Eugeniusz Kazimirowski wciąż do odkrycia

Pisząc niedawno o chrześcijańskich filmach godnych polecenia, wspomniałem też o „Miłości i Miłosierdziu”. Dziś, gdy obchodzimy dziewięćdziesiątą rocznicę pierwszego objawienia św. Faustyny Kowalskiej, chciałbym do tego tematu wrócić. O samej s. Faustynie, jej widzeniach i stanowiącym ich owoc kulcie Miłosierdzia Bożego napisano i powiedziano już bardzo wiele. Po latach z cienia wyszedł również jej spowiednik, ks. Michał Sopoćko. Ale w tej historii jest jeszcze jedna osoba, którą do tej pory spowija tajemnica, a także masa niedomówień. Chodzi o Eugeniusza Kazimirowskiego – wileńskiego artystę, który zgodnie ze wskazówkami św. s. Faustyny w 1934 roku namalował obraz „Jezu, ufam Tobie”.

W tamtej notce wspomniałem, że film Michała Kondrata zawiera jeden, dotyczący właśnie jego życia, element, który frapuje mnie od chwili obejrzenia. Film mianowicie sugeruje, jakoby Kazimirowski popełnił samobójstwo. W rzeczywistości, tak jak w filmie, malarz umarł 23 września 1939 roku w swoim białostockim mieszkaniu, w którym zamieszkał po wyprowadzce z Wilna trzy lata wcześniej. W większości oficjalnych biogramów można się natknąć na lakoniczną – jak zresztą wszystko, co wiadomo o Kazimirowskim – wzmiankę, że przyczyną jego śmierci było zapalenie płuc. Jednak scena z filmu Kondrata narobiła sporo szumu. Pojawiły się wątpliwości, czy ta śmierć w jakiś sposób nie deprecjonuje przesłania o Miłosierdziu.

Sam Kondrat w żaden sposób do sprawy się nie odniósł. Przynajmniej ja, przeszukując sieć, nie natrafiłem na jego komentarz. Nie było też nigdzie informacji mogących w jakikolwiek sposób potwierdzić zaserwowaną przez niego wersję lub definitywnie jej zaprzeczyć. Za to pojawiało się coraz więcej materiałów, w których zbitka słów Miłosierdzie, Kazimirowski i samobójstwo padała w zasadzie jednym tchem. Potem zaczął się „pandemiczny” obłęd i o sprawie zapomniałem. Teraz – natchnięty właśnie rocznicą pierwszego objawienia Faustyny – postanowiłem do niej wrócić. I okazało się, że w minionym roku to i owo wypłynęło.

Ale zanim o tym, chciałbym jeszcze poświęcić kilka zdań samemu malarzowi. Jest to bowiem postać równie tajemnicza, co ciekawa. Wielu rzeczy już nigdy się o nim nie dowiemy, ale i to, co jest do ustalenia, daje dość duże pole do dywagacji. Kim był? Jakie miał przekonania? Jak traktował pracę nad obrazem? Robił to tylko dla pieniędzy, czy może z pobudek duchowych? Co myślał o młodej zakonnicy, którą dwa razy w tygodniu przyprowadzały do niego dwie poproszone o to przez ks. Sopoćkę studentki? Kiedy szuka się jego śladów, na pierwszy rzut oka wygląda, jakby urodził się tylko po to, by sprowadzić na płótno jej mistyczne wizje. Tym bardziej, że większość jego dorobku zaginęła podczas wojny.

Andrzej Lechowski – dyrektor Muzeum Podlaskiego oraz autor jednego z kilku poświęconych malarzowi artykułów – nazwał go „znajomym świętych”, dając do zrozumienia, że twórca „Jezu, ufam Tobie” nie wyszedł na tej znajomości najlepiej. Ten jeden obraz – jak konstatuje Lechowski – przysłonił wszystkie inne, które stworzył. Przysłonił wręcz jego samego. I to do tego stopnia, że nawet spora część czcicieli Miłosierdzia nie wiąże go ze stanowiącym jądro tego nabożeństwa wizerunkiem Jezusa. Swoją drogą rzeczywiście ciekawe, czy Kazimirowski czasem żałował.

