Do Jezusa tylko przez Maryję?

Ten tekst właściwie jest trochę spóźniony. Powinienem był go napisać gdzieś w okolicach 11 lutego, gdy obchodziliśmy święto Matki Boskiej z Lourdes. A to z tego prostego powodu, że w procesie mojego własnego nawracania się pielgrzymka do Lourdes miała – jak już mnóstwo razy wspominałem – fundamentalne znaczenie. Zresztą napisałem o tym przecież książkę. No dobrze, nie do końca o tym, bo „Miasto cudów” jest raczej pewnego rodzaju pamiętnikiem z podróży, w dużej mierze tworzonym jeszcze w czasie, kiedy jej duchowe owoce nie były dla mnie całkiem oczywiste. Tak naprawdę w wielu wymiarach wciąż nie są, choć z pewnością bardziej niż te dwa-trzy lata temu.

Tekst ostatecznie nie powstał, bo jakoś mi się wtedy nie kleił, nie miałem na niego pomysłu i  niezupełnie wiedziałem, co chcę w nim zawrzeć. Do ponownego podjęcia tematu, a w gruncie rzeczy ukonkretnienia go samemu sobie, zmotywował mnie program w PCh 24 z ks. Piotrem Glasem o oddawaniu się w niewolę Niepokalanej. Ks. Glas powiedział w nim między innymi, że proces zabijania w Kościele żywej wiary, z którym obecnie mamy do czynienia, jest ściśle związany z niszczeniem kultu maryjnego, ośmieszaniem go, deprecjonowaniem, nazywaniem ludowym czy wręcz neopogańskim. Maryja ma być obciachowa, a czczenie Jej ma dowodzić braku religijnego oraz intelektualnego wyrobienia.

Przeciwnicy pobożności maryjnej zarówno w samym Kościele katolickim, jak i poza nim – na przykład w niektórych radykalnych odłamach protestantyzmu czy tzw. chrześcijanie biblijni, którzy chyba w zasadzie każdą denominację uważają za herezję – wymieniają jednym tchem cały szereg argumentów mających świadczyć, że jest ona infantylna, bluźniercza, szatańska czy po prostu głupia. Mówią zatem, że to w istocie przerobiony na chrześcijańską modłę kult bogini Izydy, że czciciele Maryi oddają pokłon obrazom, posągom albo paciorkom, że skoro Maryja nie jest osobą boską, to modlenie się do Niej obraża Boga, czyli stanowi wykroczenie przeciwko pierwszemu przykazaniu, że ci, którzy Ją czczą, zapominają o Jezusie, i tak dalej.

Dodałbym tu jeszcze cały katalog religijnych i pozareligijnych zastrzeżeń do Jej dziewiczości lub faktu wzięcia Jej do Nieba z duszą i ciałem. Co akurat wydaje mi się o tyle kuriozalne, że skoro możemy uwierzyć w zmartwychwstanie Jezusa – a przynajmniej ci z nas, którzy wierzą, bo i z tym sprawa nie jest oczywista – to dlaczego mielibyśmy odrzucać możliwość, że Bóg w jakiś sposób zaimplementował do Jej nienaruszonego seksualnie ciała ludzki zarodek czy że – tak jak Jej Syn, a kiedyś docelowo i my – mogła fizycznie przenieść się do nadprzyrodzonego świata? Przecież i to, i to wbrew naturze. Jednak w odniesieniu do Niej powstaje jakiś dziwny zgrzyt.

Z drugiej strony wszyscy wielcy święci byli w jakiś, mniej lub bardziej eksponowany, sposób maryjni. A w każdym razie nie podważali znaczenia Maryi w drodze do Chrystusa. Również w walce z szatanem Maryja stoi na pierwszej linii frontu. Wszyscy skuteczni egzorcyści – jak mówi ks. Glas, który sam te posługę pełni – są Jej wiernymi czcicielami. Bez Niej – twierdzi – nie da się w kwestii opętania zrobić nic, a egzorcysta, który nie żyje w łączności z Nią, idzie do walki z demonem jak baranek na rzeź. Ks. Glas zresztą sam miał ponoć usłyszeć pewnego razu od złego ducha, że ten zabiłby go już wiele razy, gdyby Ona go nie chroniła. Bez Maryi w opinii ks. Glasa tak naprawdę wszyscy chrześcijanie się gubią.

A co w takim razie z przytoczonymi powyżej zarzutami? Ks. Glas odpiera je na dwa sposoby. Po pierwsze to sam Bóg dał Maryi pełnię władzy. Uczynił to już w chwili, kiedy wybrał Ją na Matkę swojego Syna. Po drugie – skoro Jezus umiłował Ją ponad wszystko i aż tak bardzo, że pragnął wziąć Ją do Nieba, to chyba nikt z ludzi nie może Jej kochać mocniej. Poza tym rolę opiekunki i filaru Kościoła zaczęła pełnić natychmiast po wniebowstąpieniu Jezusa, nic więc dziwnego, że tym bardziej spełnia ją teraz, kiedy jako pierwsza z istot poza samym Jezusem osiągnęła pełnię uświęconego człowieczeństwa, która kiedyś ma się stać udziałem wszystkich wierzących.

