Bernadetta też była człowiekiem!

Fragment „Miasta cudów” o św. Bernadetcie Soubirous, której wspomnienie liturgiczne przypadło 16 kwietnia.

Naszym pierwszym przystankiem jest kościół parafialny pod wezwaniem Serca Jezusa. Powstał on na przełomie XIX i XX wieku w miejscu starego, strawionego przez pożar kościoła św. Piotra. W czasach Bernadetty znajdował się tutaj plac rynkowy, który później otrzymał imię księdza Dominique’a Peyramale, posługującego w Lourdes w okresie objawień.

Był on jednym z pierwszych duchownych przesłuchujących Bernadettę i początkowo brał jej opowieści o Pani z Groty za dziecinne fantazje, żarty, a nawet oszustwo. W końcu jednak przekonał się do nich, mimo iż, na kategoryczne żądanie biskupa, nigdy nie był w grocie podczas przyciągających coraz większe tłumy widzeń.

Teraz przed kościołem wita nas jego posąg. Jest ubrany w staroświecki strój katolickiego prezbitera. Lewą ręką przyciska do serca różaniec, a prawą ma swobodnie opuszczoną wzdłuż boku. W świątynnej krypcie jest jego grób. Sam budynek charakteryzuje się neogotycką wyniosłością, przez co góruje nad pozostałymi, ciasno upakowanymi wokół niego zabudowaniami. Do wysoko sklepionego wnętrza wiodą szerokie schody – teraz nagrzane od słońca – których pokonanie, ze zrozumiałych względów, zabiera nam sporo czasu.

W środku czeka ożywczy chłód ponad stuletnich murów i główny cel tego etapu wycieczki – odratowana z dawnej świątyni chrzcielnica Bernadetty.

Przyszła mistyczka urodziła się 7 stycznia 1844 roku. Chrzest odbył się dwa dni później, w pierwszą rocznicę ślubu jej rodziców. Było w związku z tym odrobinę zamieszania. Louise i François chcieli, żeby nosiła imiona Bernarde-Marie, jednak podczas uroczystej ceremonii najstarszy mieszkaniec miasteczka, niejaki Dominique Forgues, wciąż uparcie mylił kolejność imion i koniec końców, mimo protestów François, do ksiąg parafialnych wpisano „Marie-Bernarde”.

Czyżby znak opaczności? Tak czy inaczej, w oficjalnych biogramach podaje się naprzemiennie obydwie wersje. Później wszyscy zapomnieli o tym drobnym zgrzycie, a na dziewczynkę zaczęto po prostu wołać Bernadette, co dodatkowo pomagało ludziom odróżnić ją od jej ciotki i matki chrzestnej w jednej osobie, Bernarde Casterot.

Chrzcielnicę po odrestaurowaniu umieszczono w lewym transepcie Serca Jezusa. Strzegą jej figury Maryi Dziewicy i Jana Chrzciciela. W głównej nawie, pod dzwonnicą, znajduje się również posąg samej Bernadetty z głową głęboko skrytą w kapturze.

Po zakończonym oglądaniu całego kościoła ponownie skupiamy się przy chrzcielnicy wokół księdza opiekującego się czerwoną grupą. Jest nim ten wysoki z lotniska, z którym przy odprawie rozmawiałem o Coelho. Chce nam przeczytać testament Bernadetty.

Nie jest to testament w ścisłym znaczeniu tego pojęcia – nawet takim odnoszącym się do dokumentu o charakterze duchowym, jakie niektórzy ludzie czasem sporządzają u kresu życia. To raczej dokonana przez kogoś kompilacja różnych jej wypowiedzi, które na taki testament mogłyby się potencjalnie nadawać. Treść tego krótkiego tekstu wstrząsa mną mimo ogólnego rozkojarzenia.

Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuję Ci, Jezu. Za dni, w które przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuję Ci, Jezu. Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci. Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała. Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadettę, nazwał mnie „siostro Mario Bernardo”… dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą… Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję… za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwość, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję. Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: „Jak to dobrze, że nie jestem Bernadettą.” Dziękuję za to, że byłam Bernadettą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadettą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: „To ta ma być Bernadettą, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?” Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące… za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe i ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże. I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twoje pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuję Ci, Jezu.

Czasem mawia się, że w kilku zdaniach zawiera się całe życie człowieka. To właśnie taki przypadek. Te kilkaset słów lepiej charakteryzuje biografię Bernadetty, niż mógłby to uczynić niejeden wypełniony faktami i datami tom. Pokazują całą jej duchową głębię, przezierającą przez dość w gruncie rzeczy typowy życiorys potencjalnego kandydata na ołtarze.

Gdy pozna się trochę takich historii, łatwo popaść w uczucie rutyny, a nawet odruchowo zacząć odbierać je jako w pewien sposób schematyczne, sztuczne czy trywialne. Ich bohaterowie czegoś niby doświadczają, muszą niby przejść przez ileś tam upokorzeń, prześladowań, raz albo dwa, dla większego dramatyzmu, zwątpić, by potem tym większa była radość ich nawrócenia, ale tak naprawdę w oczach odbiorcy stają się lalkami wypełniającymi jedynie napisane dla nich role.

Nieraz miewałem takie uczucie, czytając ewangelie. Jezus z ich kart jawił mi się wówczas nie jako żywy człowiek, lecz jako marionetkowa postać wygłaszająca przygotowane wcześniej kwestie i odgrywająca krok po kroku przygotowany scenariusz.

Z Bernadettą chyba miałem trochę podobnie. Ach, wiecie, była sobie taka dziewczynka, no nie. Na wsi mieszkała, czyściutkie białe owieczki pasała, aż do groty po chrust poszła i Maryja się jej ukazała. Ktoś ją znielubił, ktoś o coś podejrzewał, ktoś do więzienia ją zamknął. A na końcu straszna choroba ją złapała i współsiostry nią poniewierały. I w ogóle smutno było. No ale świętą zostać miała, więc i pewne przejścia nastąpić musiały. I tak dalej, itepe.

Legendy niestety mają to do siebie, że wygładzają wszelkie ostre krawędzie. W legendach nie ma nic o samotności, o odrzuceniu, o nocach tak czarnych, że nawet smoła piekieł nie może się z nimi równać. Nie ma nic o drenującym ciało potwornym bólu ani o chwilach, kiedy wydaje ci się, że to wszystko było majakiem. Nie ma w tym absolutnie niczyjej winy. Po prostu tak się dzieje, tak działa nasz umysł.

Czasem, żeby taką legendę odczarować, wystarczy sięgnąć do źródeł – świadectw innych osób, listów, a najlepiej pamiętników, jeśli zostały. Ich lektura bywa niekiedy naprawdę porażająca. Weźmy zapiski Matki Teresy z Kalkuty. Po ich upublicznieniu niektórzy zaczęli ją nazywać „świętą od ciemności”. Niektórzy przecierali oczy ze zdumienia, gdy świat usłyszał o jej duchowych mękach. W jednej chwili rozprysł się obrazek cukierkowej staruszki kochanej przez celebrytów.

Albo Dzienniczek Faustyny Kowalskiej. Właściwie to on przyszedł mi na myśl, kiedy ksiądz czytał fragment poświęcony życiu Bernadetty w zakonie. Nawet tam, nawet promieniując sławą tej, która widziała Maryję, robiła za wyśmiewane i poniżane na każdym kroku popychadło. Dokładnie tak jak Faustyna. Nie pomimo tego, ale najpewniej właśnie dlatego.

No bo jakże to? Takie coś – nieuczone, kostropate, ledwo dukające – miałoby dostąpić przywilejów zarezerwowanych dla największych? „Nie mogę ci obiecać szczęścia na tym świecie” – powiedziała jej Pani z Groty. Przynajmniej od razu uczciwie postawiła sprawę. Pewne rzeczy nigdy się, psiakrew, nie zmieniają.

