Co to jest christian novel i czy rzeczywiście zamierzam ją uprawiać?

Celowo używam tutaj anglojęzycznego terminu, zamiast zastąpić go polskim tłumaczeniem „powieść chrześcijańska”. Ten typ literatury, choć obecny w światowym piśmiennictwie od wieków, został skodyfikowany jako odrębny oraz posiadający specyficzne cechy właśnie w kulturze amerykańskiej. Do tego stosunkowo niedawno, bo na dobrą sprawę dopiero gdzieś w drugiej połowie ubiegłego wieku. Więc można powiedzieć, że jest to w pewnym sensie nazwa własna. Tak jak thriller, slasher czy science fiction. Ale po kolei.

Pisząc niedawno o zbliżającej się premierze mojej nowej książki, wspomniałem, że mam z nią drobny problem, bo tworzyłem ją jeszcze przed pełnym powrotem do wiary, do tego w dosyć szczególnych psychologicznych okolicznościach, które odcisnęły na niej swój wpływ. Nie za bardzo mi więc pasowała, przynajmniej na pierwszy rzut oka, do wizerunku pisarza przede wszystkim podejmującego tematykę religijną, który usilnie starałem się stworzyć we własnej głowie. Z czegoś wychuchanego nagle zmieniła się w coś pomiędzy podrzuconym samemu sobie kukułczym jajem a tak zwanym gorącym kartoflem. Jednym słowem – kłopot.

Właśnie z uwagi na owe szczególne okoliczności jawiła mi się jako regres nawet w stosunku do moich ówczesnych, jeszcze nie klepniętych powrotem do Kościoła, zamysłów literackich. Bo nawet nie będąc faktycznym chrześcijaninem, żywiłem przekonanie, że moja twórczość powinna czemuś służyć, a nie być tylko jałową żonglerką słowami. W tym duchu napisałem przecież „Miasto cudów”, nie wspominając o całym szeregu rozsianych tu i ówdzie tekstów publicystycznych.

No dobrze, nie jakiemuś enigmatycznemu czemuś, ale – powiedzmy to wprost – Bogu. Kilka razy już tu podkreślałem, że w swoim pisarstwie zyskiwałem poczucie sensowności jedynie wtedy, gdy w jakiś sposób zahaczałem je o tak zwane wartości wyższe. Kiedy więc w końcu zdecydowałem się odnowić żywą więź z Chrystusem, z całym entuzjazmem neofity, który znalazł nowy cel, rzuciłem się dostosowywać wszystko do tego zadania. Wtedy też mocniej zainteresowałem się całym zjawiskiem kultury chrześcijańskiej i zacząłem zadawać sobie pytanie, jak mógłbym się w nią wpasować.

I tak dochodzimy do tematu Christian novel. Czy ja mógłbym tworzyć takie historie? Czy to, co kołacze mi się po wyobraźni, jak również to, nad czym zacząłem już pracować, spełnia te kryteria? Czy i na ile powinno je spełniać, żebym nie musiał, tak jak bohater opisywanego tu przeze mnie filmu „Jego śladem”, wywalać do kosza całej książki, bo… Jezus by jej tak nie napisał? I wreszcie: czy to, co już napisałem i akurat szykuję do wydania, dałoby się w tym świetle jakoś wybronić, nawet jeśli nie powstawało z ewangelizacyjną intencją?

Okej, ale czuję, że siedzący we mnie literaturoznawca usiłuje się dorwać do klawiatury, więc pozwólmy mu na kilka chwil przejąć stery. A zatem…

Teoretycznie i historycznie rzecz biorąc, tego typu piśmiennictwo to w zasadzie każdy rodzaj twórczości, który w jakiś sposób odwołuje się do chrześcijańskiego punktu widzenia, podziela go i przedstawia – czy to w fabule bądź bohaterach, czy w warstwie dyskursywnej. Pomijając Biblię oraz wielkie postacie wczesnego Kościoła, badacze początki tej literatury odnajdują w Europie i wskazują na takie klasyczne dzieła jak „Boska komedia” Dantego albo „Wędrówka pielgrzyma” Johna Bunyana. W nowszej historii nie sposób pominąć choćby Dostojewskiego, Tolkiena, Chestertona bądź Lewisa. Przed drugą wojną za pisarza o chrześcijańskiej orientacji uchodził przecież również nasz Jerzy Andrzejewski (wczesna powieść „Ład serca”).

No ale, jak już wspomniałem, to dopiero w Stanach Zjednoczonych dokonała się ostateczna krystalizacja Christian novel jako odrębnego, rządzącego się własnymi zasadami gatunku. A raczej nie tyle gatunku w sensie ścisłym, co struktury, która – jak udowodnili tworzący w tej niszy autorzy – świetnie łączy się z popularnymi gatunkami, takimi jak powieść obyczajowa, kryminał, romans czy fantastyka.

Pomijając trywialny fakt, że Amerykanie potrafią wszystko znakomicie urynkowić, korzenie współczesnej Christian novel wywodzą się ze specyficznego dla tego kraju konserwatyzmu, który w przeciwieństwie do choćby naszego, bezustannie biadolącego, jak to lewactwo wzięło w niepodzielne władanie kulturę i jak trzeba by ją w końcu odbić, zaczął po prostu tę kulturę, wraz z wypracowanymi w niej masowymi wzorcami, adaptować i wykorzystywać do swoich celów. Dziś w USA to naprawdę potężny przemysł, mający własne wydawnictwa, nagrody i, co najważniejsze, spore grono czekających na nowe tytuły odbiorców.

