Czy to ważne, jak naprawdę wyglądał i żył Jezus?

Sprawa nie jest nowa, choć mnie w oczy rzuciła się dopiero ostatnio. Po prostu trzy lata temu jakoś mi umknęła w zalewie mnóstwa innych. Chodzi tu o rekonstrukcję modelu ciała Jezusa Chrystusa w 3D na podstawie wizerunku odciśniętego na Całunie Turyńskim. Co do samego Całunu, to – jak zapewne większość zarówno wierzących, jak też i niewierzących – miewałem okresy silniejszego zainteresowania nim. Zdarzało mi się oglądać różne filmy dokumentalne albo czytywać artykuły. Gdzieś w moich bibliotecznych zasobach kurzy się nawet książka na ten temat, do której póki co z braku czasu, innych czytelniczych zaległości oraz przekonania, że nie znajdę tam nic, o czym bym już nie słyszał, nie zasiadłem.

Ponieważ przez szereg lat identyfikowałem się jako agnostyk, potencjalna możliwość, że na tym płótnie rzeczywiście utrwaliła się negatywowa „fotografia” Zbawiciela uchwyconego w chwili zmartwychwstawania, bardzo rozpalała moją wyobraźnię; nie mówiąc już o nadziei, że stanowi to dowód na prawdziwość wiary. Często też, patrząc na pozytywowe odbicie twarzy z Całunu, odczuwałem dreszcz ekscytacji, że może rzeczywiście mam przed sobą prawdziwe oblicze Jezusa. Próbowałem sobie wyobrazić, jaki mógł być kryjący się za nim człowiek. Po rysach można było wywnioskować – a przynajmniej ja zawsze odnosiłem takie wrażenie – że raczej charyzmatyczny; jeden z tych, co to – jak to się mawia – kulom się nie kłaniają.

Moją wyobraźnię pobudzało też pytanie, jak mogło dojść do odciśnięcia się, czy też – jak chcą niektórzy entuzjaści – wypalenia się tego wizerunku. Czyli tak naprawdę było to pytanie o to, jak, z czysto fizycznego punktu widzenia, przebiega proces zmartwychwstania. Proces, który – jeżeli wiara w Chrystusa jest prawdziwa – czeka przecież nas wszystkich. Czy rzeczywiście towarzyszy mu błysk promieniowania? A jeśli tak, to jakiego rodzaju to promieniowanie jest? Czy występuje ono w przyrodzie? Czy da się je zmierzyć? Czy jego źródłem są reanimowane i przemieniane w tzw. Ciało Uwielbione komórki, czy może wstępująca w nie dusza? A może powstaje w wyniku ich połączenia?

Według materiału z serwisu Aleteia, który stał się dla mnie inspiracją do tego tekstu, model, a konkretnie wydrukowany za pomocą drukarki 3D posąg, został wykonany z dokładnością co do milimetra na podstawie obliczeń Giulio Fantiego – wykładowcy pomiarów mechaniczno-termicznych na uniwersytecie w Padwie, a zarazem badacza relikwii. Jezus, lub Mężczyzna z Całunu – jak lubią określać ci z większą dozą rezerwy – miał mierzyć metr osiemdziesiąt (przy średniej ówczesnego wzrostu wynoszącej metr sześćdziesiąt pięć) i być niezwykle smukły, a zarazem silnie zbudowany. Miał też – jak to określił prof. Fanti – królewski i dostojny wygląd.

Dzięki badaniom oraz stworzonemu przez siebie modelowi Fanti doliczył się też około trzystu siedemdziesięciu ran powstałych w wyniku biczowania. Do tego dochodzą rany boczne, które nie odcisnęły się na płótnie. Razem daje to nam przynajmniej sześćset śladów po uderzeniach. Rekonstrukcja wykazała ponadto, że w chwili śmierci Jezus vel Mężczyzna z Całunu osunął się na prawo, na co wskazuje zwichnięcie prawego ramienia – na tyle poważne, że doszło do uszkodzenia nerwów. Dla Fantiego wynikająca z tego wszystkiego konkluzja jest oczywista: to, co napisano w Ewangeliach, jest prawdą, zaś badane płótno to rzeczywiście całun, w który zawinięto zmaltretowane zwłoki Jezusa po zdjęciu z krzyża.

Ja sam nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy wierzę w prawdziwość Całunu. Choć chyba mimo wszystko wierzę. Przyznam, że trochę bałem się w ten temat brnąć. Mam – stety lub nie – ciągoty do gnozy, rozumianej nie tyle w najbardziej ortodoksyjnym sensie jako antagonizm między złą materią i dobrym duchem, a bardziej jako po prostu zgłębianie rzeczy ukrytych. W nadmiernych ilościach powoduje to odwrócenie uwagi od tego, co w zasadzie powinno być w chrześcijaństwie najważniejsze. A z pewnością nie są to cuda, objawienia, tajemnice życia po życiu albo tyleż pociągające, co dla wiary całkowicie zbędne dywagacje, czy Wielki Wybuch należy utożsamiać ze Słowem z Ewangelii św. Jana. I trochę tak też poniekąd jest z Całunem.

Nie przeczę, że zajmowanie się nim może umacniać lub wręcz budzić wiarę. Zresztą podobno kilku naukowców się dzięki niemu nawróciło. Z drugiej jednak strony do samej wiary nic to tak naprawdę nie wnosi. Na dłuższą metę może być co najwyżej intrygującą rozrywką, która sama z siebie nie uczyni nas ani lepszymi, ani bardziej wrażliwymi na potrzeby bliźnich. To, ile wzrostu miał Jezus i czy w chwili zmartwychwstania emitował jakieś promienie, w żaden sposób przecież nie wpływa na sedno Jego nauki. A mimo to z jakichś powodów pragniemy wiedzieć. Kręci nas to, nawet gdy jesteśmy niewierzący lub wątpiący.

Choć cała chrześcijańska – nie tylko katolicka – tradycja mówi, że w kanonie Pisma Świętego zostało zawarte wszystko, co jest niezbędne do właściwego i głębokiego przeżywania wiary, sięgamy czy to po apokryfy, czy choćby po zapiski z widzeń bł. Katarzyny Emmerich, które stanowią kopalnię wiedzy o nieuwzględnionych w Ewangeliach fragmentach życia Jezusa, jak też i ogromne rozszerzenie tych uwzględnionych. Z iście tabloidowym głodem rzucamy się na książki w rodzaju „Oczami Jezusa” Carvera Amesa albo wszelkiej maści mistyczne dzienniki. A nuż coś gdzieś ujawnił, powiedział, pokazał. Połykamy też popularnonaukowe dokumenty, choć część z nich jest jawnie antychrześcijańska.

Tak, robimy to. Robimy to, choć nie lubimy się do tego przyznawać. Ja też to robię. Robiłem zarówno wówczas, gdy byłem od Kościoła odłączony, jak i po powrocie do niego. Choć teraz – jak już wspomniałem – staram się pilnować, żeby za bardzo nie popłynąć. Też przeczytałem objawienia Katarzyny Emmerich i nie powstrzymało mnie nawet to, że w kilku miejscach ciut rozmijają się z tym, co przekazuje Kościół. Niemiecka mistyczka twierdzi na przykład, że nie od samego początku diabeł miał pewność, że Jezus jest Synem Bożym – miał ją ponoć zyskać dopiero po kuszeniu na pustyni. Przeczytałem też większość dostępnych apokryfów, niedługo zaś biorę się za książkę pewnego eks-gliniarza, który badał Ewangelie metodami śledczymi.

Więc owszem, robimy to, choć żadnego, lub prawie żadnego pożytku z tego dla naszej wiary nie ma. Z kolei ci, którzy nie wierzą, też od tego raczej nie zmienią zapatrywań. Tylko czy to źle? Bo moim zdaniem nie. To zupełnie naturalne, że chcemy wiedzieć, jak wyglądał oraz żył ktoś, kto wywarł tak wielki wpływ na całą ludzkość. Czy jest to wydzieranie jakichś tajemnic, zapuszczanie się w obszary, które może nie bez powodu zostały ukryte? Zapewne częściowo tak. W tym tkwi właśnie sygnalizowane powyżej niebezpieczeństwo zabawiania się w gnozę. Do tego, jeśli robimy to nieumiejętnie, korzystając z niepewnych źródeł, możemy dość łatwo się pogubić. Jednak sama chęć jest dla mnie w pełni zrozumiała.

I naturalne jest również, że kogoś takiego jak Jezus chcemy sobie w jakiś sposób przybliżyć, uczłowieczyć, nawiązać z nim kontakt. Przy korzystaniu tylko ze źródeł ewangelicznych nie zawsze i nie dla każdego będzie to łatwe. Z tego, że dowiemy się, iż lubił jadać figi, albo dla kogo robił stoły, zanim ruszył nauczać, nic nie wyniknie dla naszego zbawienia – to prawda – ale być może pozwoli niektórym z nas lepiej się z Nim utożsamić, przez co lepiej wybrzmi też Jego zbawcze dzieło. Tak sądzę. Zresztą zapewne z tego też powodu fantazjuje na Jego temat kultura. Dlatego powstają np. takie filmy jak głośne „Ostatnie kuszenie Chrystusa” oraz wiele mniej znanych, lepszych i gorszych.

Ważne jest tu chyba tak naprawdę co innego. Możemy do woli interesować się losami Całunu i dywagować, jaki typ promieniowania pozwala w ten sposób utrwalić obraz. Możemy też do woli snuć spekulacje o tym, co Jezus robił między odnalezieniem Go w świątyni przez Maryję i Józefa a chrztem w rzece Jordan. Możemy się tym wszystkim zajmować, ile dusza zapragnie – tym i jeszcze wieloma innymi kwestiami – o ile nie odciągnie nas to od zauważania Jezusa w drugim człowieku. Jeśli tego nie potrafimy, to pies drapał Całun i całą resztę. I piszę to też dla siebie jako przestrogę, gdy za mocno porwą mnie gnostyckie fascynacje.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s