„Miasto cudów” – cały pierwszy rozdział

Wahasz się, czy „Miasto cudów” jest książką dla Ciebie? Przeczytaj jej początek, żeby się przekonać.

Poniekąd było to dziełem przypadku. Wszystko zaczęło się od mojej znajomej. Wraz z mężem złożyli nam wizytę w dniu moich imienin. Ta znajoma to w ogóle cała skomplikowana historia. Dość powiedzieć, że dwie z trzech opublikowanych przeze mnie dotychczas książek to jej zasługa.

Obie dotykają tematów religijnych. Rzecz o tyle osobliwa, że od wielu lat nie uważam się za osobę wierzącą. Powątpiewającą – owszem, poszukującą – czasami, niej lub bardziej intensywnie, jednak nie praktykującą. Nie chcę używać określenia „agnostyk”, bo zostało ono właściwie już do cna wyświechtane przez różnych mędrków, niemniej zapewne tak wypadałoby mnie scharakteryzować.

Tę znajomą spotkałem w momencie dopalania się smętnych resztek mojej dawnej wiary. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu powiatowym w naszym mieście. Ja studiowałem polonistykę i stawiałem pierwsze kroki w lokalnym dziennikarstwie. Podsunęła mi temat na reportaż, który dziesięć lat później przerodził się w książkę. A potem napisałem kolejną – także dzięki jej zachętom – i tej również pomogła ujrzeć światło dzienne w druku.

Znajoma jest już na emeryturze. Mimo to, oprócz opiekowania się wnukami i okazjonalnego bawienia się w wydawcę, wciąż aktywnie działa przy szpitalu. Udziela się jako wolontariuszka i angażuje się w duszpasterstwo służby zdrowia. Akurat o tym rozmawialiśmy, jedząc ciasto i popijając herbatę, kiedy niby mimochodem wspomniała:

– W lutym będzie obchodzony jubileuszowy dwudziesty piąty Światowy Dzień chorego. Z tej okazji ma być organizowana ogólnopolska pielgrzymka chorych do Lourdes.

Zamierzano, jak opowiadała dalej, w tym celu wynająć od PKP specjalny pociąg, a podróż miała potrwać w sumie cztery dni. Ogłoszenie o pielgrzymce poszło już na cały kraj. Było w mediach, kościołach oraz w Internecie. Znajoma oczywiście zupełnie przypadkowo miała ze sobą ulotkę z numerem telefonu i adresami mailowymi, przez które można było zgłosić chęć udziału.

A ja oczywiście najzupełniej konwencjonalnie bąknąłem:

– No, owszem, ciekawe. Już kiedyś byłem w Lourdes. Poza tym tak się składa, że szukam jakiegoś dobrego tematu…

W gruncie rzeczy była to prawda. Lourdes odwiedziłem w dwutysięcznym roku i kiedy moja znajoma napomknęła o tym wyjeździe, odruchowo pomyślałem, że byłoby całkiem ciekawie skonfrontować wspomnienia z teraźniejszością. No i rzeczywiście szukałem tematu.

Jakoś mniej więcej w tym czasie ostatecznie pogodziłem się z myślą, że nigdy nie zostanę powieściopisarzem. Po prostu nie umiem przekazać własnego doświadczenia egzystencjalnego za pomocą fikcji. Mogłem jedynie żałować, że dojście do tego zajęło mi tyle lat. Tyle lat, które straciłem na bezproduktywnej szarpaninie, głównie z samym sobą, zamiast skupić się na twórczości.

Potrzebowałem poligonu doświadczalnego. W pewnym sensie były nim już tamte dwa poprzednie projekty, w które wmanewrowała mnie moja znajoma. Ale tym razem chciałem zrobić to całkowicie na własnych zasadach. Pomyślałem więc, że dobrym rozwiązaniem byłoby na przykład pojechać w jakieś miejsce, nasiąknąć nim, a potem spisać wrażenia wzbogacone o kontekst historyczny, kulturowy, społeczny itp.

