Czy ewentualne odkrycie życia poza Ziemią unieważni wiarę w Boga?

Temat istnienia życia pozaziemskiego stał się ostatnio, po latach hibernacji lub egzystowania w niszach dla miłośników teorii spiskowych o Strefie 51, znów modny. Sprawił to medialny szum wokół najnowszej misji marsjańskiej i otwierającej się wraz z nią możliwości odkrycia jakichś – zapewne pradawnych, choć niekoniecznie – śladów życia na czerwonej planecie. Nie da się zaprzeczyć, że gdyby do takiego odkrycia doszło, to bez względu na rodzaj ewentualnie znalezionych organizmów wydarzenie to będzie stanowić gigantyczny przewrót dla każdej z uprawianych przez ludzkość dziedzin – od nauk ścisłych po humanistykę, a także… religię i w ogóle szeroko pojętą duchowość.

Czysto abstrakcyjne spekulacje, czy jesteśmy we wszechświecie sami, czy też nie, oraz co by dla nas wynikło, gdyby się jednak okazało, że nie, to zupełnie inna kategoria rozważań, niż stanięcie oko w oko z niedającymi się zanegować faktami. Bez względu bowiem na to, czy to życie z gwiazd miałoby postać prymitywnych mikrobów, stworzeń przypominających nasze zwierzęta, czy może zaawansowanej cywilizacji, posiadającej własną technologię, kulturę, a być może i religię, musielibyśmy ostatecznie pogodzić się z tym, że nie jesteśmy jedyni, a co za tym idzie – wyjątkowi. W jakim świetle stawiałoby to wiarę, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo? Niedługo być może to pytanie nabierze realnego znaczenia.

Swego czasu byłem pasjonatem najróżniejszych filmów dokumentalnych o życiu w kosmosie. Przede wszystkim – i od tego należałoby chyba w ogóle zacząć – należę do tych, którzy wierzą w to, że Ziemia niekoniecznie musi być jedyną planetą z warunkami optymalnymi do rozwoju i podtrzymania życia. A ponieważ wiarę tę łączę z przekonaniami religijnymi – wręcz nawet z nich ją wysnuwam, o czym później – w tych filmach i programach zawsze jakoś brakowało mi przynajmniej próby zmierzenia się z tym wątkiem. A jest to, w mojej ocenie, rzecz absolutnie fundamentalna.

Gdy teraz o tym myślę, przypominają mi się moje własne dawne próby godzenia naukowego obrazu świata z wiarą. W czasie pierwszych lat studiów spędziłem nad owym zagadnieniem wiele pełnych intelektualno-duchowych uniesień nocy. Zwłaszcza pierwszy rok był pod tym względem intensywny, gdyż na stancji, na której mieszkałem, była pozostawiona przez syna właścicielki spora biblioteczka z popularnonaukowymi książkami o kosmologii oraz fizyce kwantowej. Dla mnie, wówczas niezwykle duchowo rozbudzonego, ich lektura miała przede wszystkim walor metafizyczny. Przeżywałem zachwyt porządkiem i bogactwem kosmosu, który dawał mi to, czego nie mogłem znaleźć w Kościele.

Potem, już na własną rękę, zacząłem szukać tekstów ujmujących tę kwestię od strony bardziej religijnej lub łączącej religię z paradygmatem naukowym. W ten sposób trafiłem m.in. na „Na początku było jednak światło” ks. prof. Włodzimierza Sedlaka, która po raz pierwszy ukazała mi, że przeprowadzenie pomostu między nauką i duchowością jest rzeczywiście możliwe i nic nie ujmuje ani jednemu, ani drugiemu. A co więcej, właśnie dzięki tej książce uzmysłowiłem sobie, że we mnie pod tym względem nigdy tak naprawdę nie było konfliktu, gdyż intuicyjnie zawsze czułem, że nauka i wiara w gruncie rzeczy mierzą się z bardzo podobnymi pytaniami, tyle że od innej strony. Fizyka, biologia czy chemia badają mechanizmy, a teologia zapytuje o sens, a nawet Sens, oraz najgłębiej pojęty cel, a właściwie Cel.

To ludzie w swoim z jednej strony religijnym, a z drugiej materialistycznym, choć również w istocie parareligijnym, zacietrzewieniu i fanatyzmie wykopali między owymi obszarami rów nieomalże nie do przejścia. Tak naprawdę bowiem to, czy odkrycia nauki przybliżają nas do Boga, czy od Niego oddalają, nie wynika z tego, że nauka potwierdza Jego istnienie albo mu zaprzecza. To bardziej rezultat indywidualnych ludzkich uwarunkowań – uprzedzeń, stopnia uduchowienia itp. Jednego złożoność i logiczność wszechświata, a także być może bogactwo występującego w nim życia, wprawi, tak jak mnie, w zachwyt, a dla innego stanie się jeszcze jedną pałką do zwalczania mrzonek o stojącym za tym wszystkim Stwórcy.

Jeżeli jednak założymy, że taki Stwórca był – jest nadal – to również powinniśmy dopuścić, że wprawiony przez Niego w ruch dynamizm ewolucyjny mógł doprowadzić do wytworzenia się takich lub innych form życia także w innych rejonach kosmosu. A najlepszym dowodem na to jest przecież nasza własna egzystencja. Skoro my powstaliśmy, to dlaczego identyczny proces nie miałby zajść na innej planecie lub nawet na wielu z nich? Choć oczywiście dla niektórych wierzących mogą się tu pojawić dwa zasadnicze problemy – po pierwsze przekonanie, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, i po drugie definicja samego człowieka.

