O zabijaniu nienarodzonych raz jeszcze

Tak, chyba rzeczywiście pora skończyć z owijaniem w bawełnę, czyli ze sterylnym terminem „aborcja”, i zacząć nazywać rzeczy po imieniu. A zatem nie żadna tam aborcja, tylko zabicie dziecka, zanim zdążyło się narodzić. Po prostu. Bądźmy przynajmniej na tyle uczciwi wobec faktów. Ewentualnie, żeby brzmiało bardziej naukowo i nadawało się do mądrych dyskusji w telewizorni, możemy mówić o zabójstwie prenatalnym lub jakoś w podobnym stylu. A czemu znów ten temat wałkuję? Powiedzmy, że złożyło się na to kilka wymian opinii, w których sam ostatnio wziąłem udział – w tym ta pod tekstem o Szymonie Hołowni. Lecz przeważył jeden wpis na fb. Najpierw jednak ustalmy kilka kwestii.

Tak, jestem katolikiem, a co za tym idzie – również przeciwnikiem zabijania kogokolwiek w jakiejkolwiek postaci. Uważam, że nie sposób poważnie traktować wiarę i myśleć w innych kategoriach. Uważam tak, bo a) w dekalogu jest mowa o niezabijaniu (bez żadnych wyjątków i negocjowania, od kiedy i pod jakimi warunkami można, a od kiedy już nie; b) Jezus tego nie odwołał. Przeciwnie – powiedział, że nie przyszedł znieść Prawo, lecz je wypełnić. Proste jak drut. Jeśli Maciej Gdula czy Marta Lempart chcą się na kogoś wściekać, to powinni chyba na Mojżesza za to, że przyniósł tablice z dekalogiem, i na Jezusa za to, że potwierdził to, co na nich wyryto, nie upoważniając nikogo – a już zwłaszcza swoich uczniów – do ingerowania.

Jednocześnie jestem człowiekiem i wielokrotnie negocjacje z Bożym Prawem na rozmaitych polach podejmowałem. Raz nawet skończyło się to opuszczeniem Kościoła na kilkanaście lat i trudnym powrotem, czego można było uniknąć, gdybym, jak mawiała moja świętej pamięci rodzicielka, nie łapał figur. Na dodatek dość mocno rezonuje mi w głowie czytanie z listu św. Pawła do Koryntian, które usłyszałem na ostatniej niedzielnej mszy. A szczególnie fragment: „Nie jest dla mnie powodem do chluby to, że głoszę Ewangelię. Gdybym to czynił z własnej woli, miałbym zapłatę, lecz jeśli działam nie z własnej woli, to tylko spełniam obowiązki szafarza.” I to jest – wypisz, wymaluj – to, co ja czuję; oczywiście przy zachowaniu proporcji między mną a autorem tych słów.

Pisząc o takich sprawach jak zabójstwo prenatalne, mam świadomość, że wypowiadam się o czymś, o czym łatwo mi teoretyzować, bo nigdy się w takiej sytuacji nie znalazłem. Mam też świadomość, że nie jestem nawet w połowie tak doskonały i święty jak wartości, na które się powołuję. Spytajcie moją żonę, potwierdzi wam. Więc być może jestem poniekąd hipokrytą. Tylko że – tak jak Paweł odnotował – fakt opowiedzenia się za Chrystusem nakłada na mnie obowiązek świadczenia o Nim wszędzie, gdzie tylko jest to możliwe. Obowiązek nie zawsze przyjemny z uwagi na wymienione powyżej czynniki, ale też na… pewne zażenowanie, jakie mimo wszystko wciąż odczuwam, pisząc o wierze – także własnej.

Nawiasem mówiąc, to pawłowe poczucie niegodności ponoć wzięło się z bardzo konkretnych przyczyn. Są – jak przeczytałem gdzieś – badacze, którzy, analizując jego wypowiedzi, doszli do wniosku, że mógł cierpieć na jakąś dolegliwość, która w jego własnych oczach podważała jego apostolskie kompetencje. Niewykluczone, że mógł to nawet być jakiś rodzaj zaburzenia seksualnego – oścień dla ciała, jak on sam to nazwał – przez które czuł się nieczysty. I dopiero Bóg w objawieniach musiał go pouczyć, że moc w słabości się doskonali, a łaski do głoszenia mu wystarczy. Więc, jak widać, każdy coś diabelskiego za uszami ma, a mimo to zostaliśmy wezwani, bo innych ani lepszych nie będzie.

