O „Dzienniczku” św. Faustyny trochę inaczej

Zostałem ostatnio zaopatrzony w kilka publikacji „Teologii Politycznej”, a w tym – w jeden z numerów wydawanego przez to środowisko rocznika. Jego tematem okładkowym jest całe szeroko pojęte zjawisko przesłania s. Faustyny Kowalskiej, które autorzy poświęconych mu tekstów próbują „ugryźć” z różnych stron i tym samym udowodnić, że da się na nie spojrzeć szerzej niż tylko z ugruntowanej od dawna w powszechnej świadomości kościelno-religijnej perspektywy.

A skoro o TP mowa, od razu przypomina mi się czytany przeze mnie lata temu na ich portalu tekst Dariusza Karłowicza, od którego zaczęło się zmieniać moje własne postrzeganie postaci – czy raczej fenomenu – Faustyny i zapoczątkowanego przez jej objawienia kultu Miłosierdzia Bożego. A właściwie nie tyle może zmieniać, co na dobrą sprawę w ogóle krystalizować, bo wcześniej – także z uwagi na fakt oddalenia od Kościoła – te kwestie pozostawały całkowicie poza polem mojej percepcji. Do bliższego zainteresowania się nimi skłoniły mnie zaś pewne dziennikarskie poszukiwania. I tak trafiłem na ten artykuł Karłowicza.

Wyrażał w nim zdziwienie, że zarówno polska nauka, jak i kultura zdają się – czyżby celowo? – nie dostrzegać Faustyny. W tekście pada wręcz nadzwyczaj wymowne określenie „żenujący gigant”. Karłowicz wykazuje, że trudność konfrontacji z Faustyną może być porównywalna z trudnością, jaką miał niejeden wykształcony Grek z którymś z uczniów Chrystusa z Galilei – z kimś nieuczonym, posługującym się barbarzyńską greką, nie znającym Platona, retoryki ani dzieł historyków.

Przytoczył także nader znamienną pod tym względem anegdotę. Pewnego razu jego przyjaciel rozmawiał z modnym literatem, który – jak to nasi zakompleksieni intelektualiści miewają w zwyczaju – lamentował nad prowincjonalizmem polskiej kultury. Zapytał go, czy wie, który polski pisarz jest najczęściej i w największych nakładach tłumaczony na obce języki. Ponoć mina, jaką zrobił ów światowiec, kiedy dowiedział się, że jest to Faustyna Kowalska – prosta zakonna kuchta, która nigdy w życiu nie śpiewała w pierwszym chórze podczas mszy – była aż nadto zabawna.

Karłowicz, puentując ten epizodzik, bardzo słusznie zauważył, że jednym z rytuałów polskiej inteligencji jest surowa krytyka naszej rzekomej powierzchowności w kwestiach religijnych. Dotyczy to zresztą również niektórych kręgów tzw. inteligencji katolickiej, o czym miałem się okazję sam przekonać, usłyszawszy raz od zasłużonego działacza tejże, iż wiara w cuda to ludowa magia i bałwochwalstwo. A przecież mówił mi to człowiek, który z racji wyznawanej religii powinien wierzyć w takie „niedorzeczności” jak zmartwychwstanie czy przeistoczenie kawałka podpłomyka z pszennej mąki w żywe ludzkie ciało. Jako agnostyk poczułem się ciut tą dziwną postawą zgorszony.

Ale przypomina mi się i inna rozmowa z tych czasów, również z kimś ważnym w kościelnych kręgach. Dotyczyła „Traktatu teologicznego” Czesława Miłosza, opublikowanego w ostatnim jego tomiku „Druga przestrzeń”. Mój interlokutor – zresztą wybitny teolog i literaturoznawca – skwitował ów poemat jako potwornie przekombinowany. Te wtręty ze Swedenborga, te jakieś bajania o anielskim erotyzmie… Zwykłe mącenie wody w studni. Przy całym uwielbieniu dla autora „Widzeń nad Zatoką San Francisco” musiałem mu przyznać rację.

Już wówczas ezoteryczne, podlane gnostycyzmem elukubracje Miłosza zdawały mi się jakoś dziwnie suche i – co tu kryć – wtórne wobec najprostszego doświadczenia wiary, które wcale nie musi konstruować dla siebie piętrowych uzasadnień. Im potężniejsze fale zachwytów nad „Traktatem” przelewały się przez szpalty „Tygodnika Powszechnego” i im usilniej suflowano, że Stary Mistrz wynalazł język pozwalający wyrażać doświadczenie religijne bez odwołań do ludowej cepelii, której czołową reprezentantką miałaby być właśnie Faustyna, tym silniej rósł mój sceptycyzm.

Myślałem o tym wszystkim, kartkując wspomniany na początku rocznik. Z tekstów w bloku o Miłosierdziu szczególnie inspirujący wydał mi się ten autorstwa ks. Jacka Grzybowskiego pt. „Mistyczka i ojczyzna. O narodowych i politycznych przesłaniach Dzienniczka s. Faustyny Kowalskiej”. A wydał mi się taki, bo choć daleki jestem od banalizowania jej zapisków czy, tym bardziej, bronienia ich wartości według prostej plemiennej zasady, że naszych biją, więc trzeba ruszyć z odsieczą, to przy żadnym innym nie miałem poczucia, że otwiera się przede mną jakaś naprawdę nowa ścieżka interpretacyjna.