Czy bycie stworzonym na obraz i podobieństwo oznacza, że Bóg też ma dwie ręce, dwie nogi, żołądek i inne typowe dla nas atrybuty? No nie, oczywiście, że nie. Ów obraz i podobieństwo odnosi się wszak nie do ludzkiej cielesności – zdeterminowanej przez takie a nie inne warunki na Ziemi, a w bodaj największym stopniu przez grawitację – lecz do duchowych przymiotów, takich jak wolność, zdolność do czynienia dobra czy rozumność. Gdyby więc okazało się, że poza Ziemią też istnieje życie, a zwłaszcza życie rozwinięte, choć niekoniecznie podobne do nas biologicznie, to należałoby przyjąć, że i ono zostało w te cechy przez Boga wyposażone. Co prowadzi nas do być może koniecznej w takim wypadku redefinicji samego pojmowania człowieczeństwa.

Dla nas ludzkość to mieszkańcy Ziemi. A i z tym na przestrzeni historii miewaliśmy problem. Bywało wszak – ba, bywa nadal! – że niektórym dwunożnym istotom odmawialiśmy prawa do miana człowieka bądź też traktowaliśmy jak podludzi tylko dlatego, że miały inny kolor skóry czy obyczaje. W obliczu konfrontacji z życiem pozaziemskim – zwłaszcza, podkreślam po raz kolejny, rozumnym – musielibyśmy najprawdopodobniej uznać jego przedstawicieli za braci w człowieczeństwie, tak samo jak my chcianych, stworzonych i kochanych przez Boga. O ile, rzecz jasna, to oni pierwsi nie potraktowaliby nas tak, jak my kiedyś rdzennych mieszkańców Ameryki czy Afryki, czego nie należy wykluczyć.

Tak czy inaczej, jeśli coś by ucierpiało, to z pewnością nasza geocentryczność. Ujrzelibyśmy samych siebie jako część większej układanki – być może, z racji posiadanego rozumu, wolnej woli lub pragnienia transcendencji, rzeczywiście uprzywilejowaną, a może właśnie wcale nie. Nie miałoby to jednak wpływu na wiarę w Boga jako taką. Wprost przeciwnie – mogłoby się stać przyczynkiem do jej jeszcze większego pobudzenia i rozwoju; wyniosłoby ją na znacznie wyższy, iście kosmiczny, poziom, a może nawet doprowadziło do powstania zupełnie nowych doktryn religijnych czy gałęzi teologii, próbujących godzić przeświadczenie o istnieniu Boga z uniwersalnością życia.

Aczkolwiek pewna zagwozdka mi się tu nasuwa. Gdyby bowiem okazało się, że nie jesteśmy sami, należałoby bardzo poważnie zastanowić się nad odkupieńczą misją Jezusa. No bo czy rodząc się dwa tysiące lat temu na Ziemi, dokonał też zbawienia mieszkańców innych planet? Jeśli tak, stawia nas to w wyjątkowej pozycji, niezależnie od tego, jak bardzo ci nasi bracia z gwiazd byliby zaawansowani. Stajemy się czymś w rodzaju globalnej, a nawet kosmicznej Palestyny, czyli leżącej gdzieś na peryferiach cywilizacji zapadłej dziury, do której zstąpił i tym samym ją uświęcił Bóg. A może dla każdej ludzkości przygotował inny, dostosowany do jej uwarunkowań plan zbawienia? Tylko że to podważa same fundamenty chrześcijaństwa.

Gdyby więc doszło do jakiejś formy kontaktu i na przykład okazałoby się, że tamci nie znają bądź nie uznają Chrystusa, to czy powinniśmy ich ewangelizować? Jaki mielibyśmy do tego mandat? A co, jeżeli to oni zechcieliby ewangelizować nas, bo na przykład doskonale znaliby Objawienie, od dawna nim żyli i rozwinęli związane z nim łaski o wiele głębiej niż my? Może jeśli kiedyś tutaj przylecą, będą jak religijni turyści, odwiedzający Ziemię tak, jak my obecnie Ziemię Świętą? A może udowodniliby nam, że wszelkie nasze wierzenia to bujdy. Albo że są w posiadaniu wiedzy, która całkowicie zrewolucjonizowałaby nasze pojmowanie sensu i celu istnienia.

Wiem, wiem, ponosi mnie już trochę. Jednak chcę po prostu pokazać, jak wiele potencjalnych furtek się otwiera, gdy myślimy o spotkaniu z pozaziemską formą życia w kategoriach stricte religijnych, a nie tylko naukowych czy nawet filozoficznych. Oczywiście szansa, że będziemy musieli się z tymi zagadnieniami zmierzyć w przewidywalnej przyszłości, jest niewielka, bo o ile w ogóle natkniemy się w kosmosie na jakieś życie, będą to raczej bakterie albo jakieś inne prymitywne organizmy. Co oczywiście też zmusi nas do kilku kluczowych przewartościowań. Choć przy tym, jak już nadmieniłem, bynajmniej nie doprowadzi do „śmierci Boga”.

Poza tym nie zapominajmy, że efekty takiego, póki co nadal hipotetycznego, zetknięcia, nasze reakcje na nie, tak naprawdę powiedzą więcej o nas, o naszej kondycji, niż o naturze Boga lub o tym, czy On w ogóle jest.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s