I po trzecie – w tym kontekście najważniejsze – jestem, o czym niektórzy z moich czytelników być może wiedzą, niepełnosprawny. Konkretnie mam poważną wadę wzroku. I doceńcie, że mówię o tym tak wprost, bo nie zawsze to potrafiłem. Przez ponad trzydzieści lat starałem się to wręcz za wszelką cenę ukryć, a gdy się już nie dało – bo przecież każdy, kto tylko na mnie spojrzał, wiedział – zbagatelizować. Ale mniejsza z tym – to nie jest wpis motywacyjny o tym, jak pogodzić się z kalectwem. Wspominam o nim, ponieważ miało ono decydujący wpływ na ukształtowanie się moich poglądów na podstawowe zagadnienia bioetyczne.

Po prostu wyobraziłem sobie, że moja własna matka też mogłaby mnie tak, brzydko ujmując, wyskrobać. Nawet nie ze względu na wzrok – czego przecież nie dało się wykryć – ale choćby na tzw. przyczyny społeczne, do czego miałaby wszelkie argumenty. Dokonałem ponadto rzutowania w przyszłość: jeżeli dzisiaj przesłanką do zabicia dziecka jest na przykład zespół Downa, to cóż właściwie stoi na przeszkodzie, ażeby jutro stała się nią taka wada jak… moja? Wszak postęp ma to do siebie, że postępuje, i to, co jeszcze wczoraj wydawało się normalne – czytaj: urodzenie i wychowanie ułomnego dziecka – dziś uchodzi za ogromny heroizm, a jutro być może stanie się – jak to pan Gdula mówi – torturą dla kobiety. Proste? Ano, jak drut.

Zwolennicy zabójstw nienarodzonych zasłaniają się dziś wadami letalnymi. Z ich słów można wręcz odnieść wrażenie, że co drugie rodzące się w Polsce dziecko choruje na bezmózgowie, bezczaszkowie i licho jedno wie, co jeszcze. Ratować ani pomagać oczywiście nie wolno, bo to straszna – i na dodatek sterowana odgórnie przez Kościół – tortura. Jeśli tak dalej pójdzie, to znając nieubłaganą logikę postępu, prawdopodobnie za parę lat będziemy słyszeć, że aktem humanitaryzmu jest zabicie chorego dziecka już po urodzeniu, a każdego, kto uważa inaczej, pani Lempart i jej towarzyszki dopadną i zrobią mu piekło. I nie że jakieś tam bezmózgowie czy down – może wystarczy skrzywiona nóżka. Bo czemu nie?

Swoją drogą cała obłuda tej stosowanej dziś nagminnie przez lewicę argumentacji dotarła do mnie pośrednio dzięki sprawie Janusza Świtaja. Przypomnę: był to sparaliżowany w wyniku wypadku mężczyzna, który – podobnie jak bohater hiszpańskiego filmu „W stronę morza” – wystąpił o zezwolenie na tzw. wspomagane samobójstwo, czyli, mówiąc wprost, eutanazję. Jego desperacka próba spotkała się z szerokim odzewem, a wokół niego szybko pojawili się ludzie, którzy pomogli mu się podnieść z dołka. I okazało się, że Janusz już nie chce umrzeć. Gdyby to działo się dziś, to zapewne pan Gdula nazwałby tych ludzi potworami, a Januszowi sam zrobił zastrzyk.

I dlatego tym bardziej zabolał mnie wspomniany na początku post na fb. Popełniła go osoba z mojego środowiska – niewidoma. U kogo jak u kogo, lecz u niepełnosprawnych proaborcyjne wypowiedzi, wszelkie czerwone piorunki i inne temu podobne, wydają mi się szczególnie nie na miejscu. Po prostu nie ogarniam tego, nie mieści mi się to w głowie. To tak jakby podpisać na samego siebie odroczony wyrok i jeszcze się tym szczycić. Odroczony, bo – jak sporo osób stara się wykazywać, i słusznie – aborcja i eutanazja to w istocie dwie strony tej samej monety – tej samej antyludzkiej mentalności uzurpującej sobie prawo do segregowania życia na lepsze i gorsze. A wy, drodzy niepełnosprawni, jesteście tym gorszym, tylko jeszcze tego nie wiecie.

