Trzy miesiące później

No właśnie! Ani się obejrzałem, jak stuknął kwartał od mojej – opisywanej zresztą na blogu – pierwszej po kilkunastu latach spowiedzi. Był to dla mnie, jak już wspomniałem, ważny krok pod co najmniej kilkoma względami – zaczynając od najgłębiej osobistego, a na twórczym, który w zasadzie powinien nas tu najbardziej interesować, kończąc. Co się w tym czasie zmieniło? Jakim przeobrażeniom ja sam podległem? Teraz mogę pokusić się o spojrzenie na to z przysłowiowego lotu ptaka i dokonać pierwszych obrachunków.

Przede wszystkim zdążyłem już zaliczyć zadyszkę. To znaczy dobić duchowo i mentalnie do stanu, w którym wiara zaczęła mi bardziej ciążyć, niż mnie napędzać. I w którym zachwyt nad Bogiem, wszystkim, co się z Nim wiąże, i faktem, że wreszcie w pełni w tym uczestniczę, ustąpił miejsca frustracji, zniechęceniu i zmęczeniu. A także – co niezmiernie istotne – złości, że Bóg nie robi dla mnie i dla świata tego, czego po Nim oczekuję i co wyobrażam sobie, że czynić powinien.

No tak, wiem, że to irracjonalne i w sumie dość mocno dziecinne. Niemniej takie odczucia się pojawiły, a skoro założyłem sobie, że relacje człowieka z Absolutem będę opisywał także na własnym przykładzie, uczciwie o tym raportuję.

To dla mnie newralgiczny punkt, bo właśnie mniej więcej dwa dni temu, gdy owo przesilenie się pojawiło, po raz pierwszy od grudnia zajrzało mi w oczy realne niebezpieczeństwo, że ten rąbek szaty, o którego kurczowym trzymaniu się wówczas pisałem, może mi się wysmyknąć z palców. Nie, wróć! Sam by się nie wysmyknął – to ja bym go puścił. Tak czy owak, dotarło do mnie, że gdy pisałem o tym wtedy, zaledwie kilka dni po spowiedzi, będąc wciąż mocno nią napompowanym, taka możliwość wydawała mi się abstrakcyjna. Trochę na zasadzie, że no wiecie – ja miałbym spieprzyć? Ja? No way, Jose!

To z kolei pomogło mi samemu sobie uzmysłowić, że do konfesjonału, a potem do pierwszej Komunii (mamusiu, gdzie ten rower?) szedłem z nieco magicznym nastawieniem. Ach, teraz już będę blisko bozi, a że bozia swoim dzieciom marnotrawnym niczego nie odmawia, to mi da wszystko, o co ją grzecznie – albo i wcale nie tak grzecznie – poproszę. A tu takiego wała. Bolesna lekcja.

No więc co zrobisz, Króliczku? Obrazisz się i trzaśniesz drzwiami z drugiej strony? Znowu? Cholera, byłem tego blisko. Aż mnie ciary przechodzą na myśl, jak bardzo.

Wyobraziłem sobie, że naprawdę to robię, i… przeszyła mnie iście metafizyczna groza. Serio. Na samą myśl, że mógłbym znowu się urwać, znów zacząć dryfować w pustce, a do tego skazać się na to z tak błahego powodu jak ten, że Bóg, mimo moich usilnych próśb, a wręcz błagań, nie chce zakończyć globalnego obłędu przez niektórych dla niepoznaki nazywanego „pandemią”, zmroziło mi krew w żyłach.

I jeszcze coś, dla mnie poniekąd fundamentalne: gdybym rzeczywiście się na to poważył, to zniszczyłbym całą zbudowaną na fakcie bycia wierzącym konstrukcję, obejmującą zarówno moje życie, jak i… no cóż, po prostu, nie ukrywajmy, pracę.

