Schody z Santa Fe

Wśród wielu różnych opowieści o cudach ta niewątpliwie należy do najbardziej zaskakujących. Także dlatego, że dowód tego prawdopodobnie nadprzyrodzonego zdarzenia jest jedyny w swoim rodzaju. Nie stanowi go ani przemieniona hostia, ani płacząca figurka Maryi, lecz… A zresztą nie uprzedzajmy faktów. Udajmy się natomiast do Stanów Zjednoczonych. A konkretnie na ich południowy zachód – na pogranicze Arizony, Kolorado, Oklahomy oraz Teksasu.

Większość ludzi zapytanych o Nowy Meksyk prawdopodobnie skojarzy tę nazwę z miastem Roswell i domniemaną katastrofą UFO, która rzekomo miała tam miejsce w 1947 roku. Lecz ów amerykański stan, znany między innymi z tego, że posiada największy odsetek ludności  latynoskiej w całych USA, może się poszczycić jeszcze jedną niezwykłością – w przeciwieństwie do latających spodków całkiem prawdziwą i możliwą do zobaczenia. Znajduje się ona w stolicy stanu, Santa Fe, a konkretnie w tzw. Kaplicy Loretto, która niegdyś była katolickim kościołem, a obecnie służy jako muzeum oraz kaplica weselna.

Większość odwiedzających ten budynek przyjezdnych ciągnie doń głównie z jednego powodu. Są nim mianowicie niezwykłe spiralne schody, prowadzące na chór. Rokrocznie przyciągają one około ćwierć miliona zarówno zwykłych turystów, chcących po prostu przyjrzeć się owej niezwykłej konstrukcji, jak i pielgrzymów, którzy wierzą, że ma ona cudowne pochodzenie.

Schody istotnie są niesamowite. Do ich wzniesienia nie użyto ani jednego gwoździa, śrubki bądź kleju. Wszystko trzyma się w nich na kwadratowych drewnianych kołkach. Co jeszcze ciekawsze, niezwykle rzadki gatunek świerku, z którego je wykonano, w ogóle nie występuje na terenie Nowego Meksyku. Rośnie natomiast na oddalonej o sześć tysięcy kilometrów Alasce. Skąd budowniczy schodów go wziął lub jakim sposobem przetransportował, mając – jak twierdzą naoczni świadkowie – do dyspozycji tylko osiołka? Tego nikt nie wie. Nie wiedział tego również żaden działający wówczas w okolicy dostawca drewna, bo do żadnego z nich tajemniczy cieśla nigdy się nie zgłosił.

Jeszcze bardziej zadziwia ich kształt, który zdaje się jawnie drwić z praw fizyki. Jest to helisa albo, jak tę figurę nazywają niektórzy, ślimacznica zakreślająca dwukrotny obrót. Same stopnie zamontowano na specjalnych spiralnych szynach, zrobionych z mnóstwa drobnych, precyzyjnie ze sobą połączonych elementów, co sprawia, że cała konstrukcja powinna być stosunkowo mało wytrzymała, a za to dość mocno podatna na przeciążenia. Tym bardziej że schody nie posiadają żadnej podpory ani też słupa, wokół którego mogłyby się wić.

Jeśli dołożyć do tego fakt, że w pobliżu nie znajduje się żadna ściana, o którą mogłyby się oprzeć, to z czysto racjonalnego punktu widzenia nie mają prawa się trzymać. Zwłaszcza że w ciągu ponad stu lat, jakie upłynęły od ich zbudowania, przeszło po nich setki, a może i tysiące stóp. Często zaś było to po kilka, a nawet kilkanaście osób jednocześnie. A warto tu nadmienić, że pierwotnie schody te nie miały żadnej balustrady. Dopiero po dziesięciu latach użytkowania dostawił ją inny cieśla, tym razem znany z imienia i nazwiska, niejaki Philip August Hesch. Nie ma informacji, ażeby kiedykolwiek zdarzył się na nich jakiś wypadek.

Nie sposób również przejść obojętnie obok kryjącej się w schodach z Santa Fe symboliki. Po pierwsze liczba stopni – jest ich trzydzieści trzy, czyli dokładnie tyle, ile – według tradycji – miał Jezus, gdy został ukrzyżowany. Podobnie rzecz ma się z nazwą miasta, w którym wydarzyła się ta nieprawdopodobna, choć w stu procentach prawdziwa historia – Santa Fe to po hiszpańsku Święta Wiara.

