A na Wielki Post – św. Wawrzyniec z Brindisi

No dobrze, tak naprawdę na przedpoście i Środę Popielcową, bo taki okres obejmują teksty zebrane w „Kazaniach pokutnych” św. Wawrzyńca. Sądzę jednak, że na sam Wielki Post – jako lektura uzupełniająca do rekolekcji lub w ramach przygotowania do spowiedzi – też się znakomicie nadadzą. Książka jest wydawniczą świeżynką – z maszyn drukarskich zjechała w styczniu. Jest ponadto pierwszym kompleksowym wydaniem pism tego niezwykłego i dziś praktycznie zapomnianego kapucyna. Ja zresztą też o jego istnieniu nie wiedziałem. Książka wpadła mi w ręce przypadkowo, bo rozprowadzał ją ksiądz, który przyjechał do nas zbierać datki na budowaną przez siebie świetlicę dla trudnej młodzieży.

Rzadko trafia się okazja obcować z dorobkiem świętego sprzed czterystu lat, więc uznałem, że choćby z tego względu warto dać mu szansę. Tym bardziej, że dokonany przez ks. Jakuba Korczaka przekład brzmi bardzo współcześnie. Zresztą jeśli ktoś zna łacinę i lubi bawić się w sprawdzanie tłumacza, łatwo go zweryfikować, bo książka jest wydana w taki sposób, że po lewej, na stronach parzystych, znajduje się oryginał, a obok, po prawej, wersja polska. To też sprawia, że całość czyta się dwa razy szybciej niż wskazywałaby formalna objętość. Co nie znaczy, że zachęcam do zbyt pobieżnej lektury. Wręcz przeciwnie. Poza tym na pośpiech nie pozwoli sam autor, który nie na darmo zaliczał się do kaznodziejskiej elity swoich czasów.

Działalność Wawrzyńca przypada na przełom szesnastego i siedemnastego wieku, czyli czasy dla katolicyzmu bardzo trudne przez dokonujący się luterański rozłam i z drugiej strony cały nurt kontrreformacyjny. Wawrzyniec zresztą w ogóle urodził się w trakcie trwania Soboru Trydenckiego. Do zakonu kapucynów wstąpił zaś jako szesnastolatek. Nawiasem mówiąc, ze wstępu dowiedziałem się, ku własnemu zaskoczeniu, że początki tego wówczas wciąż dość młodego zgromadzenia były mało obiecujące – jeden z pierwszych generałów zaczął głosić protestanckie treści, a następnie zrzucił habit, uciekł do Szwajcarii i popadł w dziwactwa nie do zaakceptowania nawet dla protestantów. Kiedy do kapucynów przychodził Wawrzyniec, ów negatywny i destrukcyjny trend zaczynał się właśnie powoli odwracać.

Choć w nowicjacie nie rokował zbyt dobrze – był chorowity, przez co nieomal wydalono go ze zgromadzenia – szybko dał się poznać jako gorliwy naśladowca św. Franciszka. Niemały udział miało w tym zresztą jego cudowne uzdrowienie dokonane przez Maryję, a także kilka przydatnych w kaznodziejskiej posłudze przymiotów – choćby fotograficzna pamięć, dzięki której miał w głowie większość Pisma Świętego, i dar do nauki języków – też otrzymany od Matki Boskiej, za sprawą której podobno w ciągu jednej nocy miał się nauczyć hebrajskiego. To wszystko sprawiło, że ze słabowitego nowicjusza w kilkanaście lat awansował na generała zakonu.

Poza licznymi relacjami naocznych świadków jego działalności – mówiącymi na przykład o tym, że potrafił odprawiać mszę przez piętnaście godzin (na co w końcu uzyskał specjalne zezwolenie), lewitować przy ołtarzu czy przemierzać dziennie w służbowych wędrówkach między klasztorami po siedemdziesiąt kilometrów – zostało po nim około dziesięciu tysięcy stron zapisków. Których zresztą też musiał uczyć się na pamięć, bo w trakcie mówienia tak żywo gestykulował i dawał się ponosić tak silnym wzruszeniom, że i tak nie byłby w stanie z nich korzystać. Hagiograficzny folklor? Może. A może wcale niekoniecznie. W końcu z dość podobnych fenomenów słynął jego współczesny części z nas współbrat – św. ojciec Pio.

Nie jestem zawodowym teologiem i nie znam się na homiletyce, ale czytając jego kazania, nie mogłem nie docenić ich kunsztu, którego mogłoby się uczyć wielu dzisiejszych księży. Chyba zresztą nieprzypadkowo w czasach Wawrzyńca prawo do głoszenia kazań mieli tylko kapłani specjalnie do tego celu powoływani. Jego homilie są całkowicie zakorzenione w czytaniach, do których się odnoszą, a do tego obficie wzbogacone kontekstowymi odwołaniami do innych fragmentów Biblii – tak integralnie wtopionych w jego własne słowa, że gdyby nie specjalne wprowadzone przez tłumacza oznaczenia, praktycznie nie dałoby się ich rozróżnić. Są także bardzo perswazyjnie zbudowane – Wawrzyniec ciągle wraca do pewnych wątków, rozwija je, naświetla z innych punktów widzenia.