Na pierwszy rzut oka analizowanie „Dzienniczka” jako – ni mniej, ni więcej – rodzaju projektu politycznego może zakrawać na nieco zbyt daleko idącą prowokację. I to nie tylko dlatego, że mistyka potocznie raczej nie kojarzy się z polityką. Przede wszystkim dlatego, że – jak z kolei w swoim szkicu przypomina Ewa Czaczkowska – próby takiego politycznego czytania dzieła Faustyny w latach pięćdziesiątych stały się jedną z przyczyn przyhamowania propagacji kultu Miłosierdzia.

Oczywiście wiele zależy tu od tego, jak rozumiemy samą politykę. Czy wedle jej pierwotnego znaczenia, jako troskę o dobro wspólne, czy łopatologicznie, jako ideologię. Tak właśnie było we wspomnianym przez Czaczkowską okresie, kiedy – być może po części na skutek knowań zwalczających Kościół wczesnopeerelowskich służb – do Watykanu przedostała się wersja, że czerwone i białe promienie na namalowanym według wizji Faustyny obrazie to symbol Polski pod sowiecką okupacją. A tak doraźna, wręcz publicystyczna optyka byłaby nie do obrony.

Na szczęście Grzybowski skłania się ku tej pierwszej możliwości. I rzeczywiście pokazuje, że jeśli przepuścimy „Dzienniczek” przez ten filtr, odsłaniają się nam niesamowite przestrzenie do refleksji. Być może dla kogoś bardziej zasiedziałego w temacie to truizm, jednak dla mnie było to spore odkrycie: z rangi tych, co to masz je na wyciągnięcie ręki, ale dopiero ktoś musi ci ją nakierować, byś mógł to złapać.

Grzybowski przypomina, że Jezus w zrelacjonowanych na kartach „Dzienniczka” rozmowach z Faustyną kilka razy mówi o Polsce. Między innymi wypowiada słynne zdanie, że to Polskę szczególnie umiłował, i jeżeli będzie posłuszna Jego woli, to wywyższy ją ponad inne narody. A także to o iskrze, która jakoby właśnie z Polski ma wyjść, żeby przygotować świat na Jego ostateczne przyjście. Grzybowski buduje na tej podstawie kilka tez. Przede wszystkim, że nie da się abstrahować od tak lub inaczej rozumianego pojęcia narodu, kiedy mówi się o rozwoju człowieka. Uwzględnia to również Bóg w swoim patrzeniu na nas.

Owszem, jesteśmy indywidualnymi jednostkami, niemniej rodząc się, zostajemy zanurzeni w szerszej wspólnocie. I właśnie na takiej podwójnej płaszczyźnie należy rozpatrywać wszelkie ludzkie działania, bo siłą rzeczy występują one komplementarnie, wzajemnie się dopełniając. Kiedy więc Jezus czy Matka Boska mówią Faustynie o Polsce, to według ks. Grzybowskiego trzeba to odczytywać jako wskazanie, że każdy nasz czyn i odpowiedzialność za niego jest w ich oczach oceniany właśnie przez ten dwoisty pryzmat – jako pojedynczy, lecz i rezonujący na zbiorowość, w której przyszło nam żyć na Ziemi.

Jest to więc jak najbardziej optyka polityczna. Z tego też zresztą ks. Grzybowski wyprowadza interpretację owej mającej od nas wyjść iskry. Rozumie ją jako sumę działań poszczególnych jednostek w takim zakresie oraz na takich odcinkach, na jakich zostały postawione, co może owocować bardzo wymiernymi efektami, a konkretnie – przybliżeniem świata urządzonego w zgodzie z boskim zamysłem. Oczywiście kluczem jest tutaj owo boleśnie warunkowe „jeśli” i powiązany z nim wymóg zjednoczenia się wokół wspólnych wartości.

Na owej kanwie Grzybowski kreśli ciekawy kontrast między wyłaniającą się z „Dzienniczka” postawą, a nawet – śmiejmy twierdzić – etyką Faustyny a premiowanymi dziś dogmatami tzw. demokracji liberalnej. Podczas kiedy współczesność kreuje posunięty aż do patologiczności indywidualizm – posunięty, dodajmy tu, do tego stopnia, że usiłuję na siłę wykorzenić z ludzi potrzebę przynależenia do wspólnot bądź aksjologii nieaprobowanych przez liberalne ideolo – Faustyna pokazuje model zaangażowania opartego na trosce o najbliższe jej otoczenie, ale też o naród czy wręcz cały świat.

Grzybowski dostrzega tutaj zresztą ciekawy paradoks dotyczący utrwalonego stereotypu osób obdarzonych mistycznymi doświadczeniami. Uważa się je na ogół za wyobcowane, wycofane i żyjące we własnym świecie. Tymczasem Faustyna w „Dzienniczku” wcale taka nie jest. Nie dosyć, że żyje osadzona w tu i teraz – pracuje w ogrodzie, gotuje, nawiązuje relacje z ludźmi – to jeszcze obchodzą ją losy ojczyzny. Ba, cierpi, bo ma świadomość, jak daleko jest Polska od drogi, która kwalifikowałaby ją do proponowanego przez Jezusa posłannictwa.

Dostajemy tu więc jasne wskazanie, że człowiek wiary – niezależnie od tego, jak przeżywanej – zawsze jest również człowiekiem odpowiedzialności za bliźnich. Wiara, nawet ta najbardziej mistyczna, nie tylko nie stoi wobec tego w opozycji, ale wręcz to implikuje. Staje się swoiście pojętą politycznością. Swoiście, bo stawiającą jako ostateczny cel zbawienie i życie wieczne. Dla mnie takie odczytanie „Dzienniczka” św. Faustyny Kowalskiej to mimo wszystko pewna rewolucja.

👇

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do kupowania moich książek. Szczegółowe informacje na ich temat znajdziesz tu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s