I doprawdy: jak trzeba być kompletnie zaślepionym politycznym zacietrzewieniem – opartym zresztą na uporczywie reprodukowanej manipulacji, że to PiS chce zakazać aborcji – do jakiej umysłowej aberracji dojść, żeby tego nie rozumieć? Naprawdę ręce opadają. I już nawet pal licho religię, bo – co też jest do upadłego powtarzane – wcale nie trzeba być religijnym, żeby ten fałsz dostrzec. Ja, kiedy snułem moje zaprezentowane powyżej rozważania, nie byłem ani religijny, ani szczególnie konserwatywny. Byłem po prostu kimś, kto znalazł chwilę czasu na dodanie dwóch do dwóch. To, że oparcie i uzasadnienie znalazłem w wierze, jest tutaj kwestią poniekąd wtórną.

A zostając jeszcze przy religii: niektórzy bardziej… hm, tolerancyjni – cokolwiek to znaczy – lewicowcy nawet przyznają nam, katolikom, prawo do głoszenia w przestrzeni publicznej, że zabójstwo prenatalne to zło, bylebyśmy nie próbowali naciskać na oficjalne uznanie tego. A dlaczego? Ano dlatego, że Jezus by tak nie postąpił, bo On nikomu nic nie narzucał. Tylko że nawet jeśli przyjąć takie założenie, to jednak każde lobbowanie za jakimś rozwiązaniem ma w bliższej lub dalszej perspektywie zmianę w powszechnej świadomości. Rzeczywiście liczą, że tak sobie pogadamy i się rozejdziemy? Chyba nie, skoro tak alergicznie reagują na promujące hospicja perinatalne plakaty na krakowskich busach.

No a co dalej? Zakaz poruszania się po ulicach dla kobiet w ciąży i z wózkami, bo taki widok mógłby wywołać traumę u tych, które dokonały zabójstwa prenatalnego lub je rozważają? Już coś na taki deseń przerabialiśmy we Francji, gdzie kilka lat temu zabroniono pokazywania w reklamach uśmiechniętych dzieci z zespołem Downa, bo mogłyby urazić kobiety, które – jak to ujęto w progresywistycznej nowomowie – dokonały innego wyboru. A mnie pisanie o tym naprawdę nie przynosi chluby. Robię to z poczucia przymusu, bo nie chcę kiedyś usłyszeć, że dla dobra lepszej i bardziej wartościowej części ludzkości powinienem dać się uśpić jak pies. Panie Gdula, to do pana było.

No ale widać też pewne światełka w tunelu. Ostatnio dociśnięta do ściany Magdalena Środa przyznała, że tak naprawdę nie sposób zdefiniować, kiedy zaczyna się ludzkie życie. Dobre i to na początek. Jest też słynna już wypowiedź Joanny Senyszyn, że chore dzieci można tak bezboleśnie, zastrzykiem… przynajmniej nazwała je dziećmi. Czyli opłaca się drążyć skałę. I będziemy to robić bez względu na to, czy się to panu Gduli podoba, czy nie. Zaś niepełnosprawni powinni przykładać się do tego tym usilniej – jeśli nie ze względu na Jezusa, to choćby we własnym dobrze pojętym interesie.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

3 myśli na temat “O zabijaniu nienarodzonych raz jeszcze

  1. Bardzo dobry wpis. Wydaje mi się że społeczeństwo ulegając wpływowi mediów i dając dzielić się na frakcje przestało samodzielnie myśleć. Co z nami się stało ze cud narodzin zamieniamy w piekło aborcji?

    Polubione przez 1 osoba

  2. Tutaj pozwolę sobie się wtrącić małą dygresję tak apropos znaczenia słów. Oryginalnie piąte przykazanie brzmiało w dosłownym tłumaczeniu „nie morduj”, a zabijanie w pewnych okolicznościach według Starego Testamentu było wręcz wskazane… oczywiście nie dzieci czy płodów, ale z tą bezwarunkowością to jest pewne przekłamanie, a właściwie to jedna ze sprzeczności pomiędzy Starym Testamentem, a naukami Jezusa.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s