Niedługo nowa książka

Ano tak. Myślę, że mogę to już półoficjalnie ogłosić. Półoficjalnie, bo w chwili, kiedy piszę te słowa, żadne wiążące decyzje nie zostały jeszcze podjęte. Aczkolwiek jesteśmy na dobrej drodze ku temu. Póki co mam do przejrzenia umowę i sporo tak zwanej pracy koncepcyjnej, która przynosi mi prawie tyle samo satysfakcji co sam proces tworzenia. Właściwie jest jego dalszą częścią, jeśli dobrze się nad tym zastanowić.

Ale po kolei. Niebawem – maj? czerwiec? – światło dzienne ujrzy kolejna moja książka. Już o niej trochę informowałem w zeszłym roku, jednak później elegancko się z owych zapowiedzi wycofałem. Po prostu ogarnęły mnie wątpliwości, czy powinienem tę rzecz publikować. Niby porozsyłałem tekst do kilkunastu wydawnictw, niby odczekałem obligatoryjne trzy miesiące, lecz gdzieś w głębi poczułem nawet ulgę, kiedy po ich upływie nastąpiła zwyczajowa cisza. Czemu tak? Bo w międzyczasie co nieco zmieniło się w moim własnym życiu, co wiązało się również z kilkoma istotnymi przewartościowaniami w podejściu do samego pisarstwa.

Niestety mam tę wyjątkowo upierdliwą wadę, że jestem maksymalistą. Jeśli wchodzę na jakiś nowy etap, przejawiam zupełnie irracjonalną skłonność do przekreślania tego, co robiłem w przeszłości, a co nie do końca wpasowuje się w stan obecny. Maksymalizm to też chorobliwy perfekcjonizm, a zatem w tym przypadku natrętna myśl, że wtrącając cokolwiek spoza, utracę spójność.

Od kilku miesięcy staram się iść w kierunku pisarstwa mniej lub bardziej religijnego. A może nie tyle iść, co utwierdzać się w przekonaniu, że jest to moja droga. Książka, o której mówię, nie wpisuje się w ten nurt – przynajmniej nie w tak otwarty sposób, jak chciałbym postrzegać swoją twórczość obecnie. Pisałem ją w trudnych chwilach zeszłego roku, kiedy z całą mocą uderzył zajob, a ja przeżywałem duchowy regres. Kto zna mój stosunek do „pandemii”, ten z łatwością może sobie wyobrazić, co przewalało mi się przez mózg.

Ta książka bardzo pomogła mi zachować resztki zdrowego rozsądku. Pozwoliła uwierzyć, że istnieje jeszcze jakiś świat poza kolejnymi coraz bardziej kuriozalnymi restrykcjami i lękiem, że będzie już tylko gorzej i gorzej. W wykreowaną na jej kartach rzeczywistość uciekałem na całe godziny. Mówi się, że w chwilach kryzysu człowiek zawsze zwraca się ku temu, co jest najbardziej jego, co go ukształtowało. Dla mnie owym czymś nie okazała się wcale religia ani modlitwa, lecz żywioł literatury, od której – co by tu nie mówić – w ostatnich latach raczej się odsunąłem.

A najlepszym dowodem jest fakt, że pomysł na tę historię wpadł mi do głowy już cztery lata temu. Byłem jednak zbyt zajęty nawalankami publicystycznymi i świętą krucjatą przeciwko „cywilizacji śmierci”. Mój ubiegłoroczny regres w znacznej mierze polegał właśnie na tym, że odrzuciłem to wszystko jako bezsensowne i bezcelowe wobec ogromu przetrącenia, które nam zafundowano. I to, paradoksalnie, wyczyściło mi mentalną przestrzeń dla tej książki.

Potem jednak się pozbierałem – mniej lub bardziej, bo tak naprawdę ten proces cały czas trwa. Powstał jednak problem, co zrobić z książką, która nagle zaczęła mi się jawić jako zgrzyt na nowej drodze. Odłożyć do archiwum? Trochę szkoda pół roku wytężonej pracy. Potraktować jako ciekawostkę? Spróbować mimo wszystko wydać, lecz jakoś naciągnąć treść pod obecne wytyczne? Żadna z tych opcji mi na dłuższą metę nie pasowała, a na dodatek każda kojarzyła się z samookaleczeniem.

