy naszego rzekomego nie umienia w kulturę i kompleksów. Nie po raz pierwszy już zauważam, że ludzie wierzący wstydzą się mówienia o Bogu wprost, bo uważają, że ten temat powinien być zakamuflowany, ukryty itd. Utyskiwania na filmy czy książki z etykietą „chrześcijańskie” rozumiem, bo rzeczywiście jest tam sporo chłamu. Tyle że w popkulturze, na którą jesteśmy tak zapatrzeni, też go nie brak, a mimo to nikt nie rozdziera szat. Co do samej oceny, to – wiadomo – bywa subiektywna, choć trudno mi się oprzeć wrażeniu, że ta negatywna niekiedy bierze się nie tyle z jakości utworu, co raczej z tego, że śmiał mówić o pewnych rzeczach otwartym tekstem.

Popkultura, którą tak wielu katolików się zachwyca, wypracowała własny język, odległy od naszego. Czasem z nim styczny, jednak zazwyczaj coraz bardziej się rozjeżdżający. Cóż, jej prawo. Tylko dlaczego w takim razie my nie mamy przemawiać swoim – nawet korzystając z elementów ichniego, ale swoim, po swojemu, o swoich sprawach? Dlaczego nie mielibyśmy spróbować tej gry na własnym boisku, skoro oni grają na własnym i bardzo im z tym dobrze? Ważne, żeby zostawić otwartą furtkę.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

Jedna myśl na temat “Zmieszany katolik patrzy na popkulturę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s