No i tu docieramy powoli do sedna tego, co tak naprawdę chciałbym w tej notce wyrazić. A mianowicie…

Jak już kilkukrotnie zaznaczałem, moja droga powrotu do Kościoła była dość… powiedzmy, że pokrętna. Zaczęło się od polityki. Mniej więcej osiem lat temu mocno się w tym obszarze uaktywniłem, sytuując swoje sympatie i poglądy po prawej stronie. A to w naturalny sposób – przynajmniej wtedy taki mi się wydawał – wiązało się z zawarciem taktycznego sojuszu z Kościołem. Po pięciu latach całkowitej obojętności zacząłem znów uczęszczać na mszę, nie dlatego jednak, że uwierzyłem, tylko z przyczyn stricte politycznych. Byłem wtedy po prostu typowym prawakiem uważającym, że wraz z Kościołem katolickim broni zdrowego rozsądku i stanowiących jego duchowe podwaliny chrześcijańskich wartości.

W 2017 roku poleciałem na pielgrzymkę do Lourdes. Też, nie da się ukryć, z przyczyn raczej politycznych oraz ideologicznych niż religijnych. Po prostu postanowiłem odwiedzić, a potem opisać w książce przyczółek cywilizacji życia w morzu cywilizacji śmierci. I rzeczywiście „Miasto cudów” ma trochę taki wydźwięk. Niemniej właśnie w Lourdes delikatnie zaczęło mi się zmieniać. Doświadczyłem tam kilku rzeczy, które sprawiły, że w moim myśleniu polityka stopniowo zaczęła ustępować pola eschatologii.

Przez kolejne lata te nurty szły u mnie w zasadzie łeb w łeb. To znaczy: z jednej strony coraz bardziej czułem autentyczną potrzebę wiary, a z drugiej wciąż – chyba głównie dlatego, że nie czułem się gotowy do powrotu, a może też nieco się go bałem – tłukłem, gdzie tylko się dało, teksty o złych elgiebetach burzących naturalny porządek, podmywających zdrową doktrynę wyrodnych księżach w rodzaju o. Szustaka czy konieczności walki z aborcją. O rozwalającym Kościół od środka papieżu Franciszku oczywiście też.

Tylko że coraz bardziej brakowało mi w tym wszystkim jednego elementu. Wiecie, jakiego? Bumagi z góry, że mogę to robić. Certyfikatu od Boga, który w moim własnym mniemaniu uprawniałby mnie do wypowiadania się w tych kwestiach. Czułem rosnącą potrzebę pełnej synergii między widocznymi publicznie poczynaniami a tym, co w środku.

I pomijając wszelkie inne względy – zbyt prywatne, by o nich tu pisać – to również miałem na uwadze, decydując się wreszcie ponownie uregulować moje stosunki z Kościołem. A poprzez niego – z Bogiem.

No, Królik – kombinowałem – teraz to dopiero dasz czadu! Strzeżcie się, elgiebety, feministki i wy, farbowani katolicy, którzy bardziej ukochaliście ducha czasu niż Ducha Bożego! Idę po was. Idę i nie będę brał jeńców. Idę, bo już dysponuję pełnym wymaganym do tego pakietem.

I początkowo rzeczywiście tak było. Również na blogu. Z czasem jednak – nie wiem, czy na skutek otrzymywanych w sakramentach łask, czy pracy nad sobą, do której naprawdę ostro się wziąłem, a przynajmniej na tyle, na ile było mnie stać – ten ogień zaczął jakby przygasać. Co zresztą też widać po ostatnich wpisach. Nie zmieniłem poglądów na żadną z poruszanych kwestii, ani też nie straciłem ich z pola widzenia. Jednak z tygodnia na tydzień coraz mniej czuję, że ów aktywizm jest moją drogą. Tkwi w tym pewna ironia, bo wychodzi na to, że im bardziej zależy mi na realnej więzi z Bogiem, tym mniejszą mam chęć włączać się w bitwy, którymi dziś ekscytuje się katolicki mainstream.

Ot choćby przykład z ostatnich dni – awantura wokół wpisu Łukasza Stelmacha. Nie będę tu podawał szczegółów. Kto jest ciekaw, niech kliknie w link. Kurcze, przecież jeszcze miesiąc temu nie przepuściłbym okazji, żeby dołożyć swoje trzy grosze. Teraz nic. W ogóle mnie nie ciągnie. Mało tego – w ogóle nie uważam tej draki za coś wartego uwagi.