Ale co właściwie się stało i jak się zaczęło?

Cofnijmy się do roku 1852. Wtedy to, na zaproszenie arcybiskupa wciąż raczkującej diecezji Santa Fe, z Kentucky przyjechały siostry loretanki. Miały tam założyć swój nowy klasztor i prowadzić szkołę dla dziewcząt. Ponieważ jednak większość mieszkańców obejmujących diecezję terenów stanowili biedni Meksykanie i rdzenni Amerykanie, zakonnice zaangażowały się przede wszystkim w pomoc dla nich, a także zabrały się za ich ewangelizację oraz naukę czytania i pisania. I tak minęło im dwadzieścia lat, w trakcie których w końcu zdołały sfinalizować budowę wymarzonego klasztoru.

Do wzniesienia pozostała tylko kaplica. Ich ordynariusz uznał, że powinna ona zostać zbudowana na wzór słynnej paryskiej Sainte-Chapelle, którą w dwunastym wieku ówczesny król Francji, św. Ludwik, wybudował z zamiarem przechowywania w niej relikwii korony cierniowej i innych świadectw Męki Pańskiej przywiezionych z wyprawy krzyżowej. Do zaprojektowania kaplicy zatrudniono wybitnego francuskiego architekta, Paula Mouly.

Mouly idealnie wywiązywał się z powierzonego mu zadania. Prowadzona pod jego nadzorem budowa trwała pięć lat. Ściany powstały ze specjalnie wyselekcjonowanego piaskowca, a stropy – z kamienia wulkanicznego. Z Paryża sprowadzono piękne ozdobne witraże. Niestety tuż przed zakończeniem prac wydarzyła się tragedia – Mouly został zamordowany. Kiedy siostry ochłonęły i zaczęły szykować się na wizytację biskupa, okazało się, że genialny architekt zapomniał o jednym szczególe – nie zdążył zrobić projektu schodów na chór.

Teoretycznie sprawa wydawała się prosta, jednak w praktyce właściwie niewykonalna – przynajmniej dla poproszonych o pomoc miejscowych architektów oraz stolarzy. Mouly tak bowiem zaaranżował wnętrze świątyni, że po prostu nie było w niej miejsca na jakiekolwiek tradycyjne schody. Wejście na chór było wobec tego możliwe jedynie po drabinie. A więc raz, że mało godne, a dwa – niebezpieczne. Łatwo o skręcenie karku.

W tej sytuacji zdesperowanym siostrom pozostało tylko się modlić. Uznały, że z prośbą o rozwiązanie problemu powinny się zwrócić do św. Józefa. Kto jak kto, ale on – też przecież za życia cieśla – najlepiej je zrozumie. Rozpoczęły zatem skierowaną do niego nowennę. Według ich własnej relacji w ostatnim dniu jej odprawiania do klasztornej furty ktoś zapukał.

– Był to brodaty, nadzwyczaj licho ubrany staruszek – opowiadała później przełożona klasztoru, Matka Magdalena. – Towarzyszył mu osiołek, który dźwigał na grzbiecie skrzynkę na narzędzia.

– Jestem cieślą – oznajmił, nie przedstawiając się. – Usłyszałem o waszych kłopotach i jestem gotów je rozwiązać.  Wybuduję wam te schody.

Matka Magdalena zwróciła uwagę na zawartość niesionej przez osiołka skrzynki.

– Było w niej parę młotków, jakaś dziwacznie wyglądająca piła, miara… chyba miara w kształcie litery T i dłuto. Nic więcej. Żadnych gwoździ, klejów, lakierów, pędzli… po prostu nic.

Obcy postawił jeden warunek: nie życzył sobie, by ktokolwiek przeszkadzał mu przy pracy czy choćby go podglądał. Przybysz nie potrzebował też niczyjej pomocy. Na czas pracy zamknął kaplicę na klucz. I taki stan rzeczy utrzymywał się przez kilka kolejnych miesięcy, podczas których nikt go nie widział. Nie pokazywał się ani w klasztorze, ani w mieście. Gdyby nie dobiegające z wnętrza odgłosy piłowania, heblowania i stukania, można by sądzić, że zniknął. Wreszcie jednak wyszedł z budynku i oświadczył, że schody są gotowe. Przeorysza z współsiostrami czym prędzej podążyła tam, by sprawdzić efekty zabiegów osobliwego staruszka.