I to jest chyba ten moment przełomowy. Ten, w którym Bernadetta staje się dla mnie kimś całkowicie realnym. Może postacią z ckliwych opowieści nigdy tak naprawdę nie była, ale dzieliła nas otchłań czasu i to, jak lata obecności w zbiorowej pamięci przetworzyły jej wizerunek. Teraz, dzięki jej własnym słowom – tak prostym, a jednocześnie tak dojmującym – dystans całkowicie prysł. Wiem, że kiedy stąd wyjdę, będę potrafił spojrzeć na Lourdes innymi oczami, bo będzie bardziej przesycone nią.

Na schodach, w pełnym słońcu i w harmidrze ruchu ulicznego, który przez chwilę brzmi, jakby ktoś odkorkował mi uszy, uczucie otarcia się o najgłębiej ludzki rdzeń ziemskiego życia Bernadetty wciąż jest silne. Silne do tego stopnia, że rzucam uwagę o tym, jakie to jednak przykre, że zawsze ktoś zbiera kopy w tylną część ciała i że zazwyczaj są to ci najlepsi. Kilka osób smętnie mi przytakuje. Widać, że „testament” nie tylko na mnie wywarł nadzwyczaj silne wrażenie.

Ale natychmiast w moje poruszenie zaczyna się wkradać tak dobrze znany mi odcień zażenowania. Ba, wręcz wstydu, że dałem się tak łatwo podejść. To coś takiego jak wówczas, gdy przyłapujesz się na tym, że poleciała ci łezka na kiczowatej piosence o miłości albo na wyjątkowo patetycznej scenie w filmie.

Pół biedy, jeśli akurat jesteś sam. Ale co, jeśli ktoś ci towarzyszy? Jeśli zobaczy twoją słabość? Przecież jesteś ponad taką taniochę. Na pogrzebie matki też nie zapłakałem. Po części dlatego, że naprawdę nie jestem skory do łez, a po części, by, kolokwialnie mówiąc, nie stracić reputacji twardziela. Gdybym w tamtym momencie miał przy sobie papierosy, wetknąłbym jednego zawadiacko w kącik ust.

Jest to chyba zresztą duchowa przypadłość bardzo wielu współczesnych ludzi. O ile nie zdecydowanej większości. Chronimy się w tych naszych pancerzach cynizmu, nawet jeśli w głębi duszy jesteśmy równie delikatni jak Bernadetta. Chronimy się, unikając sytuacji, które mogłyby tę strefę komfortu zburzyć. Bronimy się przed uczuciami.

Chociaż z drugiej strony… religia też może stać się takim pancerzem. Oczywiście daleki jestem od stwierdzenia, że mieszkańcy Lourdes w czasach Bernadetty traktowali ją wyłącznie jako coś, co się po prostu kultywuje bez głębszego wewnętrznego przeżywania, ale do jakiegoś stopnia na pewno tak było. A Bernadetta nadkruszyła tę skorupę, każąc im się konfrontować z czymś, co sięgało poza ich horyzont bezpieczeństwa. Stąd ataki na nią.

Pełne otwarcie się na Boga to swego rodzaju akt transgresji. A mało kto jest na taki akt gotów, nawet jeśli wychował się w kulturze przesyconej religią, a co dopiero jeśli z kwestiami wiary się mocuje. Tacy ludzie jak Bernadetta i Faustyna zawsze stanowią wyzwanie, ponieważ mącą ci święty spokój. Budzą w tobie lęk.

Przed czym? No cóż, chyba po prostu przed tym, że jeśli wnikniesz w ich świat, a więc i w to, co ich ukształtowało, odmieni to i ciebie. A przecież było ci tak wygodnie. Jak ja to, cholera, dobrze znam z własnego doświadczenia! Jak ja to znam.

👇

Książkę kupisz tu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s