Potem przemyślałem to sobie na spokojnie i doszedłem do kilku wniosków. Po pierwsze – bez względu na to, w którym punkcie duchowej podróży się znajduję, zawsze jestem tym samym sobą, a więc także to, co piszę, wynika ze mnie i w tym sensie jako całokształt jest spójne. Po drugie – owa obsesyjna pogoń za dającą się łatwo ująć autodefinicją, która u moich literackich mistrzów, np. Herlinga-Grudzińskiego, wywołałaby pusty śmiech, to przecież nic innego jak zaczadzenie różnymi doktrynami marketingowymi, każącymi ci znaleźć swoją niszę i trzymać się jej rękami i nogami. Po trzecie – religijność to też tylko etap.

Nie, absolutnie nie zamierzam porzucać wiary! Chodzi o to, że moje obecne zainteresowanie chrześcijańską kulturą to w całościowej perspektywie po prostu jeszcze jeden obszar, kolejne repozytorium form, chwytów i motywów, które wykorzystam do przekazywania tego, co dla mnie ważne. Wiara i religia to w moim wypadku bardziej duchowy i intelektualny kręgosłup, niż źródło inspiracji, w którym chciałbym się zamknąć, by dumnie przykleić sobie etykietkę pisarza religijnego.

Nie, takim pisarzem nigdy nie będę. A utwierdzam się w owym przekonaniu tym bardziej, im głębiej wchodzę w temat. Tak jak zresztą nigdy nie będę autorem kryminałów, horrorów czy reportaży. Nie będę, bo u mnie forma zawsze pozostaje wtórna względem idei, jest ich pasem transmisyjnym. To one mnie napędzają, a nie wierność konkretnym gatunkom czy motywom, choć oczywiście jedne leżą mi bardziej niż inne, co jest chyba zupełnie naturalne.

No i tu wracamy do zapowiadanej książki. Otóż formalnie jest ona czymś w rodzaju thrillera psychologicznego z dość, powiedziałbym, dużą dawką literatury i literackości potraktowanej jako nieodzowny element fabuły. Zamierzających się skrzywić od razu uspokajam: nie, to nie jest ani żaden postmodernistyczny grymas, który miałby na celu jedynie bawienie się treścią, ani przeintelektualizowany gniot, mający pokazać erudycję autora. To znaczy: owszem, żeby w pełni delektować się tą historią, dobrze byłoby lubić ten specyficzny, literaturocentryczny klimat, ale nie jest to wymagane.

Użyłem tego sztafażu – bliskiego mi, nie ukrywam – do przekazania kilku istotnych dla mnie idei. Nie chciałbym się tu za bardzo nad nimi rozwodzić – to pozostawię sobie na inne wpisy – aczkolwiek muszę przyznać, że jeśli miałbym tę książkę rozpatrywać według kryteriów teraz dla mnie priorytetowych, to powiedziałbym chyba, że pokazuje ona w dość osobliwy sposób, co się dzieje, kiedy łamiemy pierwsze przykazanie.

No tak, ale ja tu gadam i gadam, a nie dotknąłem najważniejszego. Otóż ta moja nowa książka to pierwsza po siedmiu latach powieść. Po niezbyt udanym debiucie doszedłem do wniosku, że nie umiem tworzyć beletrystyki. Wyraziłem to zresztą całkiem wprost w „Mieście cudów”, tłumacząc, dlaczego postanowiłem napisać je w konwencji nonfiction. W odkryciu, że jednak potrafię w fabułę, też, jak na ironię, pomógł mi zajob. Po prostu chyba w którymś momencie stężenie nierzeczywistości za oknami stało się tak wielkie, że przestałem mieć na tym punkcie kompleksy.

Książka ukaże się najpierw w wersji elektronicznej. Nie jestem w stanie w tej chwili określić, kiedy i czy w ogóle doczeka się postaci papierowej. Rzecz oczywiście rozbija się jak zawsze o pieniądze. No ale niczego tu nie przesądzam. Przyszłość pokaże, jak sytuacja się rozwinie. Natomiast po stronie pozytywów należy zapisać to, że książka będzie w pełni profesjonalnie sformatowana i dostępna we wszystkich najpopularniejszych księgarniach z e-bookami. Mam trochę dość wydawniczo-handlowej partyzantki.

Aha, tytuł! Otóż brzmi on „Spełnienie”. I radzę dobrze go zapamiętać, gdyż będzie to jedna z najgorętszych premier dwa tysiące dwudziestego pierwszego. Przebije ją tylko ta, którą piszę teraz. A już niebawem kolejne informacje.

👇

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Jeśli Ci się spodobał, najlepiej mnie wynagrodzisz, udostępniając go w swoich kanałach społecznościowych.

Jeśli zaś chcesz wesprzeć mnie finansowo, zachęcam do kupowania moich książek. Szczegółowe informacje na ich temat znajdziesz tu.

Jedna myśl na temat “Niedługo nowa książka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s