A że akurat padło na Lourdes? No cóż, po trosze przypadek, po trosze konsekwencja wcześniejszych działań, a po trosze może i coś jeszcze, czego moja znajoma zapewne nie wahałaby się nazwać opatrznością.

Zresztą nie ma co kryć, że mam pewne – nazwijmy je tak – metafizyczne dylematy, z którymi się mocuję. Na tle Lourdes mogłyby dobrze wybrzmieć.

Znajoma zostawiła mi ulotkę. Jeszcze tego samego wieczoru napisałem do biura podróży Ad Astra, które zajmowało się techniczną stroną przedsięwzięcia. Zresztą nie tylko tego. Ad Astra to – jak przeczytałem na ich stronie – firma wyspecjalizowana w organizacji właśnie pielgrzymek. Moja znajoma, która jest miłośniczką tego typu wypraw, już wcześniej latała z nimi do Ziemi Świętej.

Odpisali szybko. Okazało się, że termin został przesunięty z lutego na wrzesień. Mieli jeszcze sporo wolnych miejsc. W marcu, nawiasem mówiąc, wciąż mieli sporo wolnych miejsc, bo po drodze blisko połowa chętnych się wykruszyła. Do tego doszły jeszcze jakieś nieporozumienia z PKP i koniec końców postanowili wyczarterować samolot, co – jak nas uspokojono – nie miało żadnego wpływu na cenę.

Trochę szkoda było mi tych wszystkich widoków, które nas ominą. Nie mówiąc już o aspekcie czysto integracyjnym. Chociaż z drugiej strony, z logistycznego punktu widzenia, było to na pewno lepsze rozwiązanie. Przypuszczałem, że sporo osób będzie na wózkach bądź też z innymi pomniejszymi dolegliwościami ruchowymi. Wkrótce przekonałem się, że tak istotnie było.

Ale po kolei.

Światowy Dzień Chorego ustanowił w 1992 roku Jan Paweł II. Sam był wtedy jeszcze w pełni sprawny. Jeszcze potrafił huknąć. Jego rodacy, zachłyśnięci bezmiarem możliwości otwierających się po upadku żelaznej kurtyny, przekonali się o tym, kiedy niemal krzyczał, że wolność nie została nam dana, lecz zadana. Kilka lat później rozwinął tę myśl w encyklice Evangelium Vitae.

Nakreślił w niej zarys systemu – wówczas chyba niemieszczącego się nam, bezkrytycznie zapatrzonym w Zachód, w głowach – w którym wystarczy takie kwestie jak eutanazja albo przerywanie ciąży przegłosować zgodnie z „zasadami demokratycznymi”, by dać im pozór praworządności. To właśnie z Evangelium Vitae pochodzi uważane przez wielu za prorocze zdanie o demokracji sprzeniewierzającej się własnym zasadom i przez to przeradzającej się w jawny bądź zakamuflowany totalitaryzm, uzurpujący sobie prawo do dysponowania życiem słabszych i bezbronnych.

W trakcie ostatniej zagranicznej pielgrzymki odwiedził Lourdes. Okazją do tej wizyty była sto pięćdziesiąta rocznica ogłoszenia przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, a głównym celem – grota Massabielle, w której, jak wierzą katolicy, Matka Boska osobiście potwierdziła prawdziwość tego dogmatu, przedstawiając się nastoletniej Bernadecie Soubirous słowami: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”.

Większość komentatorów uznała tę podróż za jedną z najważniejszych w pontyfikacie polskiego papieża. O ile nie najważniejszą w ogóle. Bynajmniej nie tyle ze względu na to, że niecały rok później zmarł. Raczej z uwagi na jej podstawowe przesłanie, czyli przypomnienie światu o ludziach chorych i cierpiących.

Karol Wojtyła sam był jednym z nich. Jego zgarbione ciało, trzęsące się ręce i ledwie skrywany grymas bólu przy każdym najdrobniejszym ruchu przemawiały w Lourdes dosadniej niż słowa.