Gdy weszły do środka, ich oczom ukazało się właśnie to, co do dziś podziwiają turyści przybywający do Santa Fe.

– Ten widok po prostu zapierał dech w piersiach – wspominała później Matka Magdalena. – Ale to nie było najbardziej zaskakujące. Kiedy chciałyśmy mu zapłacić, okazało się, że zniknął. Po prostu zapadł się pod ziemię. Pytałyśmy wszędzie, ale nikt go nie znał. Dałyśmy nawet ogłoszenie do lokalnej gazety – bez rezultatu. Wyznaczyłyśmy nagrodę za informację o nim – też nic. Przepadł jak kamień w wodę. Rozpłynął się w powietrzu, jakby go w ogóle nie było. Zostały po nim tylko te wspaniałe, eleganckie i bardzo wygodne schody, które zadziwiały każdego oglądającego je fachowca.

Po tygodniach bezowocnych poszukiwań loretanki doszły do jedynego wniosku, jaki im się nasunął: że tajemniczym cieślą musiał być sam św. Józef, ziemski opiekun Jezusa, który przybył do nich w postaci złachanego starca. To dlatego schody w ich kaplicy bardzo szybko zaczęto nazywać cudownymi albo schodami św. Józefa. Rychło też stały się celem licznych pielgrzymek.

Kościół jak dotąd oficjalnie nie uznał cudu w Santa Fe. A co z tożsamością tajemniczego cieśli? Czy to rzeczywiście był św. Józef albo – co wydaje się równie prawdopodobne – ktoś jak najbardziej z krwi i kości, lecz przez niego natchniony i przysłany jako odpowiedź na modlitwy sióstr? Pod sam koniec XX wieku Mary-Jane Straw Cook, autorka książki o kaplicy Loretto w Santa Fe, sugerowała, że być może prawdziwym budowniczym schodów mógł być niejaki François-Jean Rochas – francuski czarodziej od stolarki, który przez pewien czas mieszkał w regionie Santa Fe. Szkopuł w tym, że w czasie, gdy działy się opisywane wypadki, Rochas nie miał jeszcze trzydziestki.

Tak czy inaczej, schody po dziś dzień traktowane są jako przykład wybitnej sztuki ciesielskiej. Ocenia się, że do ewentualnego wykonania ich współczesnej kopii trzeba by zatrudnić sześciu arcymistrzów stolarstwa oraz co najmniej jednego inżyniera naprawdę wysokiej klasy. Niezbędne byłoby również skorzystanie z niezwykle precyzyjnej, wspomaganej laserowo aparatury mierniczej, nie wspominając o specjalnych narzędziach do wyginania drewna pod odpowiednim kątem. A i to nie gwarantowałoby sukcesu.

Schody z Santa Fe to jeden z najgłośniejszych cudów przypisywanych ziemskiemu opiekunowi Jezusa – cichemu, pokornemu i przez całe wieki odsuniętemu jakby w cień. Być może rzeczywiście w Santa Fe pojawił się we własnej osobie – historia zna kilka jego objawień – a może wybrał kogoś żyjącego, kim się posłużył: na przykład wielkiego grzesznika, który w ten sposób, otrzymując od świętego instrukcje co do wykonania schodów, mógł odpokutować swoje winy. Tego najprawdopodobniej nigdy się nie dowiemy. Faktem jest natomiast, że mąż Marii z Nazaretu skrywa jeszcze wiele niespodzianek.

Niewykluczone, że jego prawdziwy czas dopiero nadchodzi. Jego – nauczyciela stałości i wytrwałości w niepewnym i rozchwianym świecie. Schody, które stworzył – nieważne, czy własnymi, czy też cudzymi rękami – symbolicznie łączą Ziemię z Niebem, zaś ich trwałość ma zapewne stanowić gwarancję, że ta droga nigdy się nie załamie.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s