W końcu Szymon z Cyreny też miał jakieś swoje życie, jakieś plany, marzenia. Aż tu nagle pewnego dnia wraca z pola i przypadkowo natyka się na rzymskich żołdaków, prowadzących przywalonego belką skazańca. Ten człowiek – skatowany prawie do nieprzytomności – już nie może iść, a co dopiero dźwigać kloc drewna, na którym niebawem zawiśnie. Żołnierze zatem zmuszają Szymona, żeby mu pomógł. Gdyby nie owa „przysługa” wobec obcego – wykonana zapewne niechętnie i ze strachu o własną skórę – o prostym rolniku dziś nikt nawet by się nie zająknął. Każdemu to, na czym mu najmniej zależy – jak głosi przysłowie. Tak właśnie myślę niekiedy o roli Kazimirowskiego w tej świętej sprawie.

Oczywiście jego nikt do niczego nie zmuszał. Zlecenie wykonał prawdopodobnie po prostu dla zysku. W końcu malowanie to był jego zawód. Niemniej sama praca potężnie dała mu się chyba we znaki. Nie dość, że trwała pół roku, to jeszcze podopieczna ks. Sopoćki bez przerwy wybrzydzała, marudziła, że to czy tamto nie tak – a to ręce inaczej wzniesione, a to głowa źle pochylona – a kiedy obraz był wreszcie ukończony, rozryczała się, że ten Pan Jezus nawet w połowie nie jest tak piękny jak ten z jej widzeń. Pewnie poczuł ulgę, kiedy w końcu dała mu spokój. Być może nawet w ogóle nie interesował się późniejszymi losami obrazu. Miał swoje życie.

Kiedy Faustyna po raz pierwszy zjawiła się w jego pracowni, miał już ponad sześćdziesiąt lat i opinię wyśmienitego portrecisty. Jego życie wydaje się dość typowe dla malarzy z tamtego okresu. Urodzony na Podolu w 1873 roku, studiował w Krakowie, Monachium oraz Paryżu – między innymi pod kierunkiem Leona Wyczółkowskiego. Podróżował po Europie dokładnie tymi samymi szlakami wielkiej sztuki co jego poprzednicy. W portfolio miał zarówno pejzaże czy dekoracje teatralne, jak też kościelne polichromie. W Wilnie osiadł na stałe w 1914 roku i wykładał tam rysunek w kolegium nauczycielskim i pracował jako scenograf.

Politycznie zdradzał podobno sympatie do obozu sanacyjnego. Jest między innymi autorem kilku portretów Piłsudskiego wykonanych przed i po wyjeździe z Wilna. Lechowski pisze o wojskowym epizodzie Kazimirowskiego w białostockim pułku strzelców. Artysta wstąpił doń w wieku czterdziestu siedmiu lat i niewiele wiadomo o tym etapie jego życia poza tym, że zaprojektował pułkowy sztandar. Wiadomo natomiast, że jego przełożonym był późniejszy wojewoda białostocki, Stefan Popielawski, w czym Lechowski upatruje jeden z powodów przeprowadzki malarza. Dawny dowódca miał mu po prostu pomóc urządzić się i wejść w tamtejszą śmietankę towarzyską.

Niewiele wiadomo o bezpośrednich przyczynach jego przeprowadzki. Lechowski spekuluje, że najbardziej prawdopodobną mogło być po prostu zamknięcie wspomnianego tu wcześniej seminarium nauczycielskiego, w którym Kazimirowski pracował. Na skutek tzw. reformy jędrzejowiczowskiej wszystkie tego typu placówki przeznaczono do zamknięcia już w 1932 roku, a ostatni absolwenci opuścili ich mury trzy lata później. Kazimirowski stracił zatem główne źródło utrzymania i – jak mniema Lechowski – najprawdopodobniej też całkiem sporą satysfakcję pedagogiczną.

Obok sztuki drugą – a niewykluczone, że pod koniec życia pierwszą – namiętnością artysty była turystyka i krajoznawstwo. Jeszcze w latach dwudziestych prezesował Wileńskiemu Towarzystwu Krajoznawczemu, a praktycznie natychmiast po zamieszkaniu w Białymstoku zaczął organizować Wojewódzkie Biuro Popierania Turystyki. Jako jego dyrektor wziął na przykład udział w konferencji poświęconej racjonalnej organizacji pociągów wycieczkowych. Walczył też o obniżenie cen biletów i uruchomienie specjalnych połączeń wycieczkowych do Wilna. Napisał wreszcie obszerny artykuł o walorach województwa białostockiego, który ukazał się w tamtejszym miesięczniku „Drogowskazy”.