Niepełnosprawny między niepełnosprawnymi – tak się przedstawił. Nawiasem mówiąc ciekawe, że opisujący niepełnosprawność angielski przymiotnik „invalid” oznacza też „nieważny”. Nieważny, pomijany, usuwany w cień, zgorszenie dla zdrowego, pędzącego na złamanie karku świata. W gruncie rzeczy tak w ciągu ostatnich lat było z Wojtyłą.

Powszechnie krytykowany za rzekome niezrozumienie nowoczesności, wyśmiewany, nazywany dziaduniem z obwoźnego sado-maso. Ach, kiedyż on wreszcie ustąpi? Kiedy przestanie epatować nas tą biologiczną degradacją? Kiedy schowa się w jakimś hospicjum? Taka była wówczas atmosfera. W takich okolicznościach pojawił się 14 sierpnia w Lourdes.

My w Polsce sobie tego nie uświadamialiśmy. Żyjąc w wielkim niczym baobab cieniu Karola Wojtyły, wytworzyliśmy specyficzną bańkę, przez którą głosy ze świata docierały potężnie przefiltrowane. Dla nas krytyka Jana Pawła II sprowadzała się do marginalnych, godnych pożałowania incydentów jak ten z tygodnikiem Nie czy równie mało istotnych wystąpień szukających poklasku apostatów w rodzaju Tadeusza Bartosia.

Na – jak określiliby to konserwatywni publicyści – lewicowo-liberalnym Zachodzie było dokładnie na odwrót, czego my albo nie wiedzieliśmy, albo, zwiedzeni obrazkami wielotysięcznych tłumów młodych ludzi wiwatujących na cześć „naszego papieża”, postanowiliśmy nie przyjmować do wiadomości.

Z informacji przesłanej przez Ad Astra wynikało, że będziemy mieszkać w ośrodku Notre-Dame, w którym Jan Paweł II spędził noc.

Ta informacja wywołała we mnie jakieś dojmujące uczucie wracania na stary trop. Trop, o którym sądziłem, że już nie będę podążał, a jednocześnie zawsze wiedziałem, że tak łatwo się nie wykręcę. Sprzeczność? Tylko na pozór. Po prostu, kiedy już raz wszedłeś w pewne sprawy, w pewne… pojęcia i odniesienia, one z tobą zostają. Nie umiem tego klarowniej wyjaśnić.

A więc znów. „Znów” to chyba kluczowe słowo w tej historii. Znów wplątuję się w religijne tematy. Znów też ogarnia mnie poczucie, że to dzieje się jakby trochę obok. Nie wbrew, bo przecież ani wtedy, ani teraz nikt mi lufy do skroni nie przystawiał, ale właśnie obok. Instynktownie zajmuję pozycję outsidera, który obserwuje, ale się nie włącza. Mam tak zawsze.

Pewnego razu, gdy miałem jakieś sześć-siedem lat, bawiłem się w chowanego z grupką okolicznych dzieciaków. Była to jedna z niewielu dostępnych dla mnie form obcowania z rówieśnikami. W piłkę nigdy nie umiałem trafić, przy berku wszyscy mi uciekali, a na łażenie po drzewach miałem za duży lęk wysokości. Kiedy padła komenda, by się chować, wbiegłem do domu dziewczynki, na której podwórku się bawiliśmy, i ukryłem się w łazience. Po czym nie wyszedłem z niej do końca zabawy, aż wszyscy o mnie zapomnieli.

Czasem myślę, że jakaś niewielka cząstka mnie nigdy nie opuściła tej łazienki, i że to ona definiuje moje relacje ze światem. Zawiozę ją ze sobą do Lourdes. Pocieszam się tylko tym, że być może owo wycofanie sprzyja większej uważności. Choć też z doświadczenia wiem, że prędzej czy później zacznie kruszeć.

Nie jestem prawdziwym introwertykiem. Dlatego mimo wszystko nieco żałuję, że polecimy samolotem. Ale zanim polecimy, odbędziemy, pozwólcie, jeszcze małą wyprawę w przeszłość.

👇

Książkę kupisz tu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s