Rzecz jasna, spora część z tego, co tam znajdziemy, to dziś tak zwana oczywista oczywistość. Jednak właśnie z uwagi na ów specyficzny styl, to uporczywe wracanie, powtarzanie, wiele z tych oczywistości – dziś przez duszpasterzy przywoływanych jakby mimochodem, rytualnie i, śmiem twierdzić, często bez przekonania lub osobistego rozważenia – tym wymowniej do nas dociera. Dzięki temu, jak Wawrzyniec o nich mówi – a też mając na uwadze, że zapis, który śledzimy oczami, to tylko blady cień jego niezwykle asertywnych wystąpień – bardziej w nie wierzymy; bardziej mamy pewność, że on to rzeczywiście przemyślał, przemodlił i chce nam to ofiarować.

Na przykład mnie chyba żaden ksiądz dotąd nie umiał przekonująco wyjaśnić przypowieści o robotnikach w winnicy. Na mszach czy rekolekcjach zawsze słyszałem, że to obraz równości wszystkich wobec Boga, albo że ci najęci pod koniec dnia to ludzie, którzy nawrócili się pod koniec życia, i dlatego ostatni będą pierwszymi. Tymczasem Wawrzyniec mówi, że i ci, co pracowali od rana, i ci, co tylko przez godzinę, dostali tyle samo, ponieważ u Boga, poza Jego własną łaską udzielania ludziom dobra, jak i kiedy chce, liczy się wola, a nie tylko sam czyn. Ci, co stali na rynku przez cały dzień, niekoniecznie chcieli być bezczynni czy leniwi – mieli wolę, lecz zabrakło im możliwości.

I tak samo, jak przekonuje Wawrzyniec, jest w życiu. Rodzimy się z różnymi, mniejszymi lub większymi, ograniczeniami – zdrowotnymi, rodzinnymi lub społecznymi – i Bóg rozumie, że przez nie nie każdy może dawać z siebie tyle samo. To dlatego u Boga przysłowiowy wdowi grosz ma niekiedy większą wartość niż zawrotne, ale rzucane jakby od niechcenia sumy. Bo tu trzeba dodać, że Wawrzyniec tych pracujących od rana interpretuje też jako ludzi bogatych, mających duże możliwości, a tych pracujących przez godzinę jako biednych i wykluczonych. Może dla kogoś to nic odkrywczego, dla mnie jednak było swoistym olśnieniem i otwarciem nowej perspektywy w czymś, co na pozór wydawało mi się znane, choć może nie do końca zrozumiane.

Aczkolwiek z uwagi na postny okres, w którym ta książka pojawiła się na moim czytelniczym horyzoncie, szczególnie przyciągnęły mnie te fragmenty, w których Wawrzyniec naucza, jak owocnie pościć. Radzi zaś nie tylko, by nie robić tego na pokaz czy dla zdrowia – dziś chyba często spotykana motywacja – ale przede wszystkim, by obok umartwienia ciała umartwić też lub – jak dosadnie stwierdza – ukrzyżować ducha. Wzywa więc nade wszystko do postu od wad i równoległego rozwijania cnót. Mówi, że te pierwsze to rydwany, którymi szatan chce nas ściągnąć do piekła, a na tych drugich możemy, niczym Eliasz, wzlecieć do Nieba. Niby też całkiem oczywiste, ale wyartykułowane z taką dobitnością, że trudno się oprzeć.

Jest to też przestroga przed rytualnym traktowaniem wiary, która zadziwiająco współgra mi z refleksją zawartą w innej czytanej obecnie przeze mnie książce – autorstwa jak najbardziej współczesnego chorwackiego teologa – że chrześcijanie zbyt często zachowują się jak typowi faryzeusze z czasów Jezusa, którym to wydaje się, że skrupulatne dochowywanie wierności zwyczajom uczyni ich świętymi bez ciężkiej pracy nad sobą. Wielkopostna myśl Wawrzyńca idzie w mniej więcej podobnym kierunku, starając się nas nakłonić, byśmy przeżyli post jak najbardziej wewnętrznie, ze świadomością, czym i po co on tak naprawdę jest. Oczywiste? Może. Ale znów – warto sobie to utrwalić.

Papież Jan XXIII ogłosił Wawrzyńca doktorem Kościoła, a wydawca jego pism, których ma być jeszcze więcej, kładzie nacisk na jego wyjątkową aktualność dziś, kilka dekad po Soborze Watykańskim II, gdy Kościół jest rozrywany od wewnątrz jeszcze silniej niż w epoce Lutra i kontrreformacji. W czym ta aktualność miałaby się przejawiać? Moim skromnym zdaniem na pewno w tym, iż przykład Wawrzyńca dobrze pokazuje, jak wiele wartości można wynieść z prostego trzymania się Ewangelii, zamiast odprawiać wokół nich egzegetyczne czary-mary i podważać ich sens, przekonując, że przecież nie sposób stwierdzić, co dokładnie głosił Jezus, skoro nie było wtedy magnetofonów.

Co do mnie, to dzięki Wawrzyńcowi chyba zwrócę większą uwagę na duchowy wymiar postu i postaram się lepiej zrównoważyć – a także rozdzielić – umartwienia i postanowienia. I może spróbuję się częściej… uśmiechać. W końcu to właśnie post uczy nas – jak wyjaśniał mistyk z Brindisi – że materialny świat nie jest naszym prawdziwym domem, zaś wszystko, co z niego wynika i bardzo często nas przygniata jak ciernie niepozwalające wykiełkować ziarnu, kiedyś przeminie.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s