Na nowym miejscu zaaklimatyzował się szybko. Zarówno dzięki starym, jeszcze wileńskim znajomościom oraz swojej pasji krajoznawczej, jak i temu, że niemal z marszu stał się dość znaczącą figurą w lokalnym środowisku plastycznym. Na zbiorczej wystawie w 1937 roku zaprezentował około stu swoich prac, które podobno silnie spolaryzowały odbiorców na jego zagorzałych wielbicieli i równie zagorzałych oponentów. Postrzegany był jako przedstawiciel konserwatywnej, odchodzącej szkoły, w której – jak ujął to Lechowski – odbijały się jeszcze czasy przedimpresjonistyczne.

A co wiadomo o jego życiu prywatnym i religijnym? Właściwie prawie nic – zwłaszcza o tym drugim. Nie miał ani żony, ani dzieci. Gdzieniegdzie pojawiają się natomiast pogłoski o jego rzekomej przynależności do masonerii. Trudno orzec, na ile mogą być prawdziwe, chociaż w świetle krytycznego stosunku Kościoła do tej organizacji nie bardzo mogę sobie wyobrazić, by ks. Sopoćko powierzył mu taką pracę, znając ten fakt. A samego Kazimirowskiego musiał znać nienajgorzej, skoro byli sąsiadami. Obaj mieszkali na terenie kościelnym – dodatkowy argument przeciwko ewentualnemu wolnomularstwu artysty – w kapelanii sióstr wizytek na Wileńskiej Rossie. Do tego, jak sam ks. Sopoćko napisał w swoim dzienniku, wtajemniczył malarza w ideę oraz inspirację obrazu, który planował u niego zamówić.

No dobrze, ale wróćmy do newralgicznej kwestii domniemanego samobójstwa. W zeszłym roku na wPolityce.pl ukazała się rozmowa Grzegorza Górnego z biskupem pomocniczym archidiecezji białostockiej, Henrykiem Ciereszką, w której zwraca on uwagę na jeden bardzo znamienny fakt – w tamtych czasach samobójcom nie przysługiwało prawo do katolickiego pogrzebu; chowało się ich w niepoświęconej ziemi, w wydzielonych częściach nekropolii, zwykle pod murem. Tymczasem Kazimirowski spoczął na cmentarzu parafialnym, do tego w samym jego centrum, a ceremonię odprawiał wikary z tamtejszej fary, o czym zaświadczają zapisy w księgach kościelnych.

Sam Górny, tym razem na łamach „Kuriera Wileńskiego”, przypomina również o akcie zgonu malarza, w którym jako przyczynę śmierci podano zapalenie płuc. Skąd więc Michał Kondrad wziął swój koncept, nie wiadomo. Scena samobójstwa, do której jako tło służą czytane przez lektora fragmenty „Dzienniczka” św. Faustyny o Miłosierdziu, miała zapewne ilustrować jego bezmiar u Boga, który może objąć również ludzi odrzucających Jego łaski. Co prawda jest to zgodne z obecną wykładnią Kościoła na temat samobójstwa, ale nie potrafię pojąć, dlaczego trzeba było przy okazji szargać pamięć realnie istniejącej osoby.

A sam Kazimirowski na pewno wciąż jest jeszcze do odkrycia. Zapewne bardziej jako malarz, niż jako człowiek, choć też poniekąd jako przyczynek do zamyślenia się nad tym, jak i jakich ludzi Bóg powołuje do pełnienia Jego dzieł. Nad tym, że czasem przychodzi inne światło i to ono prowadzi twoją rękę, czy tego chcesz, czy nie. A również nad tym, czy w plamach farby kładzionych na płótno pod – jak nieco uszczypliwie konstatuje Lechowski – dyktando siostry Faustyny odcisnął jakikolwiek ślad własnych duchowych albo metafizycznych doświadczeń czy tęsknot.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s