Ks. Glasa można lubić bądź nie – jestem świadom otaczających jego osobę kontrowersji, choć przyznaję się bez bicia, że dotąd nie wnikałem w nie zanadto. Niemniej słuchając go, czułem, że to, co mówi, jest w dużej mierze zbieżne z moim własnym doświadczeniem. Sam nigdy nie byłem maryjny. Jeszcze przed odejściem z Kościoła, nawet w okresie, kiedy uważałem się za mocno wierzącego i chciałem oddać moje pisarstwo na służbę Bogu, patrzyłem na maryjność z przymrużeniem oka. Podzielałem wszystkie inteligenckie uprzedzenia. Tolerowałem ją, ale kwitowałem jako coś obskuranckiego i drugorzędnego. Z drugiej strony to właśnie Maryja na nowo przyprowadziła mnie do Chrystusa.

Nie twierdzę, że moje odejście miało jakikolwiek bezpośredni związek z brakiem więzi z Nią. Zgadzam się natomiast z ks. Glasem, że od zanegowania Jej istotności jest już dość blisko do zwątpienia czy to w boskość lub zmartwychwstanie Chrystusa, czy w Jego realną obecność w Eucharystii, co gość Bogusława Bajora wskazał jako drugi, w zasadzie równorzędny, czynnik wpływający destrukcyjnie na wiarę i rozkładający Kościół od środka. Najzupełniej logicznie brzmi również jego konstatacja, że oddanie się w niewolę Maryi to przecież tak naprawdę nic innego jak oddanie się w niewolę Jezusowi przez Nią. Bo ona zawsze nas do Niego prowadzi. Bo skoro jest Jego Matką, to również i naszą.

Kiedy zdecydowałem się ponownie nawiązać relację z Chrystusem, jej maryjny rys uruchomił mi się zupełnie naturalnie. Szczerze mówiąc, aż sam byłem tym trochę zaskoczony. Od czasu Lourdes nie myślałem o Maryi za wiele więcej niż przedtem. Nie rozważałem Jej roli w moim powrocie do wiary. Pozbyłem się tamtych dawnych naleciałości, zacząłem darzyć Jej postać i wszystko, co z Nią związane, większym szacunkiem, jednak nie czułem potrzeby pogłębiania tego. Aż do zrobienia pierwszego kroku w stronę Chrystusa. Teraz w zasadzie nie wyobrażam sobie, by Maryja nie towarzyszyła mi na tej ścieżce. I nie widzę w tym nic bałwochwalczego. Nie mam wrażenia, że zasłania mi czy zastępuje Jezusa, a tym bardziej Boga Ojca.

Kiedy odmawiam różaniec, wcale nie mam poczucia, że odprawiam jakieś magiczne obrzędy rodem z buszu. Doskonale wiem, że przesuwanie koralików i powtarzanie zdrowasiek nie ma absolutnie żadnej mocy samo z siebie, bo impuls wiary musi wypłynąć ode mnie aktem mojej wolnej woli. Kiedy kontempluję ikonę Czarnej Madonny z Częstochowy lub jakikolwiek inny wizerunek Najświętszej Dziewicy, nie widzę w nim nic nadzwyczajnego – nawet nie musi mi się on podobać. On ma jedynie aktywizować mój umysł i ducha w kierunku otwierania się na tę prawdziwą, niebiańską Maryję. Potrzebuję tego, gdyż póki co jestem więźniem materii i na dłuższą metę nie umiem obcować z abstrakcyjnymi wyobrażeniami.

Rozczaruję też prawdopodobnie wielu krytyków maryjnej pobożności uważających, że ludzie, którzy czczą Maryję, są święcie przekonani, iż w każdym z miejsc, gdzie dziś panuje Jej kult, objawiła się jakaś inna Matka Boska. Jestem doskonale świadom, że za każdym razem była to dokładnie ta sama Maryja. Choć oczywiście to, że w Lourdes mówiła po francusku, w Fatimie po portugalsku, a w Guadalupe, w języku nahauati, budzi we mnie tym większy zachwyt Nią. No i oczywiście wiem też, że nie była Polką, a imię, którym się posługuję, jest spolszczeniem hebrajskiego Miriam. Przez to staje mi się zresztą tym bliższa, tym bardziej chcę Ją poznawać i lgnąć do Niej.

No dobrze, ale spróbujmy może odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie. Czy zatem da się poznać Jezusa bez Niej? Byłbym daleki od twierdzenia, że z pewnością nie. Nie neguję w żadnym razie prawdziwości ani szczerości wiary w Niego na przykład protestantów albo tych katolików, którzy, tak jak ja kiedyś, marginalizują Ją. Doświadczenie powrotu podpowiada mi jednak, że z Nią to złączenie może być dużo pełniejsze. Po prostu wszystko wydaje mi się jak gdyby bardziej na swoim miejscu – jak puzzle, w których nie brakuje żadnego elementu. Poza tym paradoksalnie dowodem Jej niezbędności może być zaciekłość, z jaką niektórzy usiłują Ją zwalczać, nawet wymachując Biblią.

A zresztą… kim byłby człowiek bez Mamy, skoro również Zbawiciel świata Jej potrzebował? A czasem bywa przecież i tak, że to ta Maryja – wyśmiewana, odsądzana od czci – jest jedyną prawdziwą Mamą, jaką się miało. Owszem, bywa i tak. I nie wolno tego deprecjonować.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s