Pamiętam rozmowę z samych początków mojego aktywizmu. Była to rozmowa z jednym z prominentnych przedstawicieli niezbyt lubianego w bliskich mi przez szereg lat kręgach tzw. Kościoła otwartego. Pamiętam, jak klarował mi, że nasze zadanie – w sensie nas, wierzących – nie polega na ratowaniu cywilizacji, angażowaniu się w bieżącą politykę itp. Pamiętam, jak strasznie się wtedy na jego słowa jeżyłem. Pomijając niekonsekwencję i wybiórczość, z jaką to środowisko samo się do tej reguły stosuje, dziś coraz lepiej rozumiem, że on… miał rację. O co mi konkretnie chodzi?

W literaturze istnieje takie anglojęzyczne pojęcie – show, don’t tell. W wolnym przekładzie – pokaż, zamiast opowiadać. Zamiast pisać, że ten czy inny był zadowolony, smutny, śpiący lub spieszył się na autobus, odmaluj to w taki sposób, by czytelnik sam to zobaczył w wyobraźni. Ja zaś przez lata spalałem się, krzycząc na prawo i lewo o tym, co mi się nie podoba, lecz nie poświęcałem czasu na to, żeby pokazywać to, co uważam za pozytywne. To zresztą w ogóle problem naszych konserwatystów, którzy na swoich portalach i kanałach bez przerwy gadają o gender i aborcji, ale właściwie nie pokazują, co chcieliby temu przeciwstawić.

A nawet jak już pokazują, to trudno nie odnieść wrażenia, że bardziej traktują to jak amunicję w wojnie z przeciwnikiem niż jak coś, czym rzeczywiście żyją i co jest im bliskie. Okej, może jestem niesprawiedliwy… dobra, zapomnijmy o tym, nie chcę nikogo krytykować, rozkręcać jakichś dram czy coś w tym stylu. Najlepiej niech każdy robi to, co czuje, że powinien, co mu najbardziej leży.

A ja właśnie coraz bardziej czuję, że kręci mnie pokazywanie wiary i duchowości jako stylu życia oraz soczewki, przez którą postrzegam świat, a coraz mniej chce mi się jej używać jako oręża bitewnego. Zwłaszcza że widzę, jak bardzo to nie działa. A ja nie mam już czasu na rzeczy nierokujące. Po czterdziestce zegar naprawdę zaczyna tykać szybciej.

Ogólnie mam chyba coraz silniejsze poczucie czegoś w rodzaju wkraczania na drugi poziom. Pierwszym było zdecydowanie się na powrót do religijności w wymiarze praktycznym. Teraz natomiast w jej ramach próbuję odnaleźć własną, najwłaściwszą dla mnie formę; tak w życiu, jak i w pisaniu. Sprawdzam, co w tym tak naprawdę jest moje, a co tylko do mnie przylgnęło w ciągu lat. I co za tym idzie – w jaki sposób najefektywniej będzie mógł działać we mnie, ale i przeze mnie Bóg. Po prostu… docieramy się.

Tak w każdym razie sprawy mają się na chwilę obecną. Co będzie za kolejne trzy miesiące? Najważniejsze, żeby nie puścić tej szaty i pozwolić Bogu w sobie pracować. Zobaczymy, dokąd dojedziemy. Działać i nie dawać się kryzysom. A gdy przyjdą, katrupić bez litości.

*

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał i popierasz to, co robię, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do zakupu mojej najnowszej książki pt. „Miasto cudów”. Jej cena to 30 PLN + koszty wysyłki. Zamówienia proszę przesyłać na adres ksiazkikrolika@gmail.com.

Szczegółowe informacje o książce znajdziesz na LubimyCzytać. Będę również wdzięczny za pozostawienie tam opinii po lekturze.

2 myśli na temat “Trzy miesiące później

  1. Gratuluję bloga, ciekawie piszesz, jeśli masz do tego talent, smykałkę, to warto pisać, ktoś kiedyś to przeczyta, pomożesz mu, a on kiedyś Ci za to podziękuje – że dzięki Twoim myślom zapisanym na blogu czy w książce, on uratował życie i wrócił do Jezusa.
    Blog taki, jak Twój, jest formą ewangelizacji, o jakiej mówi papież Franciszek, naprawdę warto wykorzystać talent, który masz od Boga i dać się poprowadzić Duchowi Świętemu, będąc „piórem” Stwórcy. Liczy się każda dobra myśl. Zaświadczam, że to działa.
    Z Panem Bogiem.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s