Pośród parających się tym piśmiennictwem autorów są zarówno tacy, którzy jedynie z nim flirtują – np. Joel C. Rosenberg – jak i tacy, którzy poświęcili mu się całkowicie – jak m.in. autorka poczytnych romansów i powieści sensacyjnych z chrześcijańskim przesłaniem DiAnn Mills. W tym sensie więc panują tu dokładnie takie same reguły jak w każdej innej branży, która nastawia się na ściśle skalibrowany target, oferując swoim klientom dokładnie to, czego oczekują.

Oczywiście tak pojęta Christian novel opiera się – bez względu na przynależność gatunkową – na rygorystycznych wytycznych, które dany tekst musi spełnić, by się do tego worka załapać. Najogólniej, nie wysilając się zbytnio i idąc po prostu za anglojęzyczną Wikipedią, można je scharakteryzować następująco:

– Fabuła musi uznawać autorytet Biblii, nawet jeśli otwarcie się do niej nie odwołuje. Jest to o tyle zrozumiałe, że cały ten nurt wywodzi się głównie z protestantyzmu. Katolickich Christian novels nie ma chyba za wiele.

– Wszelkie dylematy, jakie targają bohaterami, powinny w jakiś sposób odnosić się do wiary w Jezusa.

– Autor bezwzględnie musi unikać pewnych tematów tabu, takich jak zbyt dosłownie ukazany seks czy… przekleństwa. Serio! Na blogu jednej z prominentnych chrześcijańskich pisarek znalazłem cały wywód o tym, jak złe jest używanie – zarówno w języku potocznym, jak i w literaturze – brzydkich słów.

– Absolutnie obligatoryjne jest szczęśliwe zakończenie. Bohaterowie, choćby nie wiem jak przeczołgani przez los, muszą na końcu odnaleźć Boga, oddać Mu swoje życie i zmienić postępowanie tak, by Mu się podobało. I nie może być w tym względzie żadnych półcieni.

Spędziłem w tym świecie kilka miesięcy, może nie czytając za bardzo samych książek, ale za to sprawdzając strony i social media autorów, śledząc rankingi, listy najbardziej polecanych tytułów, a także oglądając filmy na podstawie tych książek nakręcone. I jeśli mam się na tym opierać, to muszę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że… no nie, jednak, cholerka, nie; chrześcijański pisarz w takim rozumieniu to ze mnie nie będzie. I to wcale nie tylko dlatego, że zdarza mi się rzucić mięsem, choć i tak się hamuję.

Mills w jednym z postów na swoim blogu stwierdziła, że dobra chrześcijańska powieść, tak jak każda powieść, powinna bazować przede wszystkim na wiarygodnych bohaterach i nie być – jak to ona nazwała – preachy, co najlepiej można chyba przetłumaczyć jako przesadnie moralizatorska. Sęk w tym, że te historie… właśnie toczka w toczkę takie są. Z tak klarownie wyłożonym przesłaniem, że bardziej łopatologicznie się nie da, i z postaciami, które rzadko wyłamują się z przewidzianych dla tego typu fabuł schematów. Może to osąd krzywdzący, bo wiedzę opieram głównie na adaptacjach, lecz intuicja mi podsuwa, że chyba nie aż tak bardzo.

Christian novel to wręcz modelowy przykład sytuacji, kiedy sztuka zostaje podporządkowana twardemu ideolo. Piszę to przy całej sympatii dla wielu z tych historii oraz części autorów – w tym takich, z którymi nawiązałem kontakt. Nie wątpię, że wielu z nich to głęboko i szczerze wierzący chrześcijanie, którym zależy na zbawieniu swoich czytelników, co niekoniecznie się przekłada na dobrą literaturę.

To banał, wiem, ale sztuka naprawdę powinna uciekać przed wszelkimi, choćby nawet tymi najbardziej szlachetnymi, ideologiami. One ją niszczą, okaleczają, a w niektórych wypadkach wręcz kastrują.

Obcując z fenomenem Christian culture, dotarłem do niezwykle podobnego punktu jak ten, w którym znalazłem się po kilku latach zasiedzenia na prawicy. Do punktu, w którym zaczynasz się orientować, że to już nie ty mówisz językiem, lecz on tobą. Że twoje zachowania stały się rytualne. Że już nie nawiązujesz dialogu z rzeczywistością, tylko od niej uciekasz. Że zamiast wyrażania złożoności bytu, znajdujesz sobie w tej dykcji jedynie wygodne pocieszenie, które zasadza się na partycypowaniu w udomowionych, przewidywalnych kliszach.

Temat ewangelizowania poprzez kulturę jest mi bliski. A z biegiem czasu chyba nawet coraz bliższy. Nie sądzę jednak, by dobrym pomysłem było podchodzenie do niego w sposób zbyt programowy. To musi wypływać z ciebie, wypływać zupełnie naturalnie, musi stanowić coś w rodzaju wypadkowej twoich doświadczeń, poglądów – tak, ich również – oraz stylu czucia świata. Resztę trzeba zostawić Bogu. On to już dalej załatwi po swojemu, wykorzystując to, co masz pod czaszką.

Bo właśnie tu tkwi ta niezwykle ważna lekcja, że Bóg a) nie gwałci ludzkiej wolności – także tej twórczej, b) działa na naturze. Więc… bez spiny.

👇

A przy okazji, skoro już tu jesteś – wpadnij do księgarni.

A, i mam też